Wspomnienia

Alain Resnais nie żyje

Alain Resnais, reżyser filmowy. Zmarł 1 marca 2014 roku.
AFP
W Paryżu zmarł w wieku 91 lat Alain Resnais - współtwórca francuskiej Nowej Fali, jeden z ostatnich wielkich mistrzów XX-wiecznego kina - pisze Barbara Hollender.
Niewiele ponad dwa tygodnie temu na festiwalu w Berlinie był pokazywany w konkursie jego film „Aimer, boir et chanter" („Kochać, pić i śpiewać") - adaptacja sztuki Alana Ayckbourna. Alain Resnais zabawił się kinem, a właściwie teatrem w kinie. Wprowadził też na ekran rysunek. Dostał nagrodę Bauera za innowacyjność. Ale sam do Niemiec nie przyjechał. Miał podobno problemy z biodrem. Ale rozmawiałam z jego żoną, młodszą od niego o 30 lat, ogromnie spontaniczną Sabine Azemą.
— To cudowny człowiek — mówiła mi o mężu. — Prawdziwy artysta. Ciekawy świata, ludzi. Niebywale energiczny. Razem odbywamy niezwykłą podróż przez życie. Alain Resnais urodził się w Vannes, w 1922 roku. Jako dziecko cierpiał na astmę, uczył się głównie w domu. Czytał. Wszystko, co wpadło mu w ręce. Od komiksów aż do „W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta. A jako czternastolatek 8-milimetrową kamerą zaczął kręcić filmy.
Po skończeniu szkoły przeniósł się do Paryża. Przez jakiś czas pod kierunkiem Rene Simona uczył się aktorstwa, potem zdał do szkoły filmowej. Ale w 1943 roku rzucił studia uznając, że kurs był zbyt teoretyczny. Pod koniec lat 40. zaczął kręcić własne filmy. Z tamtego czasu pochodzi m.in. „Van Gogh". Resnais opowiedział o życiu malarza poprzez jego kolejne obrazy. Film zdobył nagrodę na festiwalu w Wenecji, co zachęciło reżysera do przygotowania kolejnych tytułów o sztuce—„Guernica" i „Paul Gaugin" (1950). Przez następne lata kręcił dokumenty. Najsłynniejszy z nich„Noc i mgła" powstał w 1955 roku. To była opowieść o nazistowskim obozie koncentracyjnym. Cztery lata później, współpracując z pisarką Margueritte Duras Resnais zrealizował fabułę „Hiroszima, moja miłość". Film stał jednym ze sztandarowych tytułów francuskiej Nowej Fali. Przypadkowa, niechciana miłość Francuzki i Japończyka przywołała wspomnienia z czasu wojny. On stracił rodziców podczas wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie. Ona została potępiona przez społeczność własnego miasteczka za romans z niemieckim żołnierzem. Następny film Resnais „Zeszłego roku w Marienbadzie" był jeszcze bardziej eksperymentalny. Współpracując z Alainem Robbe-Grilletem Resnais całkowicie zerwał z filmową chronologią. „Czy nie spotkaliśmy się zeszłego roku w Marienbadzie? Czy nie obiecałaś, że zostawisz męża i razem uciekniemy?" — pyta mężczyzna kobietę. Od tej pory ta scena będzie się powtarzać, opowieścią będzie rządzić ludzka pamięć, wybiórcza i zawodna. Awangardowy, modernistyczny autor zmienił filmową narrację i zredefiniował w kinie pojęcie czasu. To był Złoty Lew w Wenecji. Potem zmieniały się w życiu Resnais lata chude i tłuste. Francuz bawił się czasem, miejscami, pamięcią także w następnych filmach „Muriel", „Wojna się skończyła". Po klapie „Kocham cię, kocham cię" (1968) przez 6 lat nie stanął za kamerą. Ale potem podniósł się. Jego„Opatrzność", „Wujaszek z Ameryki",„Melo", „Chcę do domu", „Smoking/No Smoking" trafiały na wielkie festiwale i miały znakomity odbiór. Szczególnie intensywnie stareńki Resnais tworzył w ostatnich latach. Od 2006 roku powstały„Prywatne lęki w miejscach publicznych", „Dzikie trawy", „Jeszcze nic nie widzieliście", wreszcie „Kochać, pić, śpiewać". — On kocha kino i nigdy nie przestaje pracować — mówiła mi w Berlinie Azema. — Zawsze coś wymyśla, przetestowuje, zmienia. Lubi być zaskakiwany. I lubi sam zaskakiwać. Stale szuka tematów, scenariuszy. Teraz też coś przygotowuje. Co? Nie wiem nawet ja. To pewnie znowu będzie niespodzianka. Natura upomniała się jednak o swoje prawa. Zabrała 91-letniego artystę. Myślę, który z jego ostatnich filmów zostanie mi w pamięci. Chyba „Prywatne lęki...", gdzie ekran zapełniają ludzie potwornie samotni, nie potrafiący przełamać barier, jakie sami między sobą budują, stęsknieni za obecnością drugiego człowieka, a jednocześnie rozmijający się. Niezdolni do przyjaźni, miłości, zaufania sobie nawzajem. Skazani na życiową przegraną. Ten film, który powstał na podstawie sztuki Ayckbourna przypominał testament starego mistrza. Smutną refleksję, którą jak ostrzeżenie chciał zostawić widzom. Barbara Hollender
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL