fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Usługi, ceny, zarobki

Tobolewski o tłumaczach: język angielski: czy ktoś go dobrze zna?

www.sxc.hu
W elektronicznym biuletynie firmy Wolters Kluwer przeczytałem: „Minister sprawiedliwości ogłosił we wtorek, 10 listopada br., konkurs na najlepszą pracę magisterską z zakresu ekonomicznych i społecznych aspektów funkcjonowania przestrzeni sprawiedliwości". Jestem 40 lat poza Polską i nie wiem, co to jest „przestrzeń sprawiedliwości". Ale od czego jest internet?

Szukam i znajduję na stronie MS: „Pojęcie to pojawiało się dotychczas w dokumentach UE i oznacza stan powszechnej dostępności do sprawiedliwości, zapewniany między innymi poprzez współpracę instytucji i otwartość na dialog obywatelski. O rozumieniu przestrzeni sprawiedliwości mówi opublikowany w marcu 2014 r. komunikat Komisji Europejskiej dotyczący dróg dojścia do »prawdziwej europejskiej przestrzeni sprawiedliwości«".

Szukam dalej źródła tej „przestrzeni". Jest! Określenie „area" (through the creation of an area) jako „przestrzeń" znalazło się w tłumaczeniu na polski traktatu o UE z 1992 r. (art. B). I tak już zostało. W traktacie lizbońskim podpisanym 13 grudnia 2007 r. patrzę na tekst angielski – jest! W art. 2: „The Union shall offer its citizens an area of freedom, security and justice...", przetłumaczono na polski jako: „Unia zapewnia swoim obywatelom przestrzeń wolności, bezpieczeństwa i sprawiedliwości...". Patrzę na wersję francuską: „L'Union offre... un espace"... A ponieważ ja bym wyraz „area" i jego francuski odpowiednik przetłumaczył na polski jako „sfera": „Unia zapewnia swoim obywatelom sferę wolności, bezpieczeństwa i sprawiedliwości...", to wskazuje, że nie nadążam za zmianami językowymi w Polsce.

Bo co ma przestrzeń do zakresu działania prawa? Może być przestrzeń powietrzna, kosmiczna, matematyczna, ale „przestrzeń sprawiedliwości"? Na wszelki wypadek skonsultowałem też filozoficzne, geograficzne i antropologiczne pojęcie „przestrzeń". Tempus fugit i nowomowa powstaje, ludzie się do niej przyzwyczajają i tak zostaje. Bo jeśli ustawodawca tak przetłumaczył treść artykułu traktatu, to najwyraźniej tak być powinno.

Do podjęcia tego tematu skłoniły mnie efekty zleconych tłumaczom przysięgłym do tłumaczenia z angielskiego na polski tekstów dwóch testamentów i wyroku o separacji od łoża i stołu. Otrzymałem przekład tych dokumentów taki, że mnie autentycznie zamurowało. Tłumacz (przysięgły) nie znał w ogóle prawniczych sformułowań. Tekst źródłowy i jego przekład powinien mieć tożsame cele! Natomiast stopień rzeczywistej bliskości pomiędzy oryginałem a przekładem był tak daleki, a błędy tak ewidentne, że nie można było przejść nad nimi do porządku.

Bo „powód" i „powódka" w rozumieniu stron procesowych zostali nazwani w liczbie mnogiej „powodzi"! Wiem, że w słowniku polskim jest „powodowie", a nie „powodzi". Mnie się na przykład dobrze powodzi, a drugiemu źle, bo po powodzi ma zalaną piwnicę. W testamencie: „Odwołuję wszystkie poprzednie testamenty i rozporządzenia testamentowe poczynione dotychczas przeze mnie", przetłumaczono jako: „Cofam wszystkie wcześniejsze zapisy mojej ostatniej woli i dyspozycje testamentowe dotychczas złożone przede mną". To już nie żarty, bo błąd jest na tyle poważny, że zmienia sens testamentu i pozwala go różnie tłumaczyć! „Wyrok o separacji od stołu i łoża" jako„wyrok separacji łoża i prowadzenia gospodarstwa"; „powrócić do wspólnego pożycia" jako „powrócić do wspólnego mieszkania". Mało tego! Jeden z tłumaczy w ogóle nie przetłumaczył artykułu z testamentu i po art. 3 był art. 5. Czy, na litość boską, nie przeczytał tego, co sam przetłumaczył? Nie wie, że punkt cztery zwykle znajduje się między trzecim a piątym?

Mieszkam w Montrealu, w prowincji teoretycznie dwujęzycznej. Jednak poza Montrealem i kilkoma skupiskami anglofonów większość mieszkańców mówi wyłącznie po francusku. Tolerancja językowa jest więc ogromna, bo frankofoni często łamią angielski, a anglofoni francuski. Jestem więc przyzwyczajony, że ludzie się nie dziwią błędom językowym. Co więcej, mam przywilej posiadania przyjaciół Polaków, którzy mieszkają tu od dawna (zwykle od lat 80.) i osiągnęli bardzo wysokie pozycje społeczne: lekarzy, adwokatów, architektów, inżynierów – by wymienić tylko kilka profesji. Bywa, że rozmowa toczy się naraz w trzech językach i w konwersacji stosowane są słowa bardziej odpowiadające kontekstowi sytuacyjnemu. Nie jest to „kara na kornerze". Często język francuski jest bardziej precyzyjny od angielskiego czy polskiego, więc wstawia się na przykład słowo francuskie w zdanie wypowiedziane po polsku. Rzadko się natomiast zdarza, by ktoś, kto nie zna nomenklatury inżynierskiej, wypowiadał się w obcym języku o tych sprawach. Albo używa języka macierzystego, albo mówi, że nie wie, o co chodzi.

To nagminne w Polsce, że tłumacze – nawet przysięgli – usiłują się znać na wszystkim. Mój felieton napisany kilkanaście lat temu zaatakowałby wówczas tłumaczy zawodowych z ministerstw Sprawiedliwości i Spraw Zagranicznych między innymi za przetłumaczenie „area" (w traktacie UE) jako „przestrzeni". Teraz jakość tłumaczeń oficjalnych aktów jest zwykle bez zarzutu. Tylko dlaczego ludzie tłumaczący umowy, wyroki sądowe lub fachową literaturę nie chcą się samoocenzurować i powiedzieć po prostu: „na tym się nie znam"?

Jeśli ja nie prowadzę spraw karnych, to klienci dzwoniący o północy z komisariatu z prośbą o pomoc adwokacką dostają odpowiedź, żeby sobie poszukali innego adwokata, bo „ja się na tym nie znam". W Polsce natomiast zbyt często wygląda tak, że każdy się zna na wszystkim. To przecież żadna ujma na czymś się nie znać i lepiej to powiedzieć, niż wymyślać niestworzone rzeczy. Jeszcze gdyby politycy zrozumieli, że nie są omnibusami, świat byłby o krztynę lepszy.

Autor jest adwokatem, od 34 lat prowadzi kancelarię w Montrealu, e-mail: at@gagnetob.com

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA