fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Subiektywny przewodnik dla niezdecydowanych

„Diabły z Loudun” w reżyserii Keitha Warnera, zdjęcie ze spektaklu Opery w Kopenhadze
Rzeczpospolita
Ranking. Wybierając się na przedstawienie lub koncert, warto o nim wiedzieć więcej niż to, co przeczytamy na afiszu
Niniejszy ranking ma zatem ułatwić decyzję tym, którzy postanowili zasiąść w przyszłym sezonie na widowni Opery Narodowej, ale mają kłopot z wyborem najciekawszego dla nich spektaklu.
1. „Diabły z Loudun".
To jedyna opera Krzysztofa Pendereckiego, która stale pojawia się na scenach świata. Co więcej, dziś, po ponad 40 latach, jakie minęły od hamburskiej prapremiery, jest coraz bardziej atrakcyjna, także dlatego że stanowi interesujące tworzywo dla nowoczesnego teatru. A temat, oparty na historycznych wydarzeniach, wciąż budzi emocje. Niektórych może zniechęcać nazwisko reżysera, Keitha Warnera, bo pamiętają jego nieudane „Wesele Figara" w Operze Narodowej z 2010 r., ale tamtą premierę należy traktować jako potknięcie naprawdę wybitnego twórcy teatralnego.
Zobacz fragment opery "Diabły z Loudun"

2. „Jolanta" i „Zamek Sinobrodego".

Fanów Mariusza Trelińskiego nurtuje pytanie: w jakiej jest kondycji po „Manon Lescaut"? Należy wierzyć, że odzyskał artystyczne siły, a ta premiera będzie wydarzeniem choćby ze względu na to, że grudniowymi spektaklami ma dyrygować Walery Gergiew, który do „Jolanty" Czajkowskiego przywozi swoje gwiazdy z Teatru Maryjskiego. Na dodatek partię Judyty w „Zamku Sinobrodego" Bartóka zaśpiewa charyzmatyczna Nadja Michael, ozdoba zagranicznych przedstawień Krzysztofa Warlikowskiego (wstrząsająca Medea w Brukseli i przejmująca Poppea w Madrycie).

3. „Lohengrin".

Trudno zrozumieć, dlaczego polskie teatry nie lubią tej opery Richarda Wagnera, choć jest bardziej przystępna dla publiczności od częściej u nas wystawianego „Parsifala". Romantyczny „Lohengrin" ma klarowną akcję, jeśli takowa w ogóle zdarza się w dziełach Wagnera. Nie wiadomo, co zaprezentuje reżyser Antony McDonald, w świecie bardziej znany jako scenograf. W razie czego zawsze można liczyć na chór Opery Narodowej, który w „Lohengrinie" będzie miał pole do popisu.
" Lohengrin" Richarda Wagnera

4. „Elektra".

Tym razem nie premiera, ale wznowienie (maj 2014 roku) dramatu Richarda Straussa, którego rozhisteryzowana muzyka niemal rozsadza teatralne mury. Intrygująca inscenizacja znakomitego Willy'ego Deckera i przede wszystkim wielka kreacja Ewy Podleś jako Klitemnestry – na przemian wyniosłej władczyni, matki próbującej odzyskać córkę i morderczyni targanej wyrzutami sumienia.
"Elektra" na deskach Teatru Wielkiego - Opera Narodowa

5. „Don Carlo".

Willy Decker raz jeszcze, tym razem dla tych, którzy wolą operę w tradycyjnych dekoracjach i strojach. A takich widzów jest niemało, sądząc po tłumach chętnych pragnących zdobyć bilet na spektakle po styczniowej premierze „Don Carlosa".
Decker lubi ascetyzm, oszczędnie operuje kolorem (tu mamy tylko szarość, czerń i czerwień), każdemu przypisując określone znaczenie. Szanuje historyczny kostium, ale robi teatr współczesny – operujący plastycznym skrótem, symbolem, odwołując się do wyobraźni widza.
Willy Decker - "Don Carlo" w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej

6. „Sen nocy letniej".

Jeszcze jedna klasyka, tym razem baletowa, jeśli za klasykę można już uznać choreografię powstałą 35 lat temu. John Neumeier ma jednak zapewnione miejsce w historii sztuki baletowej, dzięki m.in. takim spektaklom, łączącym różne style tańca i klimaty, od romantycznej nostalgii po rubaszny humor. Wykonanie Polskiego Baletu Narodowego dodaje wartości temu „Snu nocy letniej".
"Sen nocy letniej" w wykonaniu Polskiego Baletu Narodowego

7. „Romeo i Julia".

Krzysztof Pastor wraca do choreografii zrealizowanej z brytyjskim Scottish Balet. I po raz pierwszy w Warszawie przedstawi swoją wersję tytułu należącego do kanonu baletowego. Zadanie ma tym trudniejsze, że do niedawna na scenie Opery Narodowej można było oglądać „Romea i Julię" w choreografii Emila Wesołowskiego. Po 18 latach od tamtej premiery zobaczymy całkiem inną wersję. Porównania będą nieuniknione.
„Romeo i Julia" - w choreografii Krzysztofa Pastora zrealizowanej z brytyjskim Scottish Balet

8. „Attila".

Kilkanaście lat temu była szansa na koprodukcję Opery Narodowej i Opernhausu w Zurychu, której efektem miała być inscenizacja tej wczesnej opery Verdiego ze słynnym Ruggiero Raimondim w roli tytułowej. Zmieniła się jednak dyrekcja i jak to u nas bywa, projektu nie podjęli następcy. W ten sposób polska publiczność nie poznała operowej opowieści o wodzu Hunów. Lukę postara się przynajmniej częściowo zniwelować dyrygent Carlo Montanaro w koncertowym wykonaniu „Attili".

9. „Qudsja Zaher".

Wbrew obawom malkontentów opera Pawła Szymańskiego nie znika po prapremierze jak większość utworów współczesnych. Oszczędna, przejmująco sugestywna muzyka wręcz hipnotyzuje. Kto nie jest zbyt czuły na takie dźwięki, może podziwiać inscenizację Eimuntasa Nekrošiusa.

10. „Hamlet".

Choreograf Jacek Tyski konsekwentnie próbuje zaistnieć na polskiej scenie baletowej. Po kilku drobniejszych pracach w Warszawie niedawno zrealizował premierę z zespołem Opery na Zamku w Szczecinie. Teraz staje przed trudniejszym sprawdzianem, ma być autorem pełnospektaklowego baletu, na dodatek opartego na wielkiej tragedii Szekspira.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA