fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty motorowe

Koronawirus przypomniał się żużlowi

Zawodnicy Ekstraligi i I ligi przechodzili testy już przed startem sezonu.Teraz część z nich czeka na powtórkę.
fot. Invicta/ mat.pras.
Jedna osoba z obsługi meczu ROW Rybnik - Unia Leszno miała dodatni wynik testu na koronawirusa. I prawie wstrzymała cały żużlowy świat.

„Nie jest nią żaden z zawodników, mechaników ani członków sztabów szkoleniowych” – podkreśliła w komunikacie PGE Ekstraliga, ale zgodnie z procedurami kryzysowymi nakazała żużlowcom i trenerom zamknąć się w domach oraz odwołała najbliższe mecze ROW i Unii. Mecz tych zespołów odbył się w ostatni piątek. Osoby poddane kwarantannie mają mieć przeprowadzone testy, przy czym najwcześniej 20 lipca, by doszło do ewentualnej inkubacji koronawirusa i badanie było wiarygodne.

Lawina powstrzymująca rozpędzający się sezon ruszyła błyskawicznie. We wtorek odwołano też rundę Tauron SEC w Gnieźnie, czyli turniej z cyklu Indywidualnych Mistrzostw Europy. Mieli w nim w środę wystartować czterej zawodnicy, którzy uczestniczyli w meczu w Rybniku.

Ale to nie koniec, bo w barwach ROW jeździł m.in. Adrian Miedziński. Dzień później ten sam zawodnik wystąpił już jako reprezentant Apatora Toruń w meczu ze Startem Gniezno. Jak to możliwe? Żużlowe władze zdecydowały się w czasie pandemii wprowadzić instytucję „gościa”, która miała pozwolić zespołom z Ekstraligi na załatanie dziur w składzie, w przypadku stwierdzenia Covid-19 u któregoś z zawodników.

Jednak regulamin napisano tak, że zakażenie wcale nie jest konieczne, ekstraligowcy więc na coraz większą skalę zaczynają ściągać do siebie wyróżniających się zawodników z I ligi, wymieniając najsłabsze ogniwa. Apator rozdysponował już trzech „gości” – Miedziński dorabia w Rybniku, Chris Holder – we Wrocławiu, a jego brat Jack – w Gorzowie. A są zakusy są na kolejnych.

I tak rozwiązanie, które miało ochronić PGE Ekstraligę przed epidemicznymi perturbacjami, może okazać się dla niej źródłem problemów. Starszy z braci Holderów w piątek wystąpił w meczu swojej Sparty Wrocław z GKM Grudziądz, w sobotę w spotkaniu Apatora ze Startem, a w poniedziałek w Bydgoszczy w całkiem już towarzyskiej imprezie pod nazwą Indywidualne Mistrzostwa 1. Ligi Żużlowej. Po drodze miał oczywiście kontakt z Miedzińskim.

Piotr Stencel, Koordynator Sanitarny Polskiego Związku Motorowego, w udzielonym w środę „Przeglądowi Sportowemu” wywiadzie twierdzi, że „inkubacja wirusa w organizmie człowieka trwa minimum siedem dni, więc każdy kontakt z zawodnikami biorących udział w feralnym meczu na 3-4 dni po tym spotkaniu należy uznać za bezpieczny”. - Wszyscy żużlowcy, którzy mieli kontakt z zawodnikami ROW-u i Unii są zupełnie bezpieczni - dodał. Co innego mówią wytyczne rządowe, poparte stanowiskiem Światowej Organizacji Zdrowia.

Według WHO koronawirusem można zarażać nawet kilka dni przed wystąpieniem objawów, a okres inkubacji trwa średnio pięć dni. W praktyce więc pod lupą powinni się znaleźć nie tylko zawodnicy ROW i Unii, ale i ci, którzy mieli z nimi kontakt. To momentalnie wstrzymałoby całą I ligę, bo w Bydgoszczy jeździli żużlowcy wszystkich klubów.

Główna Komisja Sportu Żużlowego w środę zdecydowała, że choć testy mają się odbyć po 20 lipca, to Miedziński zostanie zbadany już w piątek. Jeśli wynik będzie negatywny, I liga będzie mogła w weekend jeździć. Dlaczego tylko on, a reszta musi czekać do przyszłego tygodnia? Tego już nie wyjaśniono.

W żużlu, drugim sporcie po piłce nożnej, który rozpoczął rozgrywki po zniesieniu obostrzeń, szybko nastąpiło rozprężenie. Ostry reżim sanitarny prędko złagodzono, pozwalając m.in. na zwiększenie liczby mechaników w parku maszyn.

Po pierwszej kolejce Ekstraligi zawodnicy narzekali, że w maseczkach ciężko im się oddycha, więc na popularności zyskiwały przyłbice lub nawet półprzyłbice, w świetle niedawnych doniesień niekoniecznie chroniące przed zakażeniem.

Symptomatyczne było zresztą też zachowanie komentatorów telewizyjnych. Eleven Sport transmitując piątkowy mecz pierwszej kolejki PGE Ekstraligi ubrał prowadzącą studio meczowe dziennikarkę Anitę Mazur oraz jej gościa, żużlowca Tobiasza Musielaka, w maseczki. Ale dwa dni później w nSporcie+ (ligę pokazują dwie telewizje) po prostu rozsadzono osoby w studiu nieco dalej od siebie. Od tego czasu maseczek już nikt tam nie założył, poza reporterami przeprowadzającymi wywiady. 

Na razie Covid-19 tylko przypomniał się żużlowemu środowisku. Ale jeśli pewnego dnia u któregoś z zawodników test potwierdzi zakażenie, nagła przerwa w rozgrywkach może przynieść znacznie poważniejsze straty.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA