fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Artysta, który rozumiał naturę

Tadeusz Dominik zmarł we wtorek wieczorem. Miał 86 lat
Czesław Czapliński/Fotonova
Zmarł Tadeusz Dominik, 20 maja, wieczorem. Miał 86 lat. Kolorysta, uczeń i spadkobierca Jana Cybisa. W pełnym tego słowa znaczeniu – malarz - pisze Monika Małkowska.
Można jeszcze dodać – nauczyciel wielu pokoleń kandydatów na artystów. Za skromnie jak na wspomnieniową notę? Zobacz galerię zdjęć
Bynajmniej. Tak bogatego, spełnionego życia, jak to, które stało się udziałem Tadeusza Dominika można tylko zazdrościć. Farby, pędzle, płótna – z tymi przedmiotami obcował najchętniej i najczęściej. W odniesieniu do jego sztuki chętnie posługiwano się muzycznymi terminami – że miał bezbłędny „słuch" do kolorów, że w każdej gamie znajdował harmonię i wydobywał akcenty. Jego własny, wyrazisty styl wyszedł mu ot, tak samoistnie. Bo zachował szczerość, wierność sobie. Wielokrotnie powtarzał studentom: rób, co naprawdę twoje, nie myśl, że coś jest lepsze. Tylko tak zaistniejesz – w przeciwnym razie cię nie będzie! „Tradycyjny i nowoczesny, abstrakcyjny i konkretny, ludowy i tkwiący w nurcie sztuki europejskiej" – tak Zbigniew Herbert scharakteryzował malarstwo artysty w 1960 roku. Słowa nadal aktualne.
Ponad 30 lat temu Tadeusz Dominik uciekł z miasta w przyrodę. Inspirowała go w każdej postaci, o każdej porze roku. Chyba nikt nie umiał tak jak on wydobyć z pejzażu – bodaj najzwyklejszego, pozornie nieciekawego – kolorów, rytmów, dynamiki. Ale natura stanowiła tylko punkt wyjścia dla jego sztuki. Na obrazach zamieniała się w niemal abstrakcyjne formy. Niemal! Sam Dominik określał swoje kompozycje jako „znaki pejzażu". Nie malował w plenerze, nie odtwarzał widoków. Chłonął je całym sobą, by następnie przetworzyć po swojemu. Genialnie syntetyzował kształty; odnajdywał paletę barw odległą od rzeczywistej, a zarazem idealnie trafiającą w nastrój krajobrazu i pogody. Zarazem przekazywał własne stany emocjonalne, niejako „podłączał się" pod naturę. Co znamienne – jego psychiczno-emocjonalna, pejzażowa mimikra nie dotyczyła tylko swojskiego, polskiego podwórka. W równie bezbłędny sposób wnikał w istotę egzotycznej roślinności gdzieś w Ameryce Południowej czy w zimne błękity lodowca. Niewiele w jego dorobku wizerunków ludzkich. Tak to tłumaczył: „Umiem znakomicie robić portrety, umiałem już kiedy miałem 14 lat. Jako młody człowiek zarabiałem portretowaniem. Ale człowiek to jest gotowy obraz. Można go mniej lub bardziej zniekształcić, jak inni artyści robią. Dla mnie natura jest bogatsza..." Pochodził z Szydłowca (Strzelec, urodzony 14 stycznia 1928). Skąd wziął się u wiejskiego dziecka, wychowanego z dala od artystycznych centrów, zapał do rysowania wszędzie, na czym tylko się dało i czym się dało? Wrodzony talent. Nieskażony zapożyczeniami, wpływami. Los pomógł Dominikowi ten dar rozwinąć. Miał szczęście do ludzi, którzy zauważyli jego uzdolnienia, wsparli, pomogli. Pierwszy był Jan Cybis. Tadeusz trafił do mistrza niemal prosto z frontu. Poszedł na egzamin wstępny w mundurze – jedynym wówczas „porządnym" ubraniu, jakie posiadał. Był rok 1946, akademia gnieździła się z gmachu Zachęty. Od tego momentu Tadeusz Dominik związał się z artystyczną uczelnią. Przeszedł wszystkie szczeble kariery akademickiej, od asystenta (dostał angaż zanim uzyskał dyplom) do profesora; z dwukrotnym epizodem na stanowisku dziekana Wydziału Malarstwa. Decyzję o emeryturze podjął w 1989 roku – chciał już tylko poświęcić się malowaniu.. Kolejny talent Tadeusza Dominika – to zjednywanie sobie innych. Mało który profesor warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych znalazł tylu przyjaciół wśród kolegów i uczniów, a bliskie kontakty trwały latami. Studiowałam w sąsiedniej pracowni, mimo to uważam go za mojego profesora – był naszym guru, wokół niego koncentrowało się życie towarzyskie uczelni, on dostarczał nam pomysłów i anegdot. W ostatnich latach grupa łomiankowych bywalców topniała, lecz nikt nie zapominał o imieninach Tadeusza i innych okazjach. Zawsze pogodny i żartobliwy, wypowiadający się o bliźnich i świecie z niezwykłym taktem i dystansem, pozbawiony zawiści, złości, pretensji. Piękny człowiek. Odchodził przez wiele miesięcy, ale bez cierpień. Spokojnie słabł. Polegiwał w swym „pałacu" (jak to żartobliwie określał), który zaczynem był drewniany domek fiński przetransportowany z centrum Warszawy do podmiejskich Łomianek. Z latami dwie izdebki rozrastały się, domek zamieniał się w dom. Potem powstała ogrodowa pracownia – szczyt szczęścia dla artysty. Tak, Tadeusz wielokrotnie podkreślał, że niczego mu do szczęścia nie brakuje, że osiągnął wszystko, o czym kiedykolwiek marzył. Zanim zakotwiczył pod Warszawą, pozwiedzał sporo świata, zaznał uroków życia, pozachwycał się kobietami, popróbował dobrych trunków... Dominik szczerze przyznawał: – Kobiety interesowały mnie bez względu na ich profesję. Moja pierwsza żona była malarką, ale dwoje artystów musi popadać w konflikty, nawet gdy się kochają. W małżeństwie z Cynthią nie ma zawodowego współzawodnictwa. Natomiast ona znakomicie reaguje na malarstwo. Nigdy nie musiałem jej tłumaczyć, o co w nim chodzi. Bo sztuki nie trzeba rozumieć, tylko ją kochać. Zgadzam się z Profesorem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA