fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Minister sprawiedliwości nie mógłby wygrać procesu z krakowskimi naukowcami

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Pomysł, by z krytyczną opinią naukowców walczyć w sądzie, nie miał szans nie tylko dlatego, że minister nie ma racji. Ważne jest także, że brakuje mu środków prawnych.

Jedną z osobliwości polskiej debaty publicznej jest sinusoidalne stanowisko Ministerstwa Sprawiedliwości w sprawie pozwu przeciwko profesorom i doktorom Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy opracowali krytyczną ekspertyzę do nowelizacji kodeksu karnego. Po szybkiej zapowiedzi wystąpienia na drogę sądową doszło do równie szybkiej rezygnacji z realizacji tej oryginalnej koncepcji.

Osią sporu stało się wytknięcie w opinii wielu propozycji zmian, które autorzy opinii nazwali rażąco niekonstytucyjnymi i nieregulaminowymi, oraz stwierdzenie, że projektowane zmiany mogą doprowadzić do bezkarności osób zarządzających największymi, strategicznymi spółkami z udziałem Skarbu Państwa za niektóre czyny korupcyjne.

Czytaj też:

Kłamliwa opinia

W oficjalnym komunikacie ministerstwa wskazano, że „opinia, z której wynika, że nowe prawo rzekomo daje bezkarność określonej grupie przestępców, podważa społeczne zaufanie do państwa i uderza w podstawy demokracji" oraz, że „ta opinia jest nieprawdziwa. Jest kłamstwem". Zapowiedziano też, że „Ministerstwo Sprawiedliwości pozwie za kłamstwo profesorów i doktorantów krakowskiego uniwersytetu do sądu w obronie swojego dobrego imienia, w obronie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a także w obronie renomy samego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Są bowiem granice krytyki i politycznych sporów, których przekraczać nie wolno".

Pomysł, by z krytyczną opinią walczyć za pomocą powództwa o ochronę dóbr osobistych, mógłby urzędnikom przyjść do głowy przed wizytą u prawnika. Po krótkiej opinii prawnej już chyba nie, bo ta musiałaby być jednoznaczna. Minister sprawiedliwości nie mógłby wygrać tego procesu nie tylko dlatego, że nie ma racji, lecz choćby z tego powodu, że nie ma on zdolności sądowej, czynnej legitymacji procesowej, ministrowi ani ministerstwu nie przysługuje żadne dobro osobiste chroniące ich dobre imię w procesie legislacyjnym, dobre imię w zakresie polskiego wymiaru sprawiedliwości ani dobro osobiste chroniące renomę samego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Ministrowi nie przysługuje zdolność sądowa, gdyż posiada ją jedynie Skarb Państwa. Minister nie posiada osobowości prawnej. Samo ministerstwo jest jednostką budżetową – jednostką organizacyjną sektora finansów publicznych. W stosunkach cywilnoprawnych minister działać może jedynie jako statio fisci Skarbu Państwa. Skarb Państwa jest zaś w gruncie rzeczy samym państwem w zakresie stosunków cywilnoprawnych, przy czym tylko na skutek fikcji prawnej powstaje iluzja, jakby były to dwa różne podmioty: państwo i Skarb Państwa. Zważywszy, że przepisy o ochronie dóbr osobistych osób fizycznych stosuje się jedynie odpowiednio do osób prawnych, należałoby dojść do wniosku, że dobre imię państwa polskiego zostało naruszone w następstwie przekraczającej dopuszczalne granice krytycznej opinii prawnej dotyczącej projektu ustawy procedowanego w parlamencie. Konstrukcja ta wydaje się niemożliwa do obrony. Jej karkołomność pogłębia oczywiste spostrzeżenie, że stanowisko wyrażone w opiniach prawnych weryfikować można według kryterium trafności/nietrafności, a nie według kryterium prawda/kłamstwo.

Projekt to nie własność

Brak czynnej legitymacji procesowej po stronie Skarbu Państwa, ministra sprawiedliwości, wynika przede wszystkim z tego, że nie wystąpiło żadne naruszenie dobra osobistego, a w szczególności naruszenie bezprawne. Takie tylko uzasadniać mogłoby ochronę. Powszechnie przyjmuje się, że w odniesieniu do podmiotów prawa publicznego granice dopuszczalnej krytyki są rozszerzone (np. wyrok SN z 17 lipca 2008 r., II CSK 111/08). Oznacza to, że krytyka ministerstwa jest co do zasady dopuszczalna, choć przy przekroczeniu jej granic Skarb Państwa mógłby domagać się ochrony w razie bezprawnego naruszenia dóbr tej osoby prawnej. Takim naruszeniem nie jest jednak zgłoszenie krytycznych uwag do procedowanego w Sejmie projektu ustawy. Niezależnie od tego, czy uwagi są trafne czy nie.

Proces legislacyjny to sformalizowane postępowanie: jawne, publiczne, transparentne, w którym uczestniczy wiele podmiotów uprawnionych i zobowiązanych do jego zainicjowania, zgłoszenia poprawek, wyrażenia opinii, poddania pod publiczną debatę, wysłuchania, przeprowadzenia czytań, dyskusji, zgłoszenia poprawek, przeprowadzenia głosowań, poddania kontroli prezydenckiej, trybunalskiej, promulgacji aktów prawnych. Podmioty w tym postępowaniu mają obowiązek działać ze swą najlepszą wiedzą, przekazując swe spostrzeżenia w toku długotrwałego, maksymalnie krytycznego procesu legislacyjnego, w celu zidentyfikowania wszelkich słabości projektu, zanim dojdzie do jego uchwalenia. Krytyczne uwagi pod adresem projektu w procesie legislacyjnym są w interesie społecznym. Z projektem nie są związane dobra osobiste, bo nie jest on niczyją „własnością". Zgodnie z art. 4 prawa autorskiego nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego urzędowe projekty aktów normatywnych. Nawet zatem gdyby to nie premier, lecz minister sprawiedliwości skierował projekt do Sejmu, i tak nie przysługiwałyby mu do tego projektu żadne prawa możliwe do ochrony.

Oczywiście, zważywszy konstrukcję domniemania bezprawności, można próbować, zgodnie z zapowiedzią pracowników naukowych UJ, wystąpić do sądu przeciwko Skarbowi Państwa – ministrowi sprawiedliwości – z powództwem o ochronę dobrego imienia naruszonego twierdzeniem, że opinia jest kłamstwem. To fakt, że twierdzenia tego nie da się obronić. Pytanie, czy spór o ochronę dóbr osobistych jest właściwą areną do wykazywania swoich kompetencji prawnych i niekompetencji adwersarza? Mamy poważne wątpliwości.

Autorzy są profesorami i adwokatami

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA