fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Zbłąkani biegacze - komentarz Stefana Szczepłka

Stefan Szczepłek
Fotorzepa, Waldemar Kompała
W niedzielę dwie godziny stałem przy trasie maratonu w Warszawie, żałując, że sam już nie mogę pobiec.
Dopingowałem znajomych, których – czasem ku swojemu zaskoczeniu – zobaczyłem wśród biegnących. Poczułem, jak rodzi się więź między uczestnikami oraz ludźmi stojącymi wzdłuż trasy. Wyszli oni ze swoich mieszkań, żeby zobaczyć, co się dzieje pod blokiem. I wciągnęli się.
Trudno się nie zaangażować, widząc 20 tysięcy biegaczy, z których tylko 10–20 ma szanse na zwycięstwo. Pozostali biegną dla przyjemności.
Znam wielu, którzy zachorowali i chcą sobie udowodnić, że jak pokonają 42 kilometry i 195 metrów, to z chorobą też wygrają. Jest „Drużyna Szpiku" – wolontariusze biegnący, by zwrócić uwagę na potrzeby osób dotkniętych białaczką. Jest grupa spóźnionych na bitwę pod Maratonem Spartan, ubranych w historyczne stroje i trzymających się razem. Oni zbierają pieniądze dla niepełnosprawnych dzieci.
Jednak większość uczestników to zdrowi ludzie, przygotowujący się do biegu miesiącami, zapisujący treningi, dbający o dietę, porównujący czasy na poszczególnych odcinkach trasy.
Można ich zobaczyć codziennie, zwłaszcza rano i wieczorem na ulicach, w parkach, laskach Bielańskim i Kabackim w Warszawie oraz w podobnych miejscach we wszystkich miastach Polski i Europy. A kiedy przychodzi ten dzień i starter daje znak, czują się, jakby wstępowali do katedry. Tak to właśnie nazwał jeden z uczestników niedzielnego maratonu w Warszawie, poeta i dziennikarz Janusz Drzewucki.
Potem jest już tylko walka z własnymi słabościami i solidarność kibiców z biegnącymi. Atmosfera jak podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie ma wrogów, różnic interesów, polityki, wszyscy jesteśmy razem.
Maratony odbywają się w centrach miast, bo organizują je miasta i chcą przy tej okazji pokazać to, co mają najlepszego. Tak jest w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie i Warszawie. Uczestnicy biegów masowych nie szpanują sprzętem sportowym. On nie jest w tym sporcie decydujący. Rakieta tenisowa i narty kosztują więcej, a też na nie wydajemy, chcąc sobie zrobić przyjemność.
Przeczytałem w „Rz" opinię Dominika Zdorta, że bieganie jest rozrywką dla ludzi o „niezbyt subtelnej umysłowości", i zarzut, że mają oni czas na bieganie, a brakuje im go na pójście do kościoła. Może tak się zdarzyć, ale posądzenie o to wszystkich biegaczy mogłoby się spotkać z protestem wielu z nich. Sądzę, że ktoś wygłaszający takie opinie sam nigdy nie biegał, więc nie wie, o czym mówi. Jeśli nie biegał, to nie dotleniał mózgu, co też może mieć wpływ na sprawność procesu myślowego.
Maraton nie jest biegiem tylko dla ateistów i nie zastępuje religii. Kościół nie ma nic do tego. Ten, do którego ja chodziłem, miał normalnych kapłanów, którzy nie sączyli w nasze serca jadu, a po mszy grali z nami w piłkę.
Dziś czasem zdrowiej się przebiec, a pomodlić w domu. Zdarza się bowiem, choć nie można generalizować, że maraton bywa ciekawszy od niejednego kazania i lepiej wpływa na samopoczucie. Ból nóg jest lepszy od bólu głowy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA