fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Myszków: Wysoka opłata za informację o sprzedaży auta

Fotorzepa
Władze Myszkowa na Śląsku postanowiły rozprawić się z handlarzami ustawiającymi na ulicach samochody z kartką „na sprzedaż".

Za takie ogłoszenie właściciel pojazdu może zapłacić nawet 751,65 zł za dzień opłaty targowej

Urząd Miasta w Myszkowie uznał, że to, czy ktoś sprzedaje pietruszkę czy samochód, jeśli chce wystawić towar na terenie należącym do miasta, musi zapłacić od metra - jak za stragan. Stąd wysoka cena 300 zł za mkw. Maksymalna, dzienna stawka wynosi w tym przypadku 751,65 zł. Taką kwotę zapłacić powinien każdy z kierowców, który zdecyduje nakleić na swój pojazd kartką z napisem „sprzedam".

- Uchwała uprawnia inkasenta miasta do poboru opłat targowych za wystawienie samochodów do sprzedaży, od osób fizycznych, prawnych, jednostek organizacyjnych. Zaporowa kwota za handel na ulicy czy chodniku ma służyć uporządkowaniu strefy handlu na terenie miasta oraz stworzeniu warunków do równego traktowania wszystkich kupców na terenie miasta – tłumaczyła Małgorzata Kitala-Miroszewska, rzecznik Urzędu Miasta w Myszkowie w rozmowie z Gazetą Myszkowską.

Jak przekonują urzędnicy z Myszkowa dziki handel samochodami w mieście był podobno bardzo uciążliwy. Były skargi, że z drogi prowadzącej na miejski stadion handlarze urządzili sobie plac handlowy. I rzeczywiście, jak przyznaje lokalna gazeta samochody na sprzedaż zaczęły znikać z ulic. A wcześniej było ich dużo m.in. na Mijaczowie, czy przy OSP w Nowej Wsi.

Na przepisy zaczęli narzekać mieszkańcy, którzy chcieli sprzedać własne auto. – W swoim samochodzie zaparkowanym przed blokiem umieściłam informację, że chcę go sprzedać. Wiele osób tak przecież robi. Nie zaśmiecam miasta, nie robię nikomu konkurencji, nie prowadzę działalności gospodarczej, chcę dysponować jedynie swoją własnością. Okazuje się, że nie mogę! – skarżyła się jedna z mieszkanek Myszkowa.

Dodała, że ostatnio znalazła wetkniętą za wycieraczkę informację – trzy kartki formatu A4 włożone w plastikową „koszulkę" - z której wynikało, że nie wolno jej umieszczać w aucie ogłoszenia o sprzedaży samochodu. - Jestem straszona, że mogę dostać za to „mandat" w wysokości 300 złotych – narzekała kobieta.

Inna dodała, że teraz Straż Miejska będzie „gonić" za kartkę o sprzedaży, a nie zwróci np. uwagi na „wrak", który stoi na parkingu, nie jeździ, a tylko zajmuje innym miejsce. - Jeśli z niego nic nie wycieka, ma rejestrację, może sobie stać, ile chce. Z tym nic nie zrobią – skarżyła się kobieta lokalnej gazecie.

Mieszkańcy żalą się, że takich rozwiązań nie ma chyba nigdzie indziej w Polsce. - Chyba jesteśmy pierwsi w tym absurdzie. Dzwoniłam do rodziny w innych miastach, pukają się w głowę! Możliwość pobierania takiej opłaty dali radni, którzy podjęli decyzję o opłatach targowych. To może teraz wprowadziliby do tej uchwały jakiś aneks, jakąś poprawkę, która pozwoliłaby odróżnić tych, co faktycznie handlują autami od tych, którzy chcą sprzedać własny samochód? – pytała jedna z kobiet w „Gazecie Myszkowskiej".

Urzędnicy z Myszkowa przyznali, że w sprawie respektowania zapisu uchwały w kwestii uregulowania handlu samochodami do urzędników zwróciła się grupa osób posiadających komisy samochodowe. Tych w Myszkowie jest dwa. Jeden z nich należy do brata komendanta straży miejskiej. - Na pewno w tym nie brałem udziału. dowiedziałem się z gazety – mówił Grzegorz Pabiasz, brat komendanta w rozmowie z Polsat News.

Małgorzata Kitala-Miroszewska zapewniła, że jak na razie z nikogo opłaty targowej za handel samochodami nie ściągnięto. Wystarczyły jak dotąd upomnienia.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA