Rzecz o historii

Wrzesień'39: Dlaczego Francja i Anglia nie zaatakowały Rzeszy

Polscy żołnierze wzięci do niemieckiej niewoli podczas kampanii wrześniowej
Archiwum autora
We wrześniu 1939 r. brytyjskie lotnictwo nie zbombardowało Berlina, a armia francuska nie podjęła ofensywy przeciwko III Rzeszy, choć takie były sojusznicze zobowiązania Anglii i Francji wobec Polski. Dlaczego?

Trzeciego dnia wojny miało wejść do akcji lotnictwo, przede wszystkim lotnictwo brytyjskie, a 14. dnia wojny na Niemcy miały uderzyć od zachodu znakomite dywizje francuskie. Takie były ustalenia i takie były umowy. Co prawda pojawiały się głosy, żeby nie ufać Francuzom, a najlepiej nie ufać nikomu, ale ich nie słuchano. 17 grudnia 1938 r. ambasador Polski w Paryżu raportował do ministra Józefa Becka, że „gdyby z tego lub innego powodu wypadło Francji wykonać zobowiązania wypływające dla niej z sojuszu z nami, wysiłek w kierunku wykręcenia się od tych zobowiązań byłby niewątpliwie większy niż akcja w kierunku ich dotrzymania". Cóż, skoro minister Beck przeszedł nad tym ostrzeżeniem do porządku. Podobnie na marszałku Śmigłym i rządzie nie zrobiła właściwego wrażenia samobójcza, tragiczna śmierć Walerego Sławka, człowieka uważanego za żywy symbol polskiego sumienia. Sławek odebrał sobie życie na znak protestu i ostrzeżenia przed wiązaniem się gwarancjami Polski z Wielką Brytanią. Pozostawił list do przyjaciela, byłego premiera płk. Aleksandra Prystora, w którym wyjaśniał powody swej decyzji. Ale list ukryto. Nie wiadomo nawet, czy dotarł do rąk Prystora. Podobno – jak twierdził Antoni Chudzyński, człowiek związany ze Sławkiem – ostrzegał w tym liście, że skoro Anglia i Francja mimo naszych zabiegów nie dały nam na tę wojnę pożyczki, skoro mimo naszych zabiegów nie wsparły nas dostawami broni, to nie ma co liczyć w razie wojny na ich rzeczywistą pomoc zbrojną, a jedyne, o co im chodzi, to skierowanie niemieckiego impetu na Wschód, by odsunąć zagrożenie od Zachodu i od Francji.

Jak wiadomo, we wrześniu 1939 r., trzeciego dnia wojny, żaden brytyjski samolot nie zbombardował Berlina, a 14. dnia wojny żadna armia francuska nie przekroczyła granicy Rzeszy. To, co się wydarzyło na Zachodzie, historia nazwała dziwną albo śmieszną wojną. To, co się wydarzyło nad Wisłą, historia nazwała „klęską wrześniową", chyba największą katastrofą w całych polskich dziejach. A niemieccy zwycięzcy na murach polskich miast rozwieszali słynny plakat z postacią zrozpaczonego polskiego żołnierza i napisem „Anglio, twoje dzieło". Jedyny plakat, którego podobno ludność nie zrywała.

Pomożemy, jeśli Polska zmieni rząd

Prawdziwe powody, dla których Anglicy i Francuzi nam nie pomogli, dla których nawet nie podjęli próby wywiązania się z zawartych porozumień, do dzisiaj pozostają niejasne. Chyba że ktoś uwierzy w to, że nie pomogli, bo nie byli przygotowani do wojny i potrzebowali czasu – jak to ujął Churchill – na wzmocnienie swego wału obronnego. Jeśli bowiem nie jest się gotowym do wojny, to się jej po prostu nie wszczyna. Powód, jak się wydaje, był inny, znacznie bardziej złożony i znacznie bardziej haniebny. Historia najpewniej nigdy by go nie poznała, gdyby nie wydane w 2004 r. wspomnienia biskupa polowego Wojska Polskiego Józefa Gawliny. Oto w rozdziale „Ku wojnie" ksiądz biskup zanotował: „Dnia 22 albo 23 lutego 1939 r. otrzymałem wiadomość, że dnia poprzedniego w mieszkaniu prof. Glasera odbyło się zebranie Frontu Morges z Popielem, Strońskim, Adamem Romerem, Ładosiem i innymi, lecz bez Sikorskiego. Referat wygłosił przybyły z Londynu Retinger. Treść była następująca: »Wojna będzie prawdopodobnie jeszcze w tym roku, na wschód, a nie na południe. Anglia da broń, pieniądze i pomoc wojskową, ale pod warunkiem, że Polska zmieni rządy«".

I dalej: „Podczas mniej więcej równoczesnego pobytu ks. prymasa (Augusta Hlonda) w Rzymie przybył do niego w Watykanie ambasador francuski z pewnymi postulatami politycznymi, o których twierdził, że i tak zostaną one na przyszłej konferencji Episkopatu uchwalone. Istotnie na czerwcowej konferencji (w biurze Episkopatu Polskiego) wystąpił z tymi samymi wnioskami ks. biskup Przeździecki. Prymas przypomniał sobie i nam interwencję ambasadora. Wnioski zostały odrzucone, przy czym prymas, metropolita Sapieha i arcybiskup Gall podkreślili, że Front Morges z masonerią współpracuje".

Obie informacje ujawnione przez księdza biskupa Gawlinę wymagają pewnego wyjaśnienia. Front Morges, ośrodek polityczny powołany do życia w połowie lutego 1936 r. w szwajcarskiej siedzibie Ignacego Jana Paderewskiego nad Jeziorem Lemańskim, skupiał polityków i wojskowych z opozycji antysanacyjnej, m.in. gen. Władysława Sikorskiego, gen. Józefa Hallera, gen. Mariana Januszajtisa, Ignacego Paderewskiego, Wincentego Witosa, Wojciecha Korfantego, Karola Popiela i innych. Dążyli oni do przeprowadzenia nowych wyborów do parlamentu i samorządów, reformy społeczno-gospodarczej oraz do sojuszu z Francją, Rumunią i Czechosłowacją, przeciwstawiającego się zamiarom Niemiec. O tym, że planowali także zbrojny zamachu stanu, historia albo uparcie milczy, albo coś niewyraźnie bąka. 25 stycznia 1936 r. gen. Józef Haller pisał w liście do Sikorskiego: „(...) wypadki idą szybko i musimy być gotowi do wzięcia na siebie odpowiedzialności za losy kraju. Ostatni to już czas przestać działać w rozproszeniu. Trzeba co rychlej koordynować wspólne wysiłki, ustalić plan działania i przystąpić do pracy, jeżeli nie chcemy iść w ogonie wydarzeń, przed którymi naród nasz niechybnie stoi".

Brzmi to stosunkowo niewinnie, lecz rzetelni badacze historii Frontu Morges, m.in. Maciej Jagóra, nie mają cienia wątpliwości, że przygotowywano zamach: „W nowy rok (1936 ) Sikorski spotkał się z Witosem. Wtedy Sikorski mówił o przygotowaniach do przewrotu zbrojnego, które miały być już zaawansowane przede wszystkim w środowisku wojskowym. Rozmawiając z Witosem, generał oświadczył, że porozumiał się w zasadniczych kwestiach politycznych z Hallerem oraz podporządkował sobie Januszajtisa, którego uważał za niepoprawnego optymistę. Grupa wojskowych – zdaniem Sikorskiego – skonsolidowanych wokół wspólnej koncepcji sprawowania władzy powinna przejąć rządy najpóźniej wiosną 1936 r. Forma przejęcia ich może być rozmaita: albo stanie się to przez silne wywarcie presji na piłsudczyków, albo drogą przewrotu zbrojnego. Trzeba być gotowym na wszystko".

„W listopadzie w Pradze gen. Januszajtis przedstawił zebranym (obecni: Witos, Korfanty, Popiel) plan gen. Hallera, nierealny i utopijny, marszu kilkudziesięciu tysięcy robotników łódzkich na Warszawę w celu przejęcia rządów przez opozycję. Poprowadzi Haller. U Januszajtisa widać było niechęć do gen. Sikorskiego, którego nie chciał mieć w gronie ściślejszym. (...) 10 listopada Sikorski, wiedząc o tym planie, ironicznie zauważył, że niektórym panom zabraknie tchu w trakcie pieszej podróży z Łodzi do Warszawy".

W podobnym duchu swoje obserwacje notuje we wspomnieniach Wincenty Witos: „Kierownictwo »akcji antysanacyjnej« powierzono Sikorskiemu i Hallerowi. W Morges generałowie opracowali cały plan działania oraz zgodzili się na lojalne zupełnie współdziałanie, nie wysuwając żadnych osobistych postulatów. Postanowili, że właściwe kierownictwo przypadnie im obu, a inni muszą bezwzględnie mu się podporządkować". Notuje też uwagi Stronnictwa Narodowego i ONR, że „rządy bez Sikorskiego to rządy słabe".

W dziennikach szefa Policji Państwowej gen. Kordiana Zamorskiego zapisana jest informacja dotycząca choroby i dni poprzedzających śmierć marszałka Piłsudskiego: „Władysław Bończa Uzdowski na odprawie wczorajszej w komendzie garnizonu wyraźnie powiedział, że Komendant jest chory i że należy spodziewać się puczu czynionego przez Władysława Sikorskiego, Mariana Januszajtisa lub Franciszka Arciszewskiego, byłego pułkownika. (...) Proponuję, że wydam w tej sprawie instrukcję poufną do wojewodów co do sposobu użycia policji w wypadku jakiegokolwiek zamachu. (...) Faktem jest jednak, że »czarny gabinet« istnieje i działa".

A więc emisariusz rządu brytyjskiego dr Józef Hieronim Retinger w lutym 1939 r. wobec działaczy polskiej opozycji politycznej, wobec tzw. czarnego gabinetu, od lat przygotowującego w Polsce zbrojny zamach stanu, zgłasza swoiste brytyjskie ultimatum (warunek poparty groźbą) – Wielka Brytania pomoże Polsce w wojnie z Niemcami, jeśli ta zmieni obecny rząd. W tym samym czasie (w lutym 1939 r.) jakiś ambasador, emisariusz rządu francuskiego, o czym niewyraźnie i jak najdelikatniej informuje ks. biskup Gawlina, zgłasza się w Watykanie do księdza prymasa Augusta Hlonda z pewnymi postulatami politycznymi. Biskup Gawlina nie pisze wyraźnie, o co chodzi, lecz z faktu, iż w czerwcu 1939 r. Konferencja Episkopatu Polski odrzuca owe postulaty, podejrzewając Front Morges o związki z masonerią, można bez ryzyka popełnienia błędu domyślać się, że Francuzom chodzi o to samo, o co chodziło Anglikom: o zmianę rządu w Polsce na rzecz gabinetu gen. Władysława Sikorskiego.

Kim jest i jaką rolę w tej historii odgrywa Retinger, trudno w tym miejscu szerzej wyjaśniać. Bez wątpienia jest on człowiekiem szczególnego zaufania rządu brytyjskiego. Można wskazać, co najmniej kilka misji specjalnych, które właśnie jemu powierzono. Tutaj należy dodać, że od ponad 20 lat związany jest z Władysławem Sikorskim, a od kilku lat z Frontem Morges i walką tego ugrupowania o władzę. W 1930 r. w Krakowie na kongresie tzw. Centrolewu to właśnie Józef Retinger wzywał całą Polskę do nieposłuszeństwa obywatelskiego i niepłacenia podatków. Sprawa miała swój aspekt kryminalny, bo żaden rząd nigdy nie pozwoli sobie na podobną agitację. I jeśli Retinger nie trafił ani do Berezy, ani do Brześcia, to najpewniej zawdzięczał to brytyjskiemu paszportowi. W najnowszej biografii Michała Żymierskiego Jarosław Pałka i Jerzy Poksiński przywołują tekst znamiennych życzeń imieninowych umieszczonych na karcie pocztowej wysłanej do generała Sikorskiego, a składanych m.in. przez Józefa Retingera: „Imieniny Pana Władysława, Dla całej Polski wielka sława! Gdy zdechnie Beck, Polska odżyje, Gen. Sikorski niech nam żyje".

Jak Brytyjczycy handlowali Polską

Dla tej historii znacznie ważniejsze od pytań o osobę Retingera jest pytanie o powody nagłej niechęci Anglików i Francuzów do rządzącej Polską ekipy piłsudczyków. Powodów antypatii francuskiej można się nieco domyślać. Francuzi nie znosili Becka i – jak niesie gminna plotka – wyprosili go niegdyś z Paryża za rzekome pijaństwo. Nie znosili zresztą z pełną wzajemnością. Ale Brytyjczycy? Otóż, jak się zdaje, rzecz dotyczyła tego, co świat nazwał „nożem wbitym w plecy Czechów" podczas polskich działań na Zaolziu w październiku 1938 r. Wolny świat uznał ówczesne polsko-niemieckie współdziałania w rozbiorze Czechosłowacji za haniebne, a aneksję Zaolzia w tym momencie (bez względu na szeroko podnoszone polskie prawa do tej ziemi) za strategiczne samobójstwo. „Choć przyznać trzeba, że Polacy są narodem bohaterskim, to jednak trudno nie zauważyć popełnianych przez nich błędów, które przez stulecia przysparzały im rozlicznych cierpień – skomentuje te wydarzenia Winston Churchill. – Teraz, w roku 1938, w związku ze sprawą tak błahą jak Cieszyn, Polacy oderwali się od wszystkich swoich przyjaciół we Francji, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. (...) Oto widzimy ich, jak śpieszą, obserwowani groźnym wzrokiem przez Niemcy, by zagarnąć swoją część plądrowanej i niszczonej Czechosłowacji".

Jest jeszcze dalszy ciąg owej opinii Churchilla o narodzie polskim, który do dzisiaj każdy Polak czyta ze spuszczoną głową: „Wspaniały w buncie i nieszczęściu, haniebny i bezwstydny w triumfie. Najdzielniejszy spośród dzielnych, prowadzony przez najpodlejszych wśród podłych". Gdyby jednak podnieść nieco zawstydzoną tą oceną polską głowę, można by przeczytać o kapitalnej wagi odkryciu polskiego historyka. Oto profesor Jerzy Tomaszewski odnalazł w archiwach dokumenty z jesieni 1937 r. dotyczące tajnych rozmów ówczesnego brytyjskiego ministra spraw zagranicznych lorda Edwarda Halifaxa z Hitlerem. Wynika z nich, że Anglicy postanowili dać do zrozumienia Hitlerowi, że Wielka Brytania nie ma zasadniczych zastrzeżeń przeciwko zmianom granic w Europie Środkowej, jeśli te następować będą na drodze pokojowej. A więc mowa była o Austrii, Sudetach, Czechosłowacji, ale dalej o tzw. polskim korytarzu oddzielającym Prusy Wschodnie od Rzeszy, czyli Gdańsku i polskim województwie pomorskim. Brytyjczycy handlowali nami na rok przed Monachium, sprzedawali Polskę tak jak Czechy czy Austrię. Nigdy by te fakty nie wyszły na jaw, gdyby Hitler nie ujawnił wszystkiego Polakom, a konkretnie Beckowi. Jest pytaniem samym w sobie, czy fakty te znał Churchill, a jeśli znał, czy nie uznałby ich również za „najpodlejsze wśród podłych".

Tymczasem gen. Władysław Sikorski 4 kwietnia 1939 r. powrócił z Paryża do kraju. Podobno prowadził tam ważne rozmowy z generalicją francuską. Jakie ważne rozmowy może prowadzić polski generał z przedstawicielami obcych armii bez wiedzy swych przełożonych i bez choćby najmniejszych upoważnień, nie sposób powiedzieć. Od 11 już lat Sikorski pozostawał ze skromnym uposażeniem w dyspozycji Ministerstwa Wojny, lecz poza służbą. Zajmował się publicystyką, uprawą ziemi w swoim majątku w Parchaniach i życiem rodzinnym. Śledzony był każdy jego krok. Wincenty Witos w swoich wspomnieniach zapisał: „Syn Korfantego, który powrócił z Warszawy, opowiadał, że Sikorski (...) oświadczył, że nie mając żadnej możności pracy wskutek maltretowania go przez szpiclów, wyjeżdża z Warszawy i usuwa się od wszelkich czynności, jakie dotąd sprawował, bo rzeczywiście żyć mu nie dają". Ale w  kwietniu 1939 r. – jak się wydaje – Polska miała większe zmartwienia niż śledzenie niebezpiecznego generała. Zresztą 15 kwietnia Sikorski udzielił ważnego wywiadu londyńskiemu „The Daily Telegraph": „Jestem zdumiony, jak w ciągu dwóch miesięcy nastąpiło całkowite zjednoczenie narodu polskiego. Nawet Ukraińcy subskrybują Pożyczkę Lotniczą i gotowi są pomagać armii. Opinia publiczna w Polsce jest tak wzburzona przeciw państwom totalnym, że nawet kina nie ważą się wyświetlać dodatków z dyktatorami lub ich wojskami".

Polska żyła problemem tzw. pasa bezpieczeństwa na wypadek wojny. Oto ministrowie polski i rumuński – Beck i Gafencu – na żądanie wodzów naczelnych swych armii domagali się, aby Rosja w dowód życzliwej neutralności cofnęła swe wojska na 200 km od granic. Plan powstania takiego pasa bezpieczeństwa opracował i przedstawił 27 marca w Moskwie brytyjski szef dyplomacji Halifax. Przez Rosjan plan ten został przyjęty bez zastrzeżeń. Co więcej, Rosja zgadzała się być w razie wojny angielsko-niemieckiej (w marcu 1939 r. o wojnie polsko-niemieckiej nawet jeszcze nie myślano) aktywnym zapleczem dla swych sąsiadów. Miała dostarczać Polsce i Rumunii amunicję i sprzęt lotniczy, a przede wszystkim surowce, całkowicie powstrzymując się od bezpośredniego mieszania się do konfliktu. To miała być wojna angielsko-niemiecka. Inaczej o niej ani nie mówiono ani nie pisano. Oczywiście Polska znała niemieckie oczekiwania dotyczące tzw. korytarza i Gdańska, przedstawione jej w październiku 1938 r. przez Hitlera, oczywiście rozmawiała w styczniu 1939 r. z Ribbentropem w Warszawie, ale od niemieckich żądań do wojny było jeszcze bardzo daleko. I dopiero po podpisaniu umowy z Anglią, dopiero po słynnej majowej mowie Becka, gdy stwierdził, że „Polska do Bałtyku odepchnąć się nie da", cała niemiecka furia skierowała się w naszą stronę.

Tymczasem byliśmy na pierwszych stronach europejskich gazet. „Paris Soir" pisał, że „Polska nie ogląda się na nikogo, lecz tylko na własne siły zbrojne, jedne z najlepszych w Europie i tym właśnie wyraża się jej wielka dojrzałość polityczna wśród narodów europejskich". W „Petit Bleu" napisano, że „Polska zdolna jest uratować wreszcie honor Europy i przygotowana jest do tego pod każdym względem". „Intrensigeant" napisał, że Polska „nie tylko nie objawia wobec możliwości wojny jakiegokolwiek popłochu, lecz w poczuciu własnej siły z pogardą patrzy niebezpieczeństwu prosto w twarz". „Manchester Guardian" pisał, że Anglia uświadomiła sobie całkowicie znaczenie Polski dla utrzymania równowagi europejskiej i pokoju w Europie. „Daily Mail" podnosił wartość żołnierza polskiego i zdolność bojową polskiego lotnictwa, a „New Chronicle" informował, że „antypolska propaganda niemiecka obliczona jest na wywarcie presji na Polskę, aby nie dopuścić do związania się Polski z Anglią, bo Niemcy nie mogą obecnie myśleć o wywołaniu wojny, wiedząc, że mocarstwa zachodnie zawsze znajdą drogę do zaopatrzenia Polski w potrzebne środki materiałowe". Dzisiaj, blisko 80 lat od owego lata 1939 r., gdy się czyta te bzdury, trudno się nie zadumać nad wyrachowaniem naszych sojuszników i nad naszą bezgraniczną naiwnością.

Pakt Ribbentrop-Mołotow

Równolegle w Moskwie toczyły się pertraktacje niemiecko-sowieckie. Polska wiedziała o nich niewiele. Ambasador Wacław Grzybowski (doktor filozofii) w żadnym ze swoich raportów dla ministra Becka nie jest, jak się wydaje, ani kompetentny, ani inteligentny, ani dobrze poinformowany. Kuriozum stanowi natomiast tajny raport napisany przez niego kilka dni po zawarciu w Moskwie paktu Ribbentrop-Mołotow:

„Moskwa, dnia 29 sierpnia 1939 r., tajne

W sprawie paktu sowiecko-niemieckiego

Do Pana Ministra Józefa Becka, Ministra Spraw Zagranicznych w Warszawie

Nieliczne dni, jakie upłynęły od podpisania paktu o nieagresji sowiecko-niemieckiego, przyniosły pewną ilość momentów charakterystycznych. Pierwsze wrażenie dwuznaczności samego aktu i jego walorów wyłącznie taktycznych zdaje się potwierdzać. Potwierdza się także wrażenie, że pakt nie przesądza stanowiska Sowietów na wypadek konfliktu i jest jedynie punktem wyjścia do dalszej rozgrywki.

Wygląda, że co do znaczenia paktu Italia została wprowadzona w błąd. »Relazioni Internazionali« przewidywały »radykalną zmianę polityki wielkiego mocarstwa«. »Corriere della Sera« prekonizował powstanie dla Polski wschodniego frontu wojennego. Dlatego też Ribbentrop, stwierdziwszy w Moskwie możliwość jedynie nader ograniczonych konsekwencji politycznych zamierzonego paktu, miał do wyboru pomiędzy dwoma smutnymi alternatywami: podpisanie układu o nieistotnej wartości politycznej dla Niemiec albo skandal w postaci wyjazdu bez podpisania. Niemcy postawiły na kartę efektu i efekt ten zawiódł.

Ale rachuby sowieckie zawiodły w nie mniejszej mierze:

a/ Pakt nie zapewnił jeszcze wybuchu konfliktu i nie powstrzymał Hitlera od usiłowań negocjacyjnych.

b/ Odbił się całkowicie ujemnie dla Sowietów na zagadnieniu Dalekiego Wschodu. (...)

Tak długo jak wojna jeszcze grozi, Sowiety mogą robić dobrą minę do złej gry. Zdają się eliminować z układu sowiecko-angielsko-francuskiego trudne zagadnienia gwarancji dla państw bałtyckich. Grożą zaopatrywaniem Niemiec w surowce. Usiłują zwalić całą »winę« na Polskę. [W rzeczywistości sytuację naszą podpisanie paktu znacznie odciążyło] (...)"

Jak się wydaje, żadne zdanie, żaden wniosek i żadna myśl pana ambasadora nie okazały się w tym raporcie prawdziwe. Zdaje się on niczego nie rozumieć z polskiego dramatu, jaki rozgrywa się na jego oczach. Gdzieś widzi korzyści płynące dla Polski z porozumienia dwóch zaborców. Zapisuje też: „Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Hitler idzie do przegranej". Nie sposób tego zrozumieć, bo przecież poruszał się wśród innych dyplomatów, innych ambasadorów. Przecież słyszał ich komentarze, przecież czytał ich artykuły. Świat w tych dniach wstrzymał oddech ze zgrozy, rozumiejąc, że układ niemiecko-sowiecki otwiera drogę wojnie, a nasz ambasador w tym samym momencie odtrąbił niemiecki wielki błąd polityczny, przegraną Hitlera i nasz sukces, skoro podpisanie paktu naszą sytuację znacznie odciążyło...

Jednak polskie pytania w tej sprawie w najmniejszym stopniu dotyczą władz umysłowych naszego ambasadora. Ważniejsze wydaje się pytanie, jak to możliwe, że nikt nie poinformował Polaków, skoro kilka godzin po podpisaniu sowiecko-niemieckiego układu Hans von Herwarth, dyplomata z niemieckiej ambasady w Moskwie, ryzykując życie, przekazał treść układu i tajnych protokołów Charlesowi E. Bohlenowi, urzędnikowi ambasady USA. Jak to możliwe, skoro treść tych tajnych protokołów, zapisujących wspólną z Hitlerem sowiecką napaść na Polskę, znali także na pewno Francuzi i prawdopodobnie Anglicy. Dlaczego nie poinformowali Polaków? Sojuszników. Tych, którzy pierwsi mieli wziąć na siebie niemieckie uderzenie.

Nie sposób odpowiedzieć, jakie byłyby polskie decyzje, gdybyśmy znali treść tajnych protokołów i mieli świadomość wojny na dwa fronty. Być może w ogóle zarzucilibyśmy plany walki, a być może inaczej rozdysponowalibyśmy fronty walki. Może odeszlibyśmy od koronkowej obrony całości granic, broniąc się jedynie w umocnionych punktach. Zapewne nie ulegalibyśmy prośbom sojuszników o wstrzymanie mobilizacji, co w istotny sposób osłabiało nasze siły, a może w ogóle szukalibyśmy mimo wszystko jakiegoś porozumienia z Niemcami, tym samym kierując niemiecki impet ponownie na Zachód. Nie sposób odpowiedzieć... Niemniej jednak ukrycie przed nami podstawowych informacji dotyczących naszego najbliższego losu nosi charakter niepojętej, haniebnej zdrady Francji i Wielkiej Brytanii. „Można założyć – pisze prof. Eugeniusz Cezary Król – że porozumienie radziecko-niemieckie zaważyło na opóźnieniu akcesu Francji i Wielkiej Brytanii do wojny, na ograniczeniu pomocy wojskowej dla Polski, wreszcie – na rezygnacji z wszelkich działań odciążających, co postanowiono podczas konferencji w Abbeville 12 września 1939 r.".

Jeśli przypomnieć w tym miejscu wspomnienia biskupa polowego Wojska Polskiego Józefa Gawliny, od których zaczyna się ten esej, i zapisane w nich słowa wysłannika rządu brytyjskiego, które padły na tajnym spotkaniu opozycji politycznej 23 lutego 1939 r. w Warszawie („Wojna będzie prawdopodobnie jeszcze w tym roku, na wschód, a nie na południe. Anglia da broń, pieniądze i pomoc wojskową, ale pod warunkiem, że Polska zmieni rządy"), to okaże się, że były prorocze. Rzeczywiście wojna wybuchła jeszcze w tym samym roku. Rzeczywiście Niemcy uderzyli na wschód, na Polskę, a nie – jak wcześniej planowali – na Francję. Rzeczywiście Anglia (a także Francja) nie dały ani broni, ani pieniędzy, ani żadnej pomocy wojskowej, ponieważ opozycji nie udało się zmienić w Polsce rządu. Ale skoro się nie udało, to sojusznicza Francja zdecydowała się wziąć sprawy w swoje ręce i zmienić wreszcie ten nieodpowiedzialny, proniemiecki rząd Becka i Śmigłego na rząd życzliwy Francji i Anglii, rząd przyjazny, przewidywalny i wreszcie posłuszny.

Zamach stanu Sikorskiego

Każdy, kto śledził drogę, która wiodła gen. Władysława Sikorskiego na wojnę, nie mógł nie poddać się urokowi pięknej epickiej legendy. Oto żołnierz odsunięty na całe lata od służby, teraz, gdy ojczyźnie zagraża niebezpieczeństwo, przybiega do sztabu, prosząc o przydział na froncie. Nie dostaje żadnej odpowiedzi, więc opuszcza dom rodzinny i udaje się na tułaczkę śladami naczelnego wodza, by ponownie poprosić o przydział. Ale mimo kolejnych listów wysyłanych do marszałka Śmigłego nie otrzymuje żadnej odpowiedzi. Sytuacja na polach walki z każdym dniem staje się coraz trudniejsza, tak dalece trudna, że we Lwowie jego wierni oficerowie zwracają się do ukochanego dowódcy ze słowami: „Wodzu, być może już nadszedł czas, byś przejął władzę i ratował kraj". Na co generał Sikorski odpowiada głośno, tak by go wszędzie słyszano: „Nie po to założyłem mundur, by dzisiaj robić jakiś zamach, ale po to, żeby się bić".

I tak ludzie uwierzyli, że rzeczywiście żadnego zamachu nie dokonał. Jechał w ślad za Naczelnym Wodzem, marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym, aż do Kut, gdzie niedługo po nim przekroczył graniczny most na Czeremoszu i znalazł się po rumuńskiej stronie. Tu podobno nie szukał już naczelnego wodza. Jerzy Giedroyć, który w tych tragicznych dniach wrześniowych był urzędnikiem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i świadkiem ostatnich dni II Rzeczypospolitej, zapisał w swych wspomnieniach: „Kilka dni przed klęską wrześniową, kiedy rząd jeszcze urzędował, Sikorski zjawił się w Bukareszcie i odbywał w gabinecie attaché wojskowego płk. Zakrzewskiego konferencję z udziałem radcy Ponińskiego i ambasadora Noela. Już wtedy zaczęła się konspiracja na rzecz Sikorskiego i ucieczka szczurów z tonącego okrętu. (...) Nie wolno obejmować władzy za sprawą obcego państwa. A Sikorski został wypromowany przez Francuzów".

W dziale rękopisów Biblioteki Narodowej w Warszawie znajduje się depozyt płk. dypl. Wacława Lipińskiego. Został przywieziony z Budapesztu już po śmierci pułkownika, zamordowanego w więzieniu we Wronkach w 1949 r. Wśród licznych dokumentów znajduje się tu relacja wojewody stanisławowskiego Stanisława Jareckiego, spisana 5 maja 1940 r. w Budapeszcie. Wynika z niej, że 13 września 1939 r. starosta w Stanisławowie wydał generałowi Sikorskiemu paszport zagraniczny na wyjazd do Francji. Sikorski okazał staroście rozkaz marszałka RydzaŚmigłego, mianujący go dowódcą legionu polskiego organizującego się we Francji. Czyżby więc legenda żołnierza tułacza odtrąconego przez wojsko polskie była nieprawdziwa? Jeszcze bardziej sensacyjnie brzmi zapis rozmowy płk. Lipińskiego z płk. Julianem Piaseckim z Obozu Polski Walczącej na temat Sikorskiego. Generał Sikorski od pierwszych dni wojny był przydzielony do Naczelnego Dowództwa, z tym że jeśli operacje będą tego wymagały, miał dostać dowództwo armii. Na razie wszystkie były obsadzone. Granicę przekroczył wraz z Naczelnym Wodzem. W Bukareszcie porozumiał się z ambasadorem Noelem i wspólnie wywarli nacisk na Rumunię, by nie przepuściła Śmigłego i Becka.

Najciekawsza w tej rozmowie jest informacja płk. Piaseckiego o liście (adresowanym do marszałka Śmigłego i rządu polskiego), który przyszedł do ambasady polskiej jeszcze w sierpniu 1939 r. z prośbą o jak najszybsze doręczenie. Tego listu ambasador Raczyński nikomu nie pokazał. Okazuje się, że był to list od posła Rzeczypospolitej w Madrycie Mariana Szumlakowskiego. Któregoś dnia Szumlakowskiego zaprosił na rozmowę marszałek Petain, by poinformować, że we Francji zawiązał się spisek generałów, którego celem jest oddanie władzy w Polsce generałowi Sikorskiemu. W myśl planów spiskowców polskie władze, które przekroczą granicę rumuńską, zostaną natychmiast zatrzymane i internowane. Wolną drogę do Francji będzie miał jedynie Sikorski i ludzie, których on wskaże.... Jeśli to nie jest zamach stanu, haniebny, bo przeprowadzany w warunkach wojny obronnej, to co to jest?

Ale w ten sposób został spełniony ostatni warunek postawiony przez Anglię i Francję Polakom. Pomożemy, jeśli zmienicie rząd. No i sami zmienili. Oto historia prawdziwa.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL