Wspomnienia

Barbara Sass-Zdort nie żyje

Barbara Sass-Zdort
Fotorzepa, Dominik Pisarek
W Warszawie zmarła Barbara Sass, reżyserka, autorka filmów o silnych kobietach i wybitnego „Pokuszenia”

– Czy reżyseria jest zawodem dla kobiety? To pytanie drażni mnie tak samo jak etykietka „kobiece kino". Reżyseria to zawód, za którego uprawianie płaci się wysoką cenę. Płaci się ją za wrażliwość, za sposób, w jaki trzeba chłonąć świat, za ciągłe egzaminy, które się zdaje, za to, że jest się osobą publiczną, narażoną na nieustanną krytykę. To wszystko nie ma nic wspólnego z płcią – powiedziała mi kiedyś Barbara Sass.

Źle się czuję w tłumie. Rozmowa Mazurka z Barbarą Sass

Dopisywano jej etykietkę „reżyserki-kobiety" także dlatego, że stanęła za kamerą wtedy, gdy robienie filmów było głównie domeną mężczyzn.

Urodziła się 14 października 1936 roku w Łodzi. Jej ojciec jako kurator województwa łódzkiego walczył o sprawy nauczycieli, upominał się o małe szkoły w gminach. Rodzina ze strony matki była typowo mieszczańska. Babka – żona łódzkiego przemysłowca – urodziła 16 dzieci.

– Cała ta rodzina była inżynierska, a ja wybrałam drogę artystyczną – wspominała Sass.

Czerwony klasztor dla grzecznych dziewczynek

W latach 50. skończyła liceum, które w Łodzi nazywano „czerwonym klasztorem". Jej koleżanki zdawały grzecznie na medycynę, politechnikę. Ona myślała o dyplomacji, dziennikarstwie, a najbardziej o reżyserii teatralnej. Ale tam przyjmowano dopiero po studiach, a ona przystępując do matury, miała zaledwie16 lat. Poszła na egzamin do szkoły filmowej. I zdała.

Nakręciła kilka ciekawych etiud, ale była kompletnie niedoświadczona i po studiach nie ośmieliła się stanąć za kamerą. Zaczęła pracę w kinematografii jako asystentka, potem była drugim reżyserem. Pracowała z Wajdą, Skolimowskim, Hasem. Miała interesujące pomysły, potrafiła pisać dialogi. I tak minęło 20 lat.

– Nagle się ocknęłam i zrozumiałam, że chcę pracować na własny rachunek – opowiadała.

Brązowe Lwy za własny bunt

Zrobiła kilka filmów telewizyjnych, a w roku 1979 zadebiutowała w fabule jako autorka „Bez miłości". Ta historia dziewczyny, która chce udowodnić, że da sobie sama radę, przyniosła jej Brązowe Lwy Gdańskie i Złoty Dukat festiwalu w Mannheim.

– Było pewnie w tym filmie dużo mojego własnego buntu, chęci rzucenia wszystkim tego „Ja wam pokażę", które mówi moja bohaterka – wspominała.

Potem były: „Debiutantka" i „Krzyk", który obejrzało ponad milion widzów. Filmy o kobietach silnych i potwornie samotnych.

– Samotność jest we mnie – twierdziła. – To, co mówię nie jest skierowane przeciwko mojemu mężowi, synom czy przyjaciołom. Oni są wspaniali. Ja się po prostu z tą samotnością urodziłam. Uważam, że człowiek musi samodzielnie uporać się ze swoimi problemami. I w gruncie rzeczy nikt inny go nie zrozumie do końca.

Jej bohaterki były ostre, czasem agresywne, zawsze o silnym charakterze. Krytycy pisali, że filmy Sass to kino kobiece, ale mocne, zrobione szybko, dynamicznie, „męską ręką".

We wszystkich tych „babskich" filmach główną rolę zagrała Dorota Stalińska. Stworzyła znakomite kreacje. Aktorka i reżyserka stały się teamem. Po prawie dziesięciu latach, już w roku 1990, postanowiły opowiedzieć o sobie, o stosunkach aktor-reżyser, o wzajemnym uzależnieniu, czerpaniu z siebie, ambicjach i rywalizacji. Tak powstała „Niemoralna historia". Po tym filmie artystyczne ich drogi rozeszły się.

Bez bezczelności i taniego sentymentalizmu

Sama Barbara Sass lubiła bardzo dwa swoje filmy: „Dziewczęta z Nowolipek" i „Rajska jabłoń". – Nie miały bezczelności innych moich filmów, a jednocześnie nie przekroczyłam w nich bariery taniego sentymentalizmu – mówiła reżyserka. – Opowiedziałam o uczuciach.

Po transformacji autorka ambitnych filmów o kobietach szukała miejsca dla siebie w rynkowym systemie. Sama zebrała pieniądze na „Pajęczarki", ale komedia robiona „pod publikę" to nie był jej styl. Wyciągnęła z tej przygody lekcję i wróciła do ambitnego kina. Dwa lata później pokazała film znakomity, może swój najlepszy.

Akcja „Pokuszenia" toczyła się w stalinowskich latach 50. Sass opowiedziała historię młodej zakonnicy, która została osadzona w więzieniu za zniechęcanie młodzieży do chodzenia na zbiórki ZMP, a następnie przydzielona do posługiwania internowanemu księdzu. Film nieuchronnie wywoływał skojarzenia z internowaniem kardynała Wyszyńskiego i pracującą dla UB siostrą „Ptaszyńską".

Barbara Sass wciągnęła widza w grę intelektualną i emocjonalną, opowiedziała o miłości niespełnionej, odrzuconej i bolesnej, o wierze, o totalitarnym państwie, o manipulacjach i upodleniu człowieka. Ale również o godności, której nie można zdeptać, o wyzwoleniu się z lęku, który nawet w czasach terroru pozwala pozostać sobą.

Podobną przygodę intelektualną zafundowała widzom w ostatnim swoim filmie, nakręconym w 2011 roku. To „W imieniu diabła", gdzie historię opętanych sióstr Betanek z Kazimierza wykorzystała, by pokazać manipulację, powstawanie totalitaryzmu, indoktrynację zwyczajnych ludzi.

Wszechstronna, ciekawa świata, nieuporządkowana

Wszystkie swoje filmy robiła z mężem, operatorem Wiesławem Zdortem. Byla artystką wszechstronną. Reżyserowała w teatrze, stworzyła wiele interesujących spektakli Teatru Telewizji.

Kiedyś zapytałam ją, jaka jest ona sama.

— Chyba bardzo nieuporządkowana, chwiejna emocjonalnie – odpowiedziała. – Przeżywam stresy i kryzysy. I wcale nie są one związane z jakimiś katastrofami. Wprost przeciwnie. Porażki wywołują we mnie złość. Niepokój zaś czuję wtedy, gdy idzie mi za dobrze. Czy jestem kobieca? Nie wiem. Nie umiem hodować kwiatków, nie umiem nawet dbać o pamiątki. Ciągle mi się zdaje, że nie potrafię wokół siebie wytworzyć ciepła.

Ale zupełnie inaczej oceniali ją ci, którzy byli obok niej. Pozornie szorstka, interesowała się sprawami innych, zawsze gotowa ich wysłuchać i służyć radą. Może ta ciekawość świata to też cecha artystów.

Po premierze „W imieniu diabla" powiedziała: – Powrót na plan dał mi tyle radości, że bardzo chciałabym natychmiast zrobić następny film. Czy się uda, zobaczymy.

Miała dużo planów. Już ich nie zrealizuje. Barbara Sass zmarła w czwartek w Warszawie.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL