fbTrack

Wspomnienia

Zmarła Małgorzata Treutler

Małgorzata Treutler
archiwum prywatne
W Warszawie w wieku 66 lat zmarła wybitna scenografka i autorka kostiumów Małgorzata Treutler
Tworzenie scenografii było jej wielką życiową pasją. Choć kilkakrotnie zapraszana do filmu za swoje przeznaczenie uznawała teatr. Świetnie sprawdzała się zarówno w małych, kameralnych spektaklach jak i wielkich widowiskach operowych. Zachwycała bogactwem wyobraźni oraz umiejętnością dbania o najmniejszy szczegół.
Oczywiście, korzystam z podręczników, jednak inspirację czerpię z własnej duszy, by tworzyć bardzo osobiste wariacje na określony temat, a czasami świadomie odejść od stylu określonej epoki. Doskonale czuję się w wielkich muzycznych widowiskach, gdzie można w pełni uruchomić wyobraźnię. - powiedziała w jednym z wywiadów. W sztuce nie znosiła kompromisów. Talenty plastyczne towarzyszyły jej od dzieciństwa. Po ukończeniu Liceum Plastycznego zdała z powodzeniem na Wydział Architektury Wnętrz krakowskiej ASP. Po trzech latach przeniosła się na Wydział Scenografii. Konkurencja, jak wspominała w jednym z wywiadów była ogromna. Dziesięć osób na jedno miejsce. Podczas sześcioletnich studiów zdobyła gruntowną wiedzę nt. historii kostiumu, historii kultury materialnej poszczególnych epok, dziejów architektury, a przede wszystkim zapoznała się z dziejami dramatu.
Od jej artystycznego debiutu w Teatrze Współczesnym w Szczecinie minęły 42 lata. Swoją artystyczną karierę Małgorzata Treutler rozpoczęła od projektowania scenografii i kostiumów do komedii dell'arte. Barwne postacie kolombin i arlekinów otworzyły całą galerię postaci, jakimi wzbogacała reżyserskie wizje na deskach teatrów szczecińskich, gorzowskich i - przede wszystkim warszawskich. Pracowała również w Rostocku, Berlinie, Dreźnie. Imponująca liczba trzystu pięćdziesięciu przedstawień, które zapisała na swym koncie obejmuje repertuar od antycznych tragedii, współczesnych kameralnych opowieści psychologicznych, poprzez farsy, szekspirowskie dramaty i komedie. Jednym z pierwszych wyzwań była "Księżniczka Turandot" Gozziego w szczecińskim Teatrze Polskim w 1970 roku. Dwa lata później nadeszło zaproszenie z Warszawy z Teatru Polskiego na scenografię, jak się potem okazało bijącej rekordy popularności, sztuki "Klik-Klak" Newerlego. Potem był Molierowski "Chory z urojenia" we Wrocławiu i głośny "Cień" Młynarskiego wyreżyserowany w warszawskich Rozmaitościach przez Jerzego Dobrowolskiego. Przyszły zaproszenia ze stołecznego Teatru Ludowego, lubelskiej Operetki. Treutler pracowała z mistrzami i powracała do szkół teatralnych. W 1975 roku przygotowała scenografię dla Mrożkowskiego "Tanga" wystawianego w Volkstheater w Rostocku. W 1976 roku rozpoczęła współpracę z kolejną stołeczną sceną, czyli Kwadratem Edwarda Dziewońskiego. A potem z Warszawską Operą Kameralną. Do teatrów Szczecina, Warszawy, Wrocławia i Poznania dołączyły wkrótce sceny Radomia i Krakowa. Były sztuki dramatyczne, komedie i wodewile, utwory antyczne. Wśród reżyserów Stanisław Tym, Zygmunt Wojdan, Waldemar Matuszewski, Jacek Andrucki, Andrzej Zaorski, Andrzej Maria Marczewski. Jej nazwisko pojawiło się na afiszach Teatru Narodowego i muzyczno-kabaretowego Teatru Na Targówku. Była stołeczna Syrena i wrocławski Kalambur. Radomski spektakl "The Fantasticks" rozpoczął jej współpracę z Wojciechem Kępczyńskim. Ich wspólnie zrealizowany musical Andrew Lloyd Webbera "Józef i cudowny płaszcz snów w technikolorze" przyniósł Kepczyńskiemu dyrekcję Teatru Muzycznego Roma w Warszawie. Tam właśnie przygotowali m.in kolejny musical "Crazy for You". Przez ostatnie trzy lata Małgorzata Treutler wiele realizacji przygotowała w Teatrze Rampa na Targówku. W większości to spektakle wyreżyserowane przez Grzegorza Mrówczyńskiego. "Klaopatra i Cezar", "Krzyk słonia" i "Pod Akacjami". Zapytana, jak powstają jej projekty przyznała po chwili namysłu. To wielka tajemnica, której sama nie potrafię zrozumieć. Akt twórczy jest procesem ciągłym, nie panuję nad jego przebiegiem, więc efekt finalny w każdym przypadku jest dla mnie niespodzianką. Czasami wypracowany, podbudowany rzetelnymi historycznymi informacjami projekt, okazuje się nieudany, a narysowany jakby mimochodem szkic przynosi zadziwiający swą urodą rezultat. Bardzo często sama siebie zaskakuję. Jan Bończa-Szabłowski
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL