fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Bronisław Wildstein: Traktat lizboński – dogmat naszych mędrków

Rzeczpospolita
Niektóre środowiska w Polsce uważają, że jako niedojrzali i zaściankowi powinniśmy bezrefleksyjnie imitować to, co postanowi obecna europejska większość. Wtedy same wyrosną nam niemieckie autostrady, francuskie elektrownie i londyńskie City – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Można mieć spore wątpliwości, czy traktat lizboński uporządkuje wewnętrzną strukturę Unii Europejskiej i sposób jej działania. Jest to bowiem dokument zbyt obszerny i niespójny, by określić jej fundamentalne zasady. Traktat został zawarty jako efekt kompromisu kilku silnych lobby w łonie konwentu, który przygotowywał projekt konstytucji europejskiej – dziś przetworzony na traktat. Towarzyszy mu obszerny traktat o funkcjonowaniu UE, a uzupełniają liczne protokoły i deklaracje. Zatem, dokument, który miał porządkować prawno-kompetencyjny chaos w Unii, generuje jego kolejną odsłonę.
Celem traktatu jest pogłębienie integracji UE. Tylko czy model odgórnej, prawniczo-urzędniczej unifikacji Europy jest właściwą metodą do realizacji tego celu? Stany Zjednoczone są jednym krajem z jednym narodem. Poszczególne stany mają jednak odmienne prawa i jakoś im to w funkcjonowaniu we wspólnym państwie nie przeszkadza. Natomiast w Unii mnożącej wszelkiego typu regulacje wciąż mamy do czynienia z blokowaniem wspólnego rynku – choćby w dziedzinie pracy, w rolnictwie czy energetyce. I to są realne przeszkody dla tworzenia się – w sposób naturalny – Wspólnoty Europejskiej. Nie pozwalają one na przenikanie się i zawiązywanie relacji oraz interesów indywidualnych i zbiorowych, które budują coraz mocniejsze więzy wewnątrz zbiorowości i nadają jej charakter całości. Zamiast tego od jakiegoś czasu twórcy UE stosują metody inżynierii społecznej, to znaczy odgórnego kształtowania procesów społecznych, w których ludzie są jedynie tworzywem. Traktat lizboński jest wyposażony w „Deklarację praw podstawowych”, dokument nieomal horrendalny w pomieszaniu rozmaitych porządków i hierarchii znaczeń, ale jednoznacznie wskazujący ideologiczny cel, który przyświecał twórcom projektu konstytucji. Jest to próba ustawowego kształtowania ustroju Europy w kierunku lewicowo-liberalnego systemu, innymi słowy – próba stworzenia z Unii państwa opiekuńczego, które będzie „emancypowało” Europejczyków z ich tradycyjnej kultury. Nic więc dziwnego, że Anglia zadeklarowała swój sprzeciw wobec zapisów idących zbyt daleko w ograniczeniu wolnego rynku, a Polska zrobiła to samo w odniesieniu do kwestii kulturowych. Jednak każdy, kto poważnie traktuje politykę i demokrację (bez względu na orientację polityczną), powinien zaprotestować przeciw tak drastycznemu ograniczeniu prawa obywateli do wyboru, czyli ograniczeniu demokracji. Prawne rozwiązanie kwestii ustrojowo-politycznych jest zamachem na wolność obywateli. Choć można się pocieszać, że odległość między – wprawdzie nieprecyzyjnymi, ale jednak wskazującymi oczywistą intencję – zapisami a ich politycznym urzeczywistnieniem jest spora, to marsz w tym kierunku już się rozpoczął. Dowodzi tego zresztą sam sposób przyjęcia traktatu. Projekt konstytucji, odrzucony w referendach we Francji i Holandii, po paru kosmetycznych zabiegach trafił do Lizbony i został tam triumfalnie przyjęty przez rządców obecnej Europy. Opowiadanie przy okazji, że traktat ten ma zaradzić deficytowi demokracji w instytucjach europejskich, trzeba uznać za wisielczy żart. Można się zgodzić z premierem Donaldem Tuskiem, że poddawanie pod osąd powszechny (czyli referendum) dokumentu, który mało kto jest w stanie przeczytać – a jeszcze mniej zrozumieć – jest pomysłem ekscentrycznym. Ale pokazuje to przede wszystkim ułomność samego – tak przecież ważnego – traktatu. Tego typu akta podstawowe powinny być syntetyczne, jasne i zrozumiałe. Polsce potrzebna jest Unia Europejska. Egzystując samotnie, wciśnięty między UE (albo Niemcy) a Rosję nasz kraj znalazłby się w fatalnym położeniu. Funkcjonując w Unii, może wpływać na jej kształt i wykorzystywać ją do obrony własnych interesów, jak choćby w wypadku wspólnego występowania w negocjacjach handlowych z Rosją. Kiedy więc wszyscy członkowie Unii podpisują dokument w Lizbonie, to Polsce trudno do nich nie dołączyć. Zwłaszcza że wdrożenie traktatu to długa i usiana rozlicznymi pułapkami droga. Polsce potrzebna jest Unia Europejska, ale musimy pamiętać o niebezpieczeństwie, jakie niesie obecny kierunek integracji europejskiej i rozważać koszty kolejnych posunięć Nie możemy jednak zapominać o niebezpieczeństwie, jakie niesie obecny kierunek integracji europejskiej i za każdym razem rozważać koszty kolejnych posunięć. Dobrze się więc stało, że nasz kraj zdystansował się wobec Karty praw podstawowych, ale byłoby lepiej, gdyby polski protokół objął również kwestie zakwestionowane przez Anglię. Ale i tak podniósł się straszny szum w licznych środowiskach opiniotwórczych i powiązanych z nimi mediach, które uważają, że symptomem naszej dojrzałości będzie podpisywanie w ciemno tego, co przygotowują dla nas brukselscy mędrcy. Jako niedojrzali i zaściankowi mamy bezrefleksyjnie imitować to, co postanowi obecna europejska większość. Wówczas same wyrosną nam niemieckie autostrady, francuskie elektrownie i londyńskie city. Refleksja, że wielkość Europy nie została zbudowana dziś i że być może obecny kierunek nie prowadzi do rozwoju – nie przychodzi im do głowy. Środowiska owe każdą próbę refleksji na temat dominujących trendów europejskich traktują jako wyraz „ksenofobii” i „zaścianka”. Znawcy, którzy nie wiedzą, co jest w lizbońskim traktacie, nie mają też pojęcia, w jaki sposób powstał i do jakich konsekwencji prowadzi. Ale za dogmat uznają postępowość i konieczność owego dokumentu. Cóż, ostatnie lata nie do takich paradoksów nas przyzwyczaiły. Skomentuj na blog.rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA