fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Szułdrzyński: Skuteczne straszenie Platformą

Fotorzepa, Radek Pasterski
Nieprawidłowości dobijają partię Grzegorza Schetyny.

Krytycy Prawa i Sprawiedliwości lubią co jakiś czas podkreślać – szczególnie gdy partia rządząca podejmuje jakieś kontrowersyjne decyzje albo przestawia propozycje ustaw, które mogą być niezgodne z konstytucją – jak poważny błąd popełnili ci, którzy mówili przed wyborami Platformie, żeby nie straszyła PiS-em. Takie stawianie sprawy oznacza zupełne niezrozumienie mechanizmów politycznych.

W kampanii wyborczej nie jest istotne to, czy dany argument jest obiektywnie prawdziwy albo czy spełni się jakaś prognoza, lecz czy jest politycznie skuteczna, czy oddziałuje na emocje wyborców. Największym problemem, jaki miała PO w kampanii 2015 roku, była całkowita utrata wiarygodności. Jeśli po ośmiu latach rządów PO–PSL jedyną legitymizacją Platformy byłoby to, że gdy przyjdzie PiS, będzie jeszcze gorzej – a do tego sprowadzałoby się „straszenie PiS-em" – oznaczałoby to wizerunkową katastrofę i byłoby najgorszym podsumowaniem lat 2007–2015. Ale problemem było nie tylko to, że rykoszetem dostałaby sama Platforma.

Straszenie przeciwnikiem politycznym jest wszak podstawowym narzędziem budowania politycznych emocji. Przepraszam za powtarzanie truizmów, ale ma ono dwa cele: motywowanie własnych zwolenników albo obniżanie motywacji w elektoracie przeciwnika, albo jedno i drugie.

W 2015 roku straszenie PiS-em nie mogło zadziałać. Nie mogło odwieść wyborców prawicy od głosowania na partię Jarosława Kaczyńskiego, która szła po zwycięstwo. Szczególnie że PiS postawił w kampanii na polityków bardziej umiarkowanych i przedstawiał się jako partia, która chce zmodernizować kraj i posprzątać po PO.

Straszenie PiS-em miało też bardzo ograniczoną możliwość mobilizowania elektoratu PO. Platforma zużyła się władzą, ostatnie miesiące jej rządów upłynęły na tłumaczeniu się z afery taśmowej, a ilość jej grzechów była tak duża, że sporo jej wyborców odeszło do Nowoczesnej – jak choćby liberalny elektorat niemogący wybaczyć Donaldowi Tuskowi rozbioru otwartych funduszy emerytalnych. Nielubiący PiS-u wyborcy liberalnego centrum nie byli już skazani na to, by zaciskać zęby i wbrew sobie głosować na Platformę, lecz odpłynęli do partii Ryszarda Petru.

Pech Platformy polega dziś na tym, że rządzące Prawo i Sprawiedliwość bardzo skutecznie rozgrywa politycznie ruch, który nazwać można „straszeniem Platformą". Afera taśmowa nie ma dziś już takiej mocy jak wtedy, kiedy wybuchła w 2014 roku – o czym świadczy słaba reakcja na nowe taśmy, które co jakiś czas sączy telewizja państwowa. Choć nawet i te mało ekscytujące nagrania, które się pojawiają, potęgują obraz rozkładu moralnego Platformy.

Wizerunek PO pogrążyły trzy wydarzenia – afera reprywatyzacyjna, Amber Gold oraz sprawy wokół podatku VAT. Działania komisji weryfikacyjnej, poparte kolejnymi zatrzymaniami osób zamieszanych w proceder wyłudzania nieruchomości w Warszawie (a przecież tak samo było w innych miastach) pokazują patologię na styku samorządu, biznesu i wymiaru sprawiedliwości. Ten obraz idealnie pasuje do narracji PiS-u, która mówi o tym, że dobra zmiana ma polegać na tym, by posprzątać po degeneracji III RP i zwrócić Polskę obywatelom, wyrywając z rąk różnych klik. Bez względu na to, czy Hanna Gronkiewicz-Waltz miała świadomość patologii reprywatyzacyjnej, bastion, jakim była dla Platformy stolica, zmienia się powoli w rumowisko.

Na to nakłada się inne zjawisko: PiS-owi udało się zrealizować kosztowne obietnice wyborcze – głównie 500+, ale nie tylko. I to w dodatku mimo ostrzeżeń ekonomistów, że zrujnuje to budżet państwa. Nie podniesiono także podatków, a rząd co chwila chwali się rosnącymi wpływami do budżetu, przede wszystkim z VAT.

Jest w tym spora zasługa wzrostu gospodarczego, który wprost przekłada się na wpływy z tego podatku, ale faktem jest, że działania, które podjął rząd PiS-u (część z nich rozpoczęła też PO), doprowadziły do dużego wzrostu ściągalności VAT. Inna rzecz, na ile te działania okazały się skuteczne bezpośrednio, a na ile sprawiły, że nieuczciwi przedsiębiorcy sami zaczęli się posłusznie rozliczać z VAT, bojąc się państwa; dość, że świetnie wpisało się to w narrację dobrej zmiany, która obiecała zatrzymanie grabieży państwa, jaką jest niepłacenie lub wręcz wyłudzanie podatków.

Choć hasło Beaty Szydło „wystarczy nie kraść" brzmi populistycznie, okazuje się jednak dobrze opisywać wrażenia dużej części wyborców, którzy słyszą o tym, że wpływy do budżetu nagle zaczęły rosnąć jak na drożdżach, zaś służby poszły na wojnę z przestępcami w białych kołnierzykach, którzy okradali budżet państwa za pomocą vatowskich karuzel.

Jeśli do tego przysłuchamy się obradom komisji ds. Amber Gold, która ujawnia, jak pod nosem służb, prokuratury, KNF, NBP i wielu innych instytucji powstał parabank, który okradł zwykłych Polaków na niemal miliard złotych, dostajemy nośny obraz państwa z dykty.

W efekcie stosowane dziś przez PiS straszenie Platformą świetnie działa. Z jednej strony mobilizuje wyborców prawicy, z drugiej demobilizuje wyborców obozu anty-PiS. Po tym, jak Mateusz Kijowski skompromitował doszczętnie KOD, a Ryszard Petru roztrwonił poparcie Nowoczesnej, na lidera opozycji wyrosła Platforma. Sęk w tym, że obraz rozkładu państwa za rządów PO budowany w ciągu ostatnich dwóch lat skutecznie demobilizuje zwolenników opozycji do chwalenia się poparciem dla Platformy. I choć Grzegorz Schetyna lat powtarza, że Platforma musi odzyskać wiarygodność u wyborców, to jednak nie brak charyzmy przewodniczącego PO ani podgryzanie go przez działaczy młodszego pokolenia dobija dziś największą partię opozycją. Głównym zagrożeniem jest dla niej to, że wszystkie odkrywane obecnie nieprawidłowości z przeszłości idą na konto PO.

Donald Tusk po tym, jak przejął władzę w 2007 roku, rozpoczął tropienie „zbrodni PiS-u". Większość zawiadomień z tamtego czasu – część z nich trąciła groteską – zakończyła się niczym. Owszem, skazano kierownictwo CBA za aferę gruntową, ale dla wielu obserwatorów – nie tylko wyborców PiS-u – sprawa ta miała zbyt oczywisty polityczny charakter. Komisja śledcza tzw. naciskowa w pierwotnym raporcie nie dopatrzyła się przestępstw z lat 2005–2007. To skutecznie uniemożliwiło straszenie PiS-em.

PiS ma dziś jednak sytuację zupełnie inną: choć jego zawiadomienia jak na razie też nie przyniosły rezultatów, afera reprywatyzacyjna, komisja śledcza ds. Amber Gold czy vatowskie succes story Mateusza Morawieckiego, nawet jeśli bezpośrednio nie obciążają Platformy, to obciążają ją politycznie za kondycję, do jakiej doprowadziła państwo.

Pod tym względem kolejne rekordy, które odnosi PiS w kolejnych badaniach, oraz kłopoty sondażowe Platformy nie powinny być dla nikogo niespodzianką.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA