fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Bierzyński: Opozycja gra na PiS

Fotorzepa / Robert Gardziński
Wiele wskazuje na to, że Grzegorz Schetyna poświęca demokrację dla swoich osobistych interesów.

Przed nadchodzącymi wyborami polska scena polityczna wydaje się uporządkowana. Naprzeciwko PiS staną trzy bloki wyborcze: PO pod szyldem Koalicji Obywatelskiej, Lewica i PSL z Kukizem, czyli Koalicja Polska. Nauczone doświadczeniem SLD z ostatnich wyborów, wszystkie partie opozycyjne wbrew nazwom sugerującym koalicję idą do wyborów z list jednej z wchodzących w nie partii. Przewaga prawicy jest tak dominująca, że wszyscy jej konkurencji wolą dmuchać na zimne i nie ryzykować podwyższenia progu wyborczego do 8 proc.

Nie ma śladu po zjednoczonej opozycji z wyborów do europarlamentu. Grzegorz Schetyna drastycznie zmienił strategię. Zamiast budować wspólny front opozycyjny pod własnym przewodnictwem, teraz, wręcz odwrotnie, zrobił wszystko, by opozycję podzielić. Dlaczego? To proste – politycznie mu się to bardziej opłaca.

Osłabić konkurencję

Doświadczenie eurowyborów pozwala wysnuć parę ważnych wniosków. Po pierwsze, zjednoczenie opozycji nie daje zwycięstwa nad PiS. Wynik Koalicji był słabszy niż przewidywano w sondażach. Różnorodność światopoglądowa nie zadziałała na wyborców mobilizująco. Ci, którzy mieli głosować na listy Schetyny, mieli raczej negatywną motywację „przeciw PiS" i nie za bardzo wiedzieli, za czym mają głosować. Jak widać po wynikach, wielu z nich zostało w domach. Zbyt wielu, żeby wygrać.

Po drugie, nie udało się wyeliminować konkurencji. Wiosna przekroczyła próg wyborczy i choć osłabiona przeżyła bardzo trudną, opartą na dychotomii kampanię wyborczą pod hasłem „kto nie z nami, ten przeciw nam". PSL nie rozpłynęło się w strukturach Koalicji, a wręcz odwrotnie bliski kontakt z Platformą uświadomił ludowcom raczej to, co ich dzieli niż łączy z partią Grzegorza Schetyny. Największym wygranym był SLD, bo zgarnął pulę mandatów nieproporcjonalnie dużą do swego znaczenia i poparcia, a co ważniejsze, postkomunistyczni działacze przeszli swego rodzaju oczyszczenie, startując obok dawnych przeciwników z solidarnościowego ruchu oporu. Schetyna nie zrealizował żadnego z ważnych celów politycznych: ani nie mógł ogłosić zwycięstwa, ani nie wyeliminował konkurentów.

Jak widać bogatszy o to doświadczenie doszedł do dwóch fundamentalnych wniosków. Pierwszy to taki, że nie wygra z PiS. Ani idąc do wyborów razem, ani osobno. Drugi to taki, że bardziej mu się opłaca rozdrobnienie, bo wtedy konkurenci mogą przegrać bardziej, co pozwoli mu ogłosić względne zwycięstwo (najlepszy wynik wśród demokratów) oraz znacznie osłabić lub zniszczyć pozostałe partie opozycyjne, co da mu niekwestionowaną pozycję lidera sprzeciwu, dominację we własnej partii i posadę przewodniczącego na kolejne lata. Dlatego Schetyna zrobił wszystko, by zrazić do siebie potencjalnych koalicjantów. Mało tego, jako zręczny gracz to ich właśnie obarczył odpowiedzialnością. I tak PSL postawiło warunek, że w koalicji nie będzie SLD ani lewicowych, światopoglądowych haseł w rodzaju LGBT+. Schetyna to wykorzystał, żeby pozbyć się obu konkurentów. W efekcie nie ma na listach Platformy ani jednych, ani drugich. Nie ma formalnie, bo faktycznie szef PO zrobił wiele, by wyjąć prominentnych działaczy konkurencji, oferując im bardzo dobre miejsca na listach.

Przegrane partie

O co w tej grze chodzi? Przecież nie o światopoglądy. Chodzi o politykę, a konkretnie, o maksymalnie osłabienie innych niż Platforma partii pozycyjnych. Schetyna miał nadzieję, że Biedroń nie dogada się z Czarzastym i Zandbergiem i w efekcie żadna z partii nie przejdzie progu wyborczego. PSL od dawna jest przez sondaże skazany na porażkę.

Jeszcze miesiąc temu wydawało się, że taki scenariusz jest wielce prawdopodobny. I choć oznaczałoby to najprawdopodobniej dominację PiS w Sejmie na granicy większości konstytucyjnej, to Schetyna miał realną szansę na realizację swojego najważniejszego celu – na wyeliminowanie konkurencji i utrwalenie duopolu na polskiej scenie politycznej na lata, a wraz z nim, na utrwalenie własnej władzy w jedynej partii opozycyjnej. Te rachuby już dzisiaj są nieaktualne. Choć jeszcze niedawno nieprawdopodobne, porozumienie lewicy stało się faktem. Karkołomny wręcz sojusz ludowców z antysystemowcami także. Wszyscy liderzy mniejszych partii mieli jedną i tę samą motywację do zgody: alternatywą była polityczna śmierć. Przyciśnięci do ściany konkurenci Schetyny poszli jednak po rozum do głowy i rezygnując z części swoich osobistych ambicji, dogadali się. Tę partię Schetyna już przegrał.

Przegra też kolejną. Żaden sondaż nie pozwala marzyć opozycji o zwycięstwie w wyborach. Jedyne, na co może liczyć, to wzmocnienie swojej pozycji i realne wyhamowanie impetu Kaczyńskiego na drodze do autorytarnych rządów. Kluczem dla realizacji tego celu jest Senat. Co prawda PiS będzie mógł obalać weto Senatu, dysponując zwykłą większością w Sejmie, ale izba wyższa kontrolowana przez opozycję może mu znacznie utrudnić gwałtowne zmiany ustrojowe. Nieprzychylny rządzącym Senat może przecież spowalniać lub wręcz hamować proces legislacyjny, opóźniając głosowania, przedłużając prace w komisjach itp.

Jeszcze nie jest za późno

Odzyskanie Senatu byłoby dla opozycji symbolem walki i zwycięstwa. Z pewnością wzmocniłoby morale przeciwników Kaczyńskiego i dało ducha ich zwolennikom. Liberałowie wierzący w demokrację dostaliby szansę na oddech i złapanie wiatru w żagle. Niestety, nic z tego. Nie ma żadnych oznak na to, że rozgrywający po opozycyjnej stronie partię szachów Grzegorz Schetyna ma w planach wspólną listę opozycji do Senatu. A oddanie walkowerem izby wyższej byłoby dla opozycji druzgocącą klęską.

Czy to jedyny możliwy scenariusz? Nie. Zaraz po zawiązaniu koalicji wyborczej działacze lewicy wyszli z propozycją „paktu dla Senatu". Czyli porozumienia partii opozycyjnych, tak, by wystawić w jednym okręgu wyborczym jednego kandydata. Podział mandatów byłby zależny od siły i popularności kandydatów w poszczególnych okręgach wyborczych. Może odzwierciedlać siłę poszczególnych komitetów w sondażach.

O kompromis tym łatwiej, że nikt z potencjalnych koalicjantów nie ma nic do stracenia. Co zatem powstrzymuje polityków opozycji od porozumienia? Jedno – polityczna kalkulacja Grzegorza Schetyny. Zdając sobie sprawę z faktu, że nie ma szans tych wyborów wygrać z PiS, postanowił je wygrać z opozycją, wykorzystując okazję do wyeliminowania konkurencji. Tyle że ten plan już się nie powiódł. Konkurenci KO zorganizowali się i z pewnością przekroczą próg wyborczy. Schetyna nie ma żadnych szans na hegemonię.

Czas najwyższy, by uświadomił sobie, że nie zrealizuje ani celu numer jeden – wygrana i objęcie władzy, ani celu numer dwa – eliminacja konkurencji. Jeśli nie możesz konkurenta zwyciężyć, lepiej się z nim dogadaj. Jeszcze jest szansa, choć czasu do rejestracji list do senatu jest coraz mniej. Jeśli PiS weźmie cały Senat, nie wiem, czy będzie to wygrana Grzegorza Schetyny. Wątpię. Z pewnością będzie to przegrana polskiej demokracji. Przegrana dotkliwa, po której może się już na długie lata nie podnieść. A my zagramy w ulubioną narodową grę – szukanie winnego. Grzegorz Schetyna zrobi wszystko, by w tej roli obsadzić Roberta Biedronia lub Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Jednak musi wiedzieć, że bojkotując porozumienie opozycji, daje przytłaczające zwycięstwo Kaczyńskiemu na tacy. Jeśli tak się stanie, przejdzie do historii jako człowiek, który poświęcił polską demokrację na rzecz osobistych interesów.

Autor jest prezesem domu mediowego OMD, współpracownikiem Roberta Biedronia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA