Sędziowie i sądy

Jakie zamiary ma PiS wobec orzeczenia Sądu Najwyższego

Fotolia.com
Mało realne jest, by władza polityczna nie uznała postanowienia Sądu Najwyższego. Raczej będzie się starała je rozbroić – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

W zeszłym tygodniu wydawać się mogło, że Sąd Najwyższy został już podbity przez polityków. Tymczasem wyprowadził cios, wynosząc w jednej chwili konflikt o sądownictwo na zupełnie nową płaszczyznę. Sędziowie SN, zamrażając przepisy o stanie spoczynku, po raz pierwszy posłużyli się w tym sporze prawem kreatywnie.

Tym samym dostosowali się do warunków gry dyktowanych od ponad dwóch lat przez władzę polityczną: skoro PiS gra ostro, fauluje, to my też zagramy na granicy faulu. Postanowienie o zamrożeniu ustawy, połączone ze zbawiennym pytaniem prejudycjalnym do Trybunału Sprawiedliwości, zaszokowało prawników PiS.

Czytaj także: Reakcja Luksemburga na pytania prejudycjalne Sądu Najwyższego

Ostra amunicja

To już nie są „oratorskie popisy" sędziego Waldemara Żurka i kilku jego kolegów, z których poza szumem medialnym nic nie wynikało, tylko ostra amunicja, której zdecydowano się użyć. Szok był duży, podobnie jak krytyka postanowienia, które w przypływie emocji prawicowi politycy uznali za nieważne, bo niemające podstawy prawnej. – To anarchia – grzmiał wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik – bo jeśli się zawiesza jakiś przepis i robi to SN, to może to zrobić każdy sąd powszechny, jeżeli strzeli sobie palcami i powie np.: zawieszamy przepisy o 500+, zawieszamy przepisy o emeryturach itd.

W czwartek stanowczo do działań SN odniósł się prezydent Andrzej Duda, który w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej" stwierdził: „To postanowienie (...) uznać należy za nieważne z mocy prawa".

Przekaz wszystkich krytycznych wypowiedzi jest taki: trudno honorować decyzje anarchistów, którzy naruszają porządek prawny, chcąc chronić jedynie swój własny partykularny interes. Tyle że takie podejście to retoryka polityczna, a rzeczywistość mówi co innego. Bo w Polsce nawet wadliwe decyzje sądu należy respektować, zwłaszcza gdy nie ma już od nich odwołania do wyższej instancji. Sędziowie, wykonując taki krok, świetnie zdawali sobie sprawę, że stawiają polityków prawicy pod ścianą. Bo PiS do tej pory grał ostro. A jeżeli teraz chce uznać postanowienie SN za nieważne, to rodzi się pytanie, na jakiej podstawie. Takiej podstawy obecnie nie ma.

Trzy scenariusze działań

PiS stanął na rozdrożu. Ma trzy wyjścia z sytuacji, z czego dwa radykalne.

Pierwsze i mało prawdopodobne. Bezruch i czekanie na decyzję Trybunału Sprawiedliwości UE. To oznaczałoby jednak cichą akceptacje decyzji Sądu Najwyższego i przyjęcie reguł gry narzuconych przez sędziów. Wiązałoby się też dla partii władzy z ryzykiem, że TSUE przyzna rację „buntownikom". To oznaczałoby w obecnej sytuacji nie tylko prawną, ale też polityczną porażkę.

W tym scenariuszu nabór do nowych izb Sądu Najwyższego byłby prowadzony bez żadnych przeszkód. To rozwiązanie byłoby pewnie do zaakceptowania przez partię władzy, ale ma pewną słabość. Owszem, można założyć, że w ten sposób skład SN zostałby jesienią uzupełniony o 44 nowych sędziów. A SN osiągnąłby potencjał kadrowy umożliwiający uruchomienie nowych izb: dyscyplinarnej i spraw publicznych. Problem jednak zacząłby się przy wyborze nowego pierwszego prezesa SN. Wtedy bowiem postanowienie SN zamrażające przepisy o stanie spoczynku, które dotyczą także sytuacji prof. Małgorzaty Gersdorf, wróciłoby jak bumerang. W takiej sytuacji prezydent, decydując się na powołanie jej następcy, otwarcie, formalnie owo postanowienie SN by zignorował, narażając się na zarzuty nierespektowania prawa.

Drugi scenariusz jest skrajnie radykalny. PiS idzie w nim na czołowe zderzenie z Sądem Najwyższym, nie licząc się z konsekwencjami, w tym ze stanowiskiem Trybunału w Luksemburgu. Instytucje władzy państwowej uznają, że postanowienia nie ma, nie jest ono prawnie wiążące, bo wydane bez podstawy prawnej. Opór sędziów zostałby zdefiniowany jako otwarty bunt przeciwko legalnie wybranej władzy, a jego decyzje zostałyby wyjęte poza system, krwioobieg państwa. W konsekwencji żadne decyzje SN służące blokowaniu reformy nie byłyby uznawane przez władzę polityczną. To oznaczałoby bardzo głęboki, trudny nawet do określenia kryzys ustrojowy w państwie, stawiający pod znakiem zapytania także legalność i stałość reform, kiedy za jakiś czas zmieni się władza. Przy takim podejściu również wskazania TSUE nie byłyby honorowane, jako że odnosiłyby się do postanowienia sędziów wyjętego spod działania prawa. Co jeszcze bardziej zaogniłoby napięcia na linii Warszawa – Bruksela, skłaniając UE do bardziej stanowczych działań wobec państwa, które nie respektuje wskazań sądu w Luksemburgu. Dlatego wydaje się to scenariusz mało realny.

Czytaj także: Czy Sąd Najwyższy może zawiesić stosowanie polskiej ustawy?

Jest też trzecia droga, najbardziej realna. Użycie przeciwko decyzjom SN kreatywnej machiny legislacyjnej i prawnej, która zneutralizuje postanowienie o zamrożeniu ustawy i pytanie do TSUE. PiS może więc zwołać jeszcze w sierpniu nadzwyczajne posiedzenie Sejmu i na nim zmodyfikować przepisy o stanie spoczynku, które stały się podstawą pytania SN do Trybunału w Luksemburgu. W efekcie pytania sędziów stracą sens. Sens straci też dalsze „mrożenie" przepisów o stanie spoczynku.

Taki ruch był już zastosowany wobec TSUE, kiedy Komisja Europejska wniosła skargę na Polskę po obniżeniu wieku emerytalnego sędziów sądów powszechnych. Kiedy wiosną PiS w przypływie ocieplenia stosunków z Brukselą przywrócił stare prawo, skarga na dyskryminację sędziów ze względu na wiek straciła sens.

Można w końcu skierować sprawę do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie, czy instytucja zabezpieczenia może być stosowana szerzej, nie tylko do spraw cywilnych, ale też ustrojowych, i czy sąd powszechny może przepisem zawiesić działanie przepisów ustawy. Innym sposobem, przynajmniej teoretycznie, może być zmiana decyzji Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Pytanie prejudycjalne do SN oparło się bowiem na sprawie prowadzonej przed Sądem Najwyższym między ZUS a ubezpieczonym, który nie zgadza się z jego decyzją. Co się stanie z pytaniem do TSUE, kiedy ZUS zmieni wobec niego decyzję lub wycofa się ze sporu przed SN? Ale to oczywiście rozważania czysto teoretyczne.

Trzeci scenariusz wydaje się jednak najbardziej realny. Wpisuje się w strategię partii władzy, która bardzo kreatywnie i na raty reformowała Trybunał Konstytucyjny. Bo logika działania PiS jest następująca: jeżeli uderzenie napotka opór, trzeba uderzyć mocniej. Koszty nie grają roli. W tym zresztą kontekście, przewrotnie, gwałtowne ruchy SN wcale partii władzy nie szkodzą, one potwierdzają przed elektoratem jedynie wszystkie hasła o konieczności walki „z zepsutą nadzwyczajną kastą", która zrobi wszystko, aby utrzymać się na stołkach, lekceważąc wolę suwerena. Sędziowie dali zatem uzasadnienie do dalszych bardziej zdecydowanych kroków wobec SN, potwierdzając tezy o konieczności jego oczyszczenia.

Im dłużej spór o SN trwa, tym bardziej się umacniam w przekonaniu o słuszności naszego kierunku myślenia - powiedział prezydent w ostatnim wywiadzie. To zdanie definiuje wszystko.

Nie ma też żadnych wątpliwości, że prędzej czy później PiS uda się opanować sytuację w SN, gdyż władza polityczna posiada znacznie szersze możliwości kreowania rzeczywistości prawnej niż sądownicza. A PiS z obranego kursu wobec Sądu Najwyższego na pewno nie zrezygnuje.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL