Maciej Strzembosz: Kultura walutą niepodległości, czyli lament pożegnalny dla ministra Sienkiewicza

W Polsce XXI w. kultura jest zawsze na ostatnim miejscu, politycznie pogardzana i nieistotna – jak w rządach Donalda Tuska, lub sprowadzona do ordynarnej propagandy partyjnej – jak w rządach Jarosława Kaczyńskiego.

Publikacja: 08.05.2024 04:30

Bartłomiej Sienkiewicz jest kandydatem do Parlamentu Europejskiego

Bartłomiej Sienkiewicz jest kandydatem do Parlamentu Europejskiego

Foto: PAP, Jarek Praszkiewicz

Sprawa jest śmiertelnie poważna, więc zacznę od dwóch anegdot. Urzędnik przedstawia ministrowi plan promocji kultury. Minister zauważa z przekąsem: „Droga ta kultura”. Na co urzędnik odpowiada: „Niech pan lepiej zapyta, ile kosztuje brak kultury”. I anegdota druga dziejąca się w trakcie II wojny światowej. Minister wojny w rządzie Winstona Churchilla narzeka na brak środków na produkcję broni i amunicji, Churchill pyta go, które fundusze chciałby przesunąć, minister proponuje, by zabrać je z kultury. Churchill pyta: „To o co będziemy toczyć tę wojnę?”.

Nie tylko ciepła woda

Zgodnie z dosadnym stwierdzeniem Donalda Tuska – epoka powojenna się skończyła i żyjemy w epoce przedwojennej. I nagle się okazuje, że jednym z podstawowych problemów ostatnich dekad, które pod znakiem zapytania stawiają szanse obrony niepodległości, były niewystarczające i niewłaściwe inwestycje w kulturę.

Oczywiście najjaskrawszym dowodem krótkowzroczności polskiej polityki jest niefrasobliwe rozbrajanie Polski w ostatnich 30 latach. Absolutnym skandalem jest fakt dopuszczenia do sytuacji, w której polski przemysł zbrojeniowy zaspokaja tylko 25 proc. naszych potrzeb, podczas gdy w przaśnym PRL-u było to 70 proc. Ale to są rzeczy, które można skorygować. Wprawdzie za dużą cenę, możliwą do uniknięcia przy lepszej polityce, ale w grę wchodzą głównie pieniądze i logistyka. Pieniądze przesądzą o tym, czy będzie wystarczająco dużo uzbrojenia, logistyka zaś o tym, czy będzie ono na czas.

Ale sama broń nie walczy, tymczasem tylko 15 proc. ludzi w wieku 18–49 lat zamierza bronić ojczyzny. A ludzie idą na wojnę obronną zazwyczaj albo pod przymusem, albo z przyczyn kulturowych. Najeźdźca może liczyć na łupy, obrońca tylko na zachowanie status quo. Dawniej zachowanie status quo było nieodmiennie związane z ziemią – ucieczka oznaczała stratę wszystkiego. Dziś, w erze mobilności i kosmopolityzmu, coraz większa liczba ludzi uważa, że może żyć wszędzie, że spokój i dostatek są ważniejsze od języka czy miejsca na ziemi.

Czytaj więcej

Dwoje kandydatów do zastąpienia Bartłomieja Sienkiewicza

Sprzyja temu nie tylko ultraindywidualistyczne podejście do losu człowieka, ale także – niestety – polityka ciepłej wody w kranie. Taka polityka – a nie jest to zarzut wyłącznie wobec rządów w Polsce, lecz w całej Europie Zachodniej – sprzyja postawom roszczeniowym i eliminując z perspektywy kulturowej wspólnotę, zachęca do troski wyłącznie o siebie i najbliższych.

Powiedzmy jasno – dla polityków społeczeństwo zatomizowane i bierne, skupione wyłącznie na potrzebach materialnych, jest wygodne. Utrwala status quo, w którym dominują obecne elity polityczne. Nie wymaga wysiłku, ambitnych celów, całościowych wizji. Wystarczy wzrost gospodarczy, i to każdy wzrost gospodarczy, nawet bazujący na niemoralnych przesłankach, takich jak korzystanie z taniej energii rosyjskiej, współczesny kolonializm czy praca imigrantów na czarno.

Hymn na meczu

Dramat zaczyna się wtedy, gdy trzeba bronić państwa przed fizyczną zagładą, a praktyka polityczna z lewa i prawa oraz ze środka wyeliminowała więzi wspólnotowe, zastępując je plemiennymi wojenkami jako formą rozrywki zastępującej prawdziwy patriotyzm. Prawdziwy – a więc stawiający wspólnotę wyżej niż jakiekolwiek podziały, dopuszczający głębokie różnice, póki nie kwestionuje się dobra najważniejszego, czyli wspólnoty państwowej.

Nie jest to rzecz jasna wyłącznie kwestia polityki, ale bez decyzji politycznych w biernym i zatomizowanym społeczeństwie erozja wspólnoty jest nieunikniona. I proszę mi nie bajdurzyć, że to stan naturalny dla liberalnej demokracji. W Stanach Zjednoczonych każdy istotny mecz zaczyna się od hymnu, w przerwach meczów honorowani są weterani i wojskowi w służbie czynnej, gigantyczne pieniądze przeznaczane są na podniesienie statusu armii i przekonanie ludzi, że najskuteczniejsza i dostępna dla wszystkich ścieżka awansu społecznego to droga przez armię, od ułatwień przy zdobyciu wykształcenia aż po specjalny system ubezpieczenia i kredytów ułatwiających stabilizację finansową. Polityk amerykański, który nazwałby żołnierzy „watahą psów, śmieci po prostu”, byłby nie tylko skończony jako polityk, ale także objęty ostracyzmem społecznym

Ale stosunek do armii to tylko wierzchołek góry lodowej. Kultura amerykańska pełna jest sformułowań podkreślających wyjątkowość Ameryki. W efekcie wiele komercyjnych filmów ogląda się jak propaństwową propagandę, bo nawet jeśli krytykują jakieś aspekty, to w imię wspólnoty, której prawa są naruszane.

Media na początek

Tymczasem w Polsce XXI w. kultura jest zawsze na ostatnim miejscu, politycznie pogardzana i nieistotna – jak w rządach Donalda Tuska, lub sprowadzona do ordynarnej propagandy partyjnej – jak w rządach Jarosława Kaczyńskiego. Interesy państwa są rzeczą wstydliwą, załatwianą w zaciszu gabinetów, zgodnie z propagandową narracją obu stron plemiennego sporu, że wódz wie najlepiej. Obywatele powinni się zaś zająć swoimi problemami, sprawy ważne oddając pod opiekę wodza, którego działań nie wolno kwestionować, gdyż przybliża to tragedię, czyli zwycięstwo wrogiego plemienia. W efekcie Jarosław Kaczyński mógł swobodnie brać na listy bandytów, oszustów i złodziei, a Donald Tusk promować grilla i ciepłą wodę w kranie.

Czytaj więcej

Michał Kolanko: „Zderzaki” paradygmatem polityki szefa PO, czyli europejska roszada Donalda Tuska

Ale te czasy się skończyły. Albo Polska odbuduje wspólnotę, albo ryzykujemy, że Polski nie będzie. I zacząć trzeba od kultury i mediów, bo one są naturalną płaszczyzną dyskursu i współistnienia idei. I jakże trudnego, lecz niezbędnego pojednania.

Marzenia i nadzieje

Marzy mi się więc minister kultury, dla którego najważniejszą racją nie będą podatkowe interesy globalnych koncernów, tylko polska racja stanu. Minister kultury, który wierzy w Polskę jako kraj samodzielny, a nie peryferyjne dzikie pola będące „wewnętrzną gospodarką niemiecką”. W ogóle marzy mi się rząd, w którym nie może zasiadać polityk mówiący otwarcie, że „Polska była, jest i będzie słaba”, dlatego powinna roztopić się w innym organizmie. I jest tragedią, że obaj cytowani powyżej politycy, Bartłomiej Sienkiewicz i Krzysztof Śmiszek, wybierają się reprezentować Polskę w Parlamencie Europejskim wraz z gromadą przestępców z PiS uciekających z Polski w poszukiwaniu immunitetów.

Marzy mi się minister mówiący własnym głosem i potrafiący narzucać kulturową narrację premierowi, który kultury nie lubi i nie rozumie. Minister, który broniąc mediów publicznych jako otwartego forum dyskusji i wymiany idei, nie będzie ich traktował jako instytucjonalnego łupu, ba, będzie rozumiał, że w dzisiejszych czasach bizantyjskie instytucje są mniej ważne od treści krążących swobodnie na wielu platformach.

Czytaj więcej

PiS, KO i Lewica rzucają poważne siły na wybory do europarlamentu. Dlaczego?

Bartłomiej Sienkiewicz takim ministrem nie był, choć miał ważny w Polsce atut – dostęp do ucha premiera. Rzecz w tym, że nie miał nic istotnego do powiedzenia, nie był nawet ciekaw tego, co kultura może Polsce dziś zaoferować. Czy następny minister wybrany przez Donalda Tuska będzie politykiem wielkiego formatu, zdolnym tam, gdzie trzeba, do przeciwstawienia się nominującemu go wodzowi? Obawiam się, że taka osoba nawet nie zbliży się do listy kandydatów w kajeciku premiera. Ale domagać się tego trzeba.

Autor jest producentem filmowym, scenarzystą i publicystą

Sprawa jest śmiertelnie poważna, więc zacznę od dwóch anegdot. Urzędnik przedstawia ministrowi plan promocji kultury. Minister zauważa z przekąsem: „Droga ta kultura”. Na co urzędnik odpowiada: „Niech pan lepiej zapyta, ile kosztuje brak kultury”. I anegdota druga dziejąca się w trakcie II wojny światowej. Minister wojny w rządzie Winstona Churchilla narzeka na brak środków na produkcję broni i amunicji, Churchill pyta go, które fundusze chciałby przesunąć, minister proponuje, by zabrać je z kultury. Churchill pyta: „To o co będziemy toczyć tę wojnę?”.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Arkadiusz Stempin: Niemiecka demokracja w kryzysie. Czy Niemcy uchronią ją przed erozją od środka?
Opinie polityczno - społeczne
Jacek Nizinkiewicz: Dlaczego PiS chce ukryć problemy, których lawinowo przybywa
Opinie polityczno - społeczne
Zuzanna Dąbrowska: Odwołana rewolucja w KRS
Opinie polityczno - społeczne
Łukasz Warzecha: Kto tu jest populistą?
Opinie polityczno - społeczne
Ks. Mirosław Tykfer: Na granicy z Białorusią wciąż umierają ludzie