fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty motorowe

Ostatni taki Jankes

Polska Press, Szymon Starnawski
49-letni Greg Hancock, jeden z najbardziej utytułowanych żużlowców, ogłosił zakończenie kariery.

„Ostatni rok, podczas którego opiekowałem się żoną i rodziną, stał się wyzwaniem i spowodował, że moje życie przeszło na nowe tory. Jestem zadowolony z osiągnięć w sporcie i wierzę, że jest to czas, by przejść do nowego rozdziału. To była trudna decyzja, ale właściwa" – stwierdził Hancock w oświadczeniu na stronie internetowej cyklu Grand Prix. 49-letni żużlowiec opuścił już poprzedni sezon z powodu choroby żony. W sierpniu żużlowe serwisy donosiły, że Jennie Hancock kończy chemioterapię i jest szansa na powrót jej męża do ścigania. Amerykanin podpisał nawet na nowy sezon umowę z ROW-em Rybnik, ale ostatecznie nie zdecydował się na wznowienie kariery.

Stany Zjednoczone wraz z jego odejściem na emeryturę całkowicie stracą na znaczeniu w świecie żużla. W 1982 roku był to w USA sport na tyle popularny, że finał indywidualnych mistrzostw świata odbył się w Kalifornii, a na stadion Los Angeles Memorial Coliseum przyszło 40 tys. widzów. Teraz USA to żużlowa pustynia.

Hancock tytuł indywidualnego mistrza świata zdobywał czterokrotnie, co plasuje go na szóstym miejscu w klasyfikacji medalowej wszech czasów. Trzy razy dorzucił do tego złote medale w drużynie i raz w parach. Przede wszystkim jednak wyśrubował rekord występów w turniejach Grand Prix. W cyklu tym jeździł bez przerwy od początku takiego formatu mistrzostw w 1995 roku, aż do września 2014 roku. Wtedy z powodu kontuzji musiał odpuścić Grand Prix w Vojens. Dało to niesamowite 177 turniejów z rzędu, łącznie przez 24 lata Amerykanin wystąpił w 218 zawodach.

Hancock, noszący po słynnym muzyku pseudonim Herbie, to jednak także kontrowersje. Największe wzbudził w 2016 roku, gdy w ostatniej rundzie Grand Prix w Melbourne zapewnił już sobie złoty medal. W jednym z wyścigów pewnie prowadził, ale na ostatnich metrach wyraźnie zwolnił, dając się wyprzedzić Chrisowi Holderowi, koledze z teamu sponsorowanego przez producenta napojów energetycznych. Australijczyk walczył wówczas o miejsce na podium. Sędzia zawodów wykluczył z biegu Amerykanina, który oburzony wycofał się z turnieju.

– Byłem wściekły i zniechęcony przez te oskarżenia. Miałem problem ze sprzęgłem, który spowodował jego ślizganie się i dziwne drgania – tłumaczył później, ale przekonał niewielu. A Holderowi nie pomógł – i tak zabrakło mu punktów do brązowego medalu.

Amerykanin krytykowany był też za baczne zwracanie uwagi na to, kto da więcej i brak przywiązania do barw klubowych. W Polsce łatwiej wymienić, w jakich ważniejszych klubach nie występował, niż te, w których bywał. Gdy jesienią podpisywał umowę (w końcu niezrealizowaną) z wracającym do ekstraklasy ROW-em Rybnik, była to już jego 12. zmiana barw w Polsce i 11. klub. Ale na pierwsze drużynowe mistrzostwo Polski musiał czekać aż do 2011 roku, gdy po złoto sięgał z Falubazem Zielona Góra. Rok później powtórzył sukces w Unii Tarnów. I tyle. Najdłużej pozostawał wierny klubowi z Wrocławia, który na przełomie wieków reprezentował przez siedem kolejnych sezonów.

Gdy w 1996 roku Rosjanin Michaił Starostin jako 41-latek zdobywał punkty dla LKŻ-u Lublin, traktowany był jako ciekawostka, bo prawie nikt nie kontynuował kariery tak długo. Później stopniowo się to zmieniało. Rekord pobił Andrzej Huszcza, legenda Zielonej Góry, który w chwili przejścia na emeryturę w 2007 roku miał 50 lat. Teraz czterdziestokilkulatków jest sporo, także w polskiej Ekstralidze. Do Częstochowy wraca właśnie Norweg z polskim paszportem Rune Holta (rocznik 1973), w Zielonej Górze nadal ściga się Piotr Protasiewicz (1975), barwy GKM-Grudziądz będzie w 2020 roku reprezentował Duńczyk Nicki Pedersen (1977). Kolejne przykłady znajdziemy w niższych ligach. – Wiek nie ma większego znaczenia. Jeżeli zawodnik czuje się dobrze psychicznie i ma motywację do walki – to jeździ. Zakończę karierę dopiero, gdy uznam, że nie mam szans na następny tytuł mistrza świata – mówił Hancock w rozmowie ze szwedzkimi mediami w 2010 roku – już wtedy był najstarszym zawodnikiem w Grand Prix.

Marian Maślanka, były prezes Włókniarza Częstochowa (Hancock jeździł tam w latach 2006-2009), ma inną, bardziej konkretną teorię. - Najważniejsze jest coś, co ja nazywam higieną. W przypadku Hancocka wszystko zaczyna się od zdrowego odżywiania. Jego jedynym napojem w trakcie sezonu zawsze była woda. Wszystkie posiłki były doskonale przemyślane. Na talerzu leżało zawsze mnóstwo warzyw i lekkich, białych mięs. Porcje nigdy nie były duże. Mniej i częściej znaczyło lepiej. On już dawno zaprogramował w znakomity sposób swój organizm – tłumaczył ostatnio w rozmowie z WP Sportowymi Faktami. Zwracał też uwagę, że Amerykanin stosunkowo rzadko odnosił poważne kontuzje, a dodatkowo był znakomitym tzw. startowcem, czyli zawodnikiem, który gorzej radzi sobie z wyprzedzaniem rywali na dystansie, za to bazuje na refleksie pod taśmą startową. - Jak wygrywa się starty, to częściej jeździ się z przodu. Hancock jest najbezpieczniejszym zawodnikiem ze światowej czołówki. Nie traci tak wielu sił na walkę z rywalami czy szprycą – zauważył Maślanka.

Hancock zwracał uwagę, że podstawą jego sukcesów jest udane życie prywatne. – W moim domu pachnie codziennie świeżą kawą i jest to zapach bezpieczeństwa. Jestem zadowolony z życia, mam wspaniałą rodzinę, dobrych przyjaciół i zawód, który kocham. Czego więcej można chcieć? – pytał już w 2010 roku.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA