fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Siła islamu

Bogusław Chrabota
Rzeczpospolita
Muzułmanie potrafią pokazać, gdzie twoje miejsce w szyku, i wcale nie chodzi o jakieś demonstracje religijne czy przejawy agresji, ale o zdecydowane „nie" w pewnych sprawach absolutnie dla nich zasadniczych.
Pamiętam pierwsze takie zdarzenie w moim życiu, w na wskroś liberalnej wówczas Tunezji, 10, może 15 lat temu.
Kairouan, piękne miasto niedaleko wybrzeży Morza Śródziemnego, ale pachnące już pustynią i przez to nieskończenie magiczne. Kairouan to rodzaj maghrebskiego Gniezna, przyczółek islamu. To tam Arabowie w drodze do podboju północnej Afryki założyli już w 671 roku warowny obóz, z którego z czasem wyrosło miasto. Pilnowało szlaków handlowych i było bazą wypadową do łupienia bizantyjskich miast. Kairouan ustępuje świętością tylko Mekce, Medynie i Jerozolimie, a to za sprawą Wielkiego Meczetu, bez wątpienia najstarszego w Afryce.
Z budową meczetu wiąże się pewna historia, która przyciąga do Kairouanu jak magnes. Otóż jego budowniczy, stawiając w szczerym polu dom modlitw, nałożyli na mieszkańców rzymskiej Afryki szczególny trybut. Lokalna administracja miała zgromadzić dla Arabów kolumny do podparcia sklepienia w zadaszonej części meczetu. Poszły więc do rozbiórki ruiny dawnych pałaców i świątyń. Gdzie ich brakowało, rozbierano kościoły.
Sprzeciw wobec najeźdźcy byłby równoznaczny z wyrokiem śmierci. Fala dewastacji przewaliła się przez całą rzymską Afrykę. Padły resztki zabytków punickich, ograbiono szczątki świątyń Kartaginy i libijskiego Leptis Magna. 414 dorodnych kolumn wsparło dach pierwszego domu Mahometa w Afryce. O ironio! To, co dla Rzymian było rabunkiem, z dzisiejszej perspektywy wygląda nieco inaczej. Można mieć wątpliwość, czy zrabowane przez Arabów kolumny przetrwałyby w ruinach starożytnych miast. W Kairouanie zaś, nietknięte przez kataklizmy historii, stanowią jedyne w swoim rodzaju muzeum architektury, gdzie porządek koryncki przeplata się z jońskim, a ostatnie filary z czasów Hannibala stoją naprzeciw doryckich kolumn jego gnębicieli.
Dość już na ten temat. Chciałem obejrzeć ten park archeologiczny, ale mimo iż na dziedziniec wszedłem bez problemów, do meczetu mnie nie wpuszczono. Stojący w bramie woźny spytał, czy umiem wyrecytować szahadę. Wyrecytowałem całkiem sprawnie, ale i to było dla niego za mało, bo żeby wejść, musiałbym złożyć zapewnienie, że jestem muzułmaninem. Cóż, nie jestem, a udawać nie chciałem. Ostatecznie słynną kolekcję kolumn miałem szansę zobaczyć tylko przez chwilę, przez uchylone wrota meczetu, lekko zaś podenerwowany woźny wypchnął mnie zdecydowanym ruchem na dziedziniec. Pamiętam zdziwienie, bo wiele razy wcześniej wpuszczano mnie do meczetów, które tradycyjnie są otwarte również dla niewiernych. Oglądałem meczety w Libanie i Syrii, nawet tak wielkie i święte jak meczet Ummajadów w Damaszku czy Muhammada Alego w Kairze. W Kairouanie powiedziano wyraźnie: to nie jest miejsce dla ciebie! To nie jest miejsce dla niewiernych!
Od tamtej pory z podobnym zachowaniem spotykam się coraz częściej. Na teren muzułmańskiego haramu w Jerozolimie, gdzie niegdyś wchodziło się szerokimi bramami od strony miasta, dziś wejść nie można prawie wcale. Tylko dwa razy w tygodniu, nie dłużej niż przez półtorej godziny, wzgórze świątynne jest otwarte dla niemuzułmanów. Na jego teren wchodzi się specjalną oszkloną pochylnią po przejściu bramek do wykrywania metalu, gdzie turyści kontrolowani są dokładniej niż na lotnisku. O zwiedzeniu Al-Aksy czy Kopuły nad Skałą trzeba zapomnieć. Jeszcze dziesięć lat temu do obu miejsc kultu wchodziło się bez problemu, dziś, jeśli się nie jest muzułmaninem, odpowiedź brzmi: nie! Boimy się zamachów i prowokacji, tłumaczył jakiś starszy mężczyzna przed bramą Al-Aksy, wyraźnie zażenowany sytuacją. Chcemy być otwarci, ale świat każe nam chronić to, co najcenniejsze: naszą wiarę i jej święte miejsca!
Nie tylko meczety się zamykają przed obcymi. Zamyka się cały islamski świat. Socjalistyczne eksperymenty z laicyzacją islamu dokonywane przez Kaddafich, Husajnów, Burgibów czy Asadów przeszły do historii. Po fali przymusowej laicyzacji arabska wiosna otwarła drzwi procesom umacniania się islamu. W liberalnych do niedawna krajach kobiety zakładają chustki, a mężczyźni galabije. Co może oznaczać demokracja na Bliskim Wschodzie, pierwsi zobaczyli Amerykanie, którzy wymuszając na Palestyńczykach wolne wybory, przetarli szlak zwycięskiemu Hamasowi. Dziś nikt nie ma wątpliwości,  że tylko dyktatury w świecie arabskim trzymały w ryzach islamistów. Upadek autokratów otwarł drzwi populistycznym przywódcom, którzy odwołując się do islamistycznych haseł, odwracają się od Zachodu.
W Europie islam też jest w ataku. Nie powiódł się eksperyment z integrowaniem muzułmanów w liberalnej cywilizacji wolnego świata. Nie rozpłynęli się w religijnej indyferencji. Tworzą wspólnoty, enklawy, społeczności. Napędzają europejską demografię. Budują meczety i tam, gdzie mogą, czyli gdzie są w większości, narzucają swoje warunki. Nie pomogą krzyki i ostrzeżenia Oriany Fallaci i jej podobnych. Europa otwarła drzwi przed islamem, a ten – zaproszony, rozgościł się w niej na dobre. Między bajki należy włożyć koncepcje cywilizowania islamu i udanych eksperymentów typu multi-kulti. Już wiemy, że trzeba nauczyć się z tymi ludźmi żyć i jesteśmy skazani na próby porozumienia się.
Dlatego zapytam, a jest to jedno z najważniejszych pytań, przed jakimi stoimy: z jakim islamem chcemy się porozumiewać? Z tym, co się zamyka, czy z tym, który zostawia uchylone drzwi? W pierwszym wypadku na porozumienie nie ma szans. Tylko ten drugi zostawia odrobinę nadziei.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA