fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Zegary a gary

EAST NEWS
Zawodowi kucharze i doświadczone gospodynie większość czynności wykonują na oko i zwykle niepotrzebne im przyrządy pomiarowe – wagi, termometry czy zegary. Kulinarny amator jednakże bez zegarka miałby w kuchni kłopoty.
No, bo jak tu ugotować jajko na miękko, jak wyczuć ten moment, kiedy zamknięte w skorupce białko jest już ścięte, a żółtko jeszcze nie? Kiedy przerwać parzenie herbaty, która równo po pięciu minutach zaczyna wydzielać garbniki? Jak ugotować makaron, żeby był al dente? Profesjonalista spróbuje i będzie wiedział, czy kluska jest już dobra, ale zwykły zjadacz spaghetti jest bezsilny, bo wyjęty z wody makaron przez dłuższą jeszcze chwilę „dochodzi” (chyba że go zahartować zimną wodą, ale tak wolno potraktować wyłącznie makaron przeznaczony do zupy lub na zapiekankę).
We współczesnych domach kuchnie są wręcz nafaszerowane rozmaitymi czasomierzami instalowanymi w wielu elektrycznych urządzeniach, np. piecach, mikrofalówkach, parownikach, by włączać je i wyłączać o z góry ustalonych godzinach. Także dzięki chronometrom rodziny są dziś w stanie zasiadać do wspólnych posiłków i synchronicznie zanurzyć łyżkę w zupie, zanim ostygnie. Wypada też wspomnieć, że duże znaczenie w kuchni ma mierzenie czasu za pomocą kalendarza. Dzięki niemu wiemy np., kiedy zacznie się sezon na szparagi, albo które produkty w naszej lodówce utraciły przydatność do spożycia. Znane są i takie wypadki, że same potrawy wystąpiły w charakterze kalendarza. Oto anonimowy tekst z czasów Władysława IV, w którym opisano święcone u wojewody Sapiehy w Dereczynie: „Na stole stało 4 przeogromnych dzików, to jest tyle, ile części roku. Każdy dzik miał w sobie same wieprzowiny, alias szynki, kiełbasy, prosięta etc. Kuchmistrz najcudniejszą pokazał sztukę w upieczeniu tych całkowitych odyńców. Stało tandem 12 jeleni, także całko upieczonych, ze złocistymi rogami, całe do admirowania, nadziane były rozmaitą zwierzyną, alias zającami, cietrzewiami, dropami, pardwami. Te jedynie wyrażały 12 miesięcy. Naokoło były ciasta sążniste, tyle, ile tygodni w roku, to jest 52, cale cudne placki, mazury, żmudzkie pierogi, a wszystko wysadzane bakalią. Za nimi było 365 babek, to jest tyle, ile dni w roku, a przy nich 8760 jaj pisanek, to jest tyle, ile godzin w roku. (...) Co zaś do bibendy – były 4 puchary, exemplum 4 por roku, napełnione winem jeszcze od króla Stefana. Tandem konewek 12 srebrnych z winem po królu Zygmuncie; te konewki exemplum 12 miesięcy. Tandem 52 baryłek, także srebrnych, in gratiam 52 tygodni; było w nich wino cypryjskie, hiszpańskie i włoskie. Dalej 365 gąsiorów z winem węgierskim, alias tyle gąsiorów, ile dni w roku. A dla czeladzi dworskiej 8760 kwart miodu robionego w Berezie, to jest tyle, ile godzin w roku”.
Znacznie prościej poigrał z kalendarzem w latach 70. XX wieku związany z ruchem Fluxus artysta Daniel Spoerri. Sporządził obraz tygodnia w ten sposób, że przed posprzątaniem po poniedziałkowym śniadaniu sfotografował stół prostopadle z góry, wykonał odbitkę w skali 1:1 i rozłożył na uprzątniętym blacie, jak serwetę, na której nakrył do śniadania we wtorek. Potem, już po posiłku, znów zrobił zdjęcie stołu i śniadał na nim w środę. Powtarzał te czynności do niedzieli, gdy uzyskał obraz astronomicznego gastronomicznego chaosu nałożonych na siebie pobojowisk kolejnych biesiad. Piotr Bikont, dziennikarz, publicysta i krytyk kulinarny, reżyser filmowy, przewodniczący Kapituły Dobrego Smaku
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA