fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Rząd nauczy się polskiego

Siedziba Kancelarii Premiera
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Urzędnicy nie potrafią pisać w języku ojczystym – uważa Kancelaria Premiera i organizuje dla nich szkolenia.
Piszą w sposób trudny w odbiorze, nadużywają unijnych „brukselizmów" i nie radzą sobie z konstrukcją zdań – takie błędy wytknęła przed rokiem urzędnikom Rada Języka Polskiego. Komunikację swoich pracowników ze społeczeństwem chce teraz poprawić rząd. Kancelaria Premiera szuka wykonawcy dla szkolenia „Poprawne językowo redagowanie pism urzędowych".
Ma w nim wziąć udział 256 pracowników rządu i urzędów wojewódzkich, a podjęcie walki z urzędniczym bełkotem pochwala nawet opozycja. Warsztaty mają się odbyć w drugiej połowie roku. Urzędnicy zostaną podzieleni na niewielkie grupy, z których każda weźmie udział w dwudniowym szkoleniu w jednym z warszawskich hoteli. Będą się uczyć m.in. „poprawności językowej" oraz „precyzyjności, zwięzłości, elastyczności i komunikatywności".
KPRM nie podaje „Rz" wartości zamówienia, tłumacząc, że dopiero trwa rozpoznanie rynku usług szkoleniowych. Jednak z planu szkoleń centralnych w służbie cywilnej na 2014 r. wynika, że na ten cel ma iść ok. 110 tys. zł. Dlaczego szkolenia są potrzebne? „Celem jest podnoszenie jakości usług świadczonych przez administrację i usprawnianie komunikacji z obywatelem" – odpowiada krótko KPRM. Nieoficjalnie urzędnicy mówią, że wiążą się one ze wspomnianym ubiegłorocznym sprawozdaniem Rady Języka Polskiego. Badaniom poddała ona strony internetowe kilku ministerstw, a z analizy wynika, że urzędnicy „nie umieją bądź nie chcą albo się boją pisać językiem prostym". Zdaniem Rady „najdotkliwsze dla odbiorcy są usterki w budowie zdania, uniemożliwiające zrozumienie tekstu". Chodzi m.in. o nadużywanie imiesłowów oraz rzeczowników odsłownych, takich jak „opracowywanie", „wdrażanie" i „monitorowanie". Radę razi też w urzędniczych tekstach „nadmiar wyrazów obcych a modnych". Jako przykład podaje słowo „aplikacja" w znaczeniu „podanie", „kreatywny" w znaczeniu „pomysłowy" i „dedykowany" w znaczeniu „poświęcony". Rada wytknęła też urzędnikom, że często piszą „workshop" zamiast „warsztaty" i „destynacja" zamiast „miejsce docelowe". – Urzędnicy często uważają, że znakiem ich kompetencji jest umiejętność stosowania trudnej terminologii – mówi wiceprzewodniczący Rady prof. Jerzy Bralczyk. – Chcą w ten sposób wykazać swoją wyższość nad petentem – dodaje filolog prof. Halina Zgółkowa. Pod wpływem sprawozdania Rady Języka Polskiego sejmowa Komisja Kultury wysłała w ubiegłym roku dezyderat do premiera Donalda Tuska z wnioskiem o „zapewnienie udziału językoznawców przy redagowaniu wszystkich urzędowych tekstów". Ówczesny szef służby cywilnej Sławomir Brodziński odpowiedział, że jest to niemożliwe z powodów budżetowych. Zapowiedział jednak szkolenia, których wykonawcy szuka teraz KPRM. Nad dezyderatem komisji pracowała Barbara Bubula z PiS, która jest jednocześnie przewodniczącą Parlamentarnego Zespołu Obrońców Języka i Literatury Polskiej. Jej zdaniem w poprawę języka urzędników warto inwestować. – Jeśli ktoś reprezentuje państwo, powinien poczuwać się do obowiązku dbałości o język, który jest jednym z najważniejszych dóbr narodowych – tłumaczy. Jednak zdaniem prof. Haliny Zgółkowej urzędnicy mogą podejść do szkoleń z obojętnością. Jej zdaniem lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie dla nich specjalnych certyfikatów albo sprawdzanie umiejętności językowych podczas naboru do pracy. – W różnych instytucjach bada się znajomość angielskiego, prosząc przykładowo o przeprowadzenie rozmowy telefonicznej. Nie rozumiem, dlaczego gorszy ma być język polski – tłumaczy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA