fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Abraham Lincoln: amerykański gigant. Część II

?15 kwietnia 1865 r. o godz. 22.15 w Teatrze Forda John Booth dokonał zamachu na prezydenta Lincolna
Wikipedia
„Gdybym próbował czytać wszystkie słowa krytyki skierowane przeciwko mnie, mógłbym równie dobrze zamknąć swoje biuro i wziąć się za coś innego" – mawiał prezydent Abraham Lincoln, gdy czytał krytykujące jego politykę artykuły prasowe. Do końca życia realizował swoją wizję państwa, nie zabiegając o poklask.

Pierwszego dnia po wygranych wyborach w biurze prezydenta elekta Abrahama Lincolna kłębił się tłum polityków i dziennikarzy. „No cóż, chłopcy – powiedział Lincoln, śmiejąc się do tych drugich – wasze kłopoty już się skończyły, moje dopiero zaczęły".

Czytaj także: Abraham Lincoln: amerykański gigant. Część I

Nowy prezydent nie miał doświadczenia w administracji. W przeciwieństwie do większości swoich poprzedników nie piastował wcześniej żadnego urzędu stanowego ani federalnego. Jego kontakty z polityką krajową ograniczyły się do jednej kadencji w Izbie Reprezentantów, podczas której zresztą specjalnie nie zabłysnął. Dopiero ożywione debaty na temat niewolnictwa z senatorem Stephenem Douglasem, prowadzone między 21 sierpnia a 15 października 1858 r., przysporzyły mu popularności na Północy i wzbudziły niechęć na Południu.

Brak doświadczenia w administracji spowodował, że z początku nie wiedział, według jakiego klucza należy dobierać najważniejszych członków gabinetu. Doszedł więc do wniosku, że najprostszym rozwiązaniem będzie wyznaczenie na najważniejsze stanowiska w państwie najzdolniejszych i najbardziej wpływowych członków swojej partii. Na najbliższego współpracownika, a jednocześnie oficera łącznikowego Białego Domu z Kongresem, wyznaczył wybitnego senatora republikańskiego Williama H. Sewarda. Listę kandydatów na najważniejsze stanowiska w państwie spisał tego samego dnia przed zachodem słońca.

W następnych dniach jego biuro przeżyło najazd ludzi ubiegających się o najróżniejsze stanowiska w administracji państwowej, od sekretarzy w gabinecie po lokalnych poczmistrzów, inspektorów celnych, komisarzy, policjantów i dowódców fortów. Lincoln nie mógł też zapomnieć o całym tabunie znajomych, krewnych i przyjaciół, którzy teraz przypomnieli sobie o znajomości z prezydentem elektem. W rozmowie z najbliższymi współpracownikami bez ogródek nazywał tych ludzi „bandą sępów", ale kiedy już się z nimi widział, mówił, jak przystało na rasowego polityka: „Tak, pamiętam pana i zrobię, co będę mógł". Te słowa powtarzał kilkadziesiąt razy dziennie do ludzi, których w rzeczywistości nie rozpoznawał.

W 1861 r. do biura prezydenta mógł wejść każdy z ulicy. Głowa państwa nie była chroniona w żaden nadzwyczajny sposób. Nikt zresztą nie wyobrażał sobie, że można dokonać zamachu na pierwszego obywatela Ameryki. Lincoln był święcie przekonany, że nic mu nie grozi. W rzeczywistości już wtedy nad jego głową zbierały się czarne chmury. Każdego dnia docierała do niego coraz bardziej nienawistna korespondencja z Południa. Nadawcy domagali się egzekucji prezydenta lub grozili zamachem, nie przebierając w wulgarnych słowach i dołączając do korespondencji rysunki szubienicy.

Zły omen

Pewnego dnia wydarzyło się coś niezwykłego, co na zawsze wzbudziło w Lincolnie niepokój. Nie mogąc znieść tłumów w swoim biurze, wymknął się tylnymi drzwiami i uciekł do domu, gdzie postanowił odpocząć chwilę na kanapie. Leżąc, zerknął w kierunku sekretarzyka, nad którym powieszone było lustro. Kiedy ujrzał odbicie całej swojej postaci, ze zdumieniem spostrzegł, że jego twarz jakby się rozdwoiła. Jedna twarz wyglądała zdrowo, druga zaś była trupio szara i w wyrazie boleści. Przerażony zerwał się na nogi i podbiegł do lustra, ale złudzenie zniknęło. To wydarzenie przeświadczyło go, że coś złego wydarzy się w jego życiu. Opowiedział o tym żonie. Mary, kobieta obsesyjnie wierząca w zjawiska nadprzyrodzone, popadła w przygnębienie. Pierwsza dama uważała, że ta wizja zapowiada śmierć jej męża podczas drugiej kadencji. Pierwsza, zdrowa twarz, miała w jej opinii utożsamiać pomyślność i sukcesy w czasie pierwszej kadencji, natomiast druga zapowiadała męczeńską śmierć.

Mary Todd Lincoln była zafascynowana okultyzmem. Podobno organizowała w Białym Domu modne w owym czasie wieczory spirytystyczne, w których chętnie uczestniczył prezydent i jego najważniejsi ministrowie. Pani Lincoln była doprawdy bardzo dziwną osobą. Pod względem chorobliwej wręcz ambicji, złośliwości i porywczości dorównała jej jedynie Hillary Clinton. Obie panie, choć ich czasy dzieliło ponad 130 lat, miały bardzo kłopotliwy dla otoczenia prezydenta zwyczaj rzucania w swoich mężów podczas awantur małżeńskich wszystkim, co miały pod ręką. Pani Lincoln najchętniej wybierała do tego celu kawałki drewna na opał, którymi podobno nieraz celnie trafiała męża w głowę. Obecnie zamknięto by ją w więzieniu pod zarzutem próby zabójstwa prezydenta. Ale nawet w połowie XIX w. jej powierzchowność i sposób odnoszenia się do męża oraz synów wzbudzała głębokie oburzenie otoczenia. Wroga administracji Lincolna prasa demokratyczna eksponowała te awantury, nazywając pierwszą damę „wulgarną wariatką". Co ciekawe, Abraham Lincoln znosił te wybuchy histerii ze stoickim spokojem. Zdawało się, że prezydent jest niemal uzależniony od osobowości małżonki.

Warto przy tym zaznaczyć, że zachowanie pierwszej damy nie było spowodowane jej niechęcią do życia w Białym Domu, jak to miało miejsce w przypadku wielu jej poprzedniczek. Wręcz przeciwnie, Mary Todd Lincoln uwielbiała Waszyngton i była niezwykle ambitną kobietą wiecznie pożądającą poklasku elit stolicy. Nie zgadzała się jednak na rolę biernej pani domu. Domagała się udziału w rządach i bez wątpienia nie raz wpływała na decyzje swojego męża. Władzy pożądała bardziej niż czegokolwiek innego w życiu. Jeszcze kiedy Abraham Lincoln prowadził kancelarię adwokacją w Illinois, miała zwyczaj mówić do swoich znajomych: „Mój mąż pewnego dnia zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych. Gdybym tak nie myślała, nigdy bym za niego nie wyszła, bo jak wiecie, nie jest przystojny. Ale popatrzcie tylko na niego. Czy nie wygląda jak materiał na wspaniałego prezydenta?".

Postąpić jak Andrew Jackson

Innego zdania na temat wyglądu prezydenta była opinia publiczna. Po zaprzysiężeniu prezydent tak zaangażował się w swoje obowiązki, że zaczął zaniedbywać zdrowie. Jadał niewiele i był tak chudy, że jego policzki zapadały się jak u anorektyka. Pewna dziewczynka z Westfield w stanie Nowy Jork wysłała do niego list z radą, żeby przynajmniej zapuścił wąsy i brodę. Lincoln wziął sobie do serca tę radę, ale zapuścił tylko brodę bez wąsów, która stała się najbardziej charakterystyczną cechą jego wyglądu.

Zła aparycja był jednak najmniejszym z jego problemów. Zaledwie trzy tygodnie po wyborach pięć stanów południowych zwołało konwencję, na której miała być podjęta decyzja o wystąpieniu z Unii. Politycy i dziennikarze odwiedzający prezydenta ostrzegali go, że Południowcy są gotowi rozbić jedność państwa, byle uchronić system niewolniczy.

Nie była to pierwsza taka sytuacja w historii Stanów Zjednoczonych. Prezydent zainteresował się sprawą kryzysu nulifikacyjnego z 1832 r., kiedy władze Karoliny Południowej postanowiły wystąpić z Unii. Lincoln był ciekaw, jak z tym problemem poradził sobie krewki prezydent Andrew Jackson. Ten zaś nie tylko nie wdawał się w żadną dyskusję w renegatami, ale zagroził wprost, że wyśle do zbuntowanego stanu armię, powywiesza wszystkich rebeliantów wraz z ich przywódcą, byłym wiceprezydentem i senatorem z Karoliny Południowej Johnem Caldwellem Calhounem, i zawiesi prawa stanowe, wprowadzając jedynie prawo federalne. Ten radykalny sposób rozwiązywania problemów bardzo się spodobał Lincolnowi. Prezydent zdecydował, że w chwili, kiedy Południowcy postanowią się zbuntować, zastosuje tę samą metodę.

Niestety, ten scenariusz stał się bardzo realny 4 lutego 1861 r., kiedy zbuntowane stany południowe ogłosiły proklamację własnej unii państwowej, nazwanej Skonfederowanymi Stanami Ameryki, na których czele stanął 6 listopada 1861 r. generał major wojsk Missisipi Jefferson Finis Davis.

Lincoln nie zdążył wprowadzić w życie swojego planu wzorowanego na rozwiązaniu zastosowanym przez Andrew Jacksona. 12 kwietnia 1861 r. wojska konfederackie zaatakowały Fort Sumter w Karolinie Południowej i dwa dni później go zajęły. Tym samym Konfederacja pierwsza rozpoczęła najbardziej wyniszczającą wojnę w historii Ameryki.

Mit XIII poprawki

Świadomie omijam w tym artykule historię wojny secesyjnej, ponieważ stanowi ona tak ważne i złożone wydarzenie w historii Stanów Zjednoczonych, że wymaga osobnego eseju. Jedną z najważniejszych jej konsekwencji było przyjęcie 31 stycznia 1865 r. przez Izbę Reprezentantów Kongresu Stanów Zjednoczonych XIII poprawki do Konstytucji USA znoszącej niewolnictwo i nadającej obywatelstwo amerykańskie wszystkim ludziom urodzonym na terytorium tego państwa.

Niewolnictwo w Ameryce było zjawiskiem bardzo złożonym. Tylko dokładna analiza historyczna materiałów źródłowych pozwala na ocenę skali i podłoża tego zjawiska. Znamienne, że po 18 grudnia 1865 r., kiedy XIII poprawka weszła w życie, niewielu byłych niewolników zdecydowało się opuścić nieprzyjazny dla nich kraj i powrócić do Afryki. A przecież taka możliwość istniała już od 1817 r., czyli dziesięć lat po podpisaniu przez prezydenta Thomasa Jeffersona ustawy o zakazie przywozu niewolników z Afryki. Amerykańskie Towarzystwo Kolonizacyjne z Nowego Jorku propagowało wśród wyzwoleńców lub uciekinierów z Południa możliwość wyjazdu do Monrowii, stolicy Republiki Liberii – państwa założonego przez byłych niewolników amerykańskich. Dzisiaj Liberia jest jednym z najbardziej skorumpowanych i biednych państw świata.

Wbrew legendzie stworzonej w XX w. wokół postaci Lincolna abolicja niewolników wcale nie była priorytetem jego polityki. Abraham Lincoln był dzieckiem swoich czasów. Podobnie jak jego rodacy wierzył, że Afrykańczycy stanowią inny gatunek człowieka. Nie wierzył w to, że czarnoskóry człowiek wyrwany ze środka dżungli, nauczony kilku słów po angielsku i ledwo posługujący się narzędziami stworzonymi przez białego człowieka, może być obywatelem w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeżeli prawo do głosowania dla kobiet uznawał za absurd, to gdzie było miejsce do akceptacji czarnych „podludzi" jako pełnoprawnych Amerykanów?

Lincoln był pragmatykiem, a nie romantykiem gadającym ciągle o wolności. Potępił polskie powstanie styczniowe jako akt niesubordynacji Polaków wobec ich rosyjskiego suwerena – w zamian za rosyjską pomoc militarną, użytą zresztą przeciw własnym rodakom z Południa. Odrzucenie zagwarantowanej w Konstytucji USA secesji Skonfederowanych Stanów Ameryki i przywrócenie ich po wojnie w skład Unii było złamaniem fundamentalnych praw leżących u powstania Unii. Rząd federalny w Waszyngtonie pokazał swoją nadrzędność wobec wszelkiego separatyzmu lokalnego. To był początek epoki Wielkiego Brata z Waszyngtonu.

Wynik wojny secesyjnej ustanawiał nowe rozdanie własności i władzy w Ameryce. To wtedy wielkie majątki i latyfundia niepokornych Południowców zostały przejęte przez potentatów przemysłowych z Północy, ponieważ tak jak w każdej wojnie, tak i w tej chodziło przede wszystkim o pieniądze i władzę. Znosząca niewolnictwo XIII poprawka do Konstytucji USA została uchwalona przez Izbę Reprezentantów USA na blisko cztery miesiące przed kapitulacją Skonfederowanych Stanów Ameryki. Nie była więc obowiązującym prawem dla stanów wchodzących w skład CSA.

Poprawna politycznie historiografia amerykańska portretuje Lincolna jako zatroskanego o los swoich rodaków z Południa ojca narodu. To całkowicie fałszywy wizerunek. To on bowiem, wraz z generałami Ulyssesem Grantem i Williamem Shermanem, wydał rozkaz rozpętania wojny totalnej i zastosowania taktyki spalonej ziemi, co pozbawiło mieszkańców Południa dachu nad głową i środków do życia. Amerykańska wojna secesyjna nie miała nic z romantycznej misji wyzwalania niewolników, jak często ukazują to współczesne filmy hollywoodzkie. To była pierwsza, niezwykle brutalna wojna totalna prowadzona przez obie strony, dopuszczające się potwornych zbrodni. Zarówno wojska Unii, jak i Konfederacji popełniły wiele czynów, które w rozumieniu współczesnego prawa międzynarodowego uznane byłyby za zbrodnie przeciw ludzkości.

Spalona ziemia Południa oznaczała upadek potęgi tego regionu, koniec jego unikalnej kultury, pauperyzację białej ludności oraz przerażającą nędzę dla wyzwolonych Afroamerykanów. Jak niszcząca była to strategia, dowodzi fakt, że Południe nigdy nie podniosło się z upadku. Na wiele lat zamieniło się w krainę nękanych nędzą, zacofanych, przepełnionych strachem przed „obcymi" frustratów zasilających szeregi Ku Klux Klanu. A to tylko część spuścizny po Abrahamie Lincolnie.

Kontrowersyjna prezydentura

Amerykańscy historycy przedstawiają prezydenta Lincolna jako nieskazitelnego bojownika o abolicję niewolników i zachowanie jedności amerykańskiej Unii. Niektórzy uważają, że był największym amerykańskim prezydentem w historii.

O bezkrytycznym kulcie 16. prezydenta USA świadczą trzy pomniki wybudowane na jego cześć w centrum amerykańskiej stolicy. Naprzeciwko wzgórza kapitolińskiego, na którym ma swoją siedzibę amerykański Kongres, oraz białego obelisku upamiętniającego pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych zbudowano na wzór starożytnej greckiej świątyni mauzoleum Abrahama Lincolna. Za 36 kolumnami zewnętrznymi, symbolizującymi liczbę stanów Unii w dniu śmierci tego prezydenta, znajduje się wysoki na 5,8 metra posąg Lincolna dłuta Daniela Chestera Frencha. Zadumany prezydent zasiada na fotelu przypominającym tron gromowładnego Zeusa, a nad jego głową znajduje się napis: „W tej świątyni, tak jak w sercach ludzi, dla których ocalił Unię, pamięć o Abrahamie Lincolnie zawsze będzie święta". Mauzoleum powstało dopiero 57 lat po śmierci Abrahama Lincolna, kiedy ostygły spory na temat roli, jaką odegrał ten człowiek w amerykańskiej historii.

Nie wszyscy Amerykanie darzą Lincolna takim samym uwielbieniem jak poprawni politycznie historycy. Do dzisiaj wśród mieszkańców Richmond, byłej stolicy Skonfederowanych Stanów Ameryki, zachowała się pamięć o zniszczeniach i barbarzyństwie wojsk Unii. A przecież Richmond było miastem szczególnym dla historii Ameryki. To tutaj w kościele episkopalnym św. Jana wielki amerykański patriota, adwokat i orator Patrick Henry po raz pierwszy wezwał w 1775 r. zgromadzonych słuchaczy do walki o niepodległość słowami: „Daj mi wolność lub daj mi śmierć". Słowa te obudziły ducha walki u dwóch obywateli Wirginii – pułkownika Jerzego Waszyngtona i jego przyjaciela Thomasa Jeffersona.

Ten ostatni, jeszcze jako gubernator Wirginii, zaprojektował razem z Jamesem Madisonem kilka centralnych budynków Richmond, które zostały zniszczone na wyraźny rozkaz Abrahama Lincolna w 1865 r. Południowcy nie zapomnieli, że na początku kwietnia 1865 r. wojska konfederackie zaminowały i częściowo podpaliły to miasto, nie chcąc, aby stało się ono bazą zaopatrzeniową dla wojsk Unii. Mieszkańcy miast Południa zapamiętali wandalizm wojsk najeźdźcy. Szczególnie że w ataku na stolicę Konfederacji wziął udział 25. Pułk Piechoty złożony głównie z byłych murzyńskich niewolników zmobilizowanych do Kolorowych Oddziałów Stanów Zjednoczonych (USCT), co wówczas wywołało wielkie oburzenie.

Porwać prezydenta

W pierwszym półwieczu amerykańskiej niepodległości zabójstwo prezydenta było traktowane nie tylko jako czyn haniebny, ale wręcz urągający „prawom boskim". Dopiero nieudany zamach na życie prezydenta Andrew Jacksona w 1835 r. stał się pierwszą próbą zabójstwa głowy państwa.

Zamach na Lincolna miał jednak zmienić amerykańską rzeczywistość polityczną na zawsze. Przypuszcza się, że zamachowiec – aktor John Wilkes Booth – nie tylko nie działał sam, ale był zaledwie końcowym trybikiem wykonawczym wielkiego politycznego spisku, którego celem było zabicie 16. prezydenta USA.

Pierwotnie Booth nie zamierzał zabijać Lincolna, lecz jedynie uprowadzić go z Waszyngtonu i za jego uwolnienie żądać uznania secesji Południa. W sierpniu 1864 r. Booth nawiązał kontakty z dawnymi przyjaciółmi, o których wiedział, że tak jak on głęboko wierzyli w model społeczeństwa południowego opartego na niewolnictwie. Michael O'Laughlen i Samuel Arnold przystali na pomysł porwania prezydenta ze stolicy i wydania go dopiero za gwarancję pokoju między Unią i zbuntowanym Południem. Pierwsze spotkanie spiskowców odbyło się w hotelu Barnum's City w Baltimore. Przyjaciele ustalili, że od tej pory będą poszukiwać i werbować nowych członków spisku, szczególnie ludzi znających szlaki wodne, nieznane ścieżki wśród lasów Wirginii i Marylandu oraz bezbłędnie posługujących się bronią.

W październiku 1864 r. Booth otrzymał z kasy Kanadyjskiego Gabinetu 4 tys. dolarów, za które kupił karabiny, rewolwery, sztylety i kajdanki. Wywiad Południa i Kanadyjski Gabinet Konfederacji (tajny gabinet cieni Konfederacji z siedzibą w Montrealu) wystawiły Boothowi tajny list polecający, dzięki któremu mógł nawiązać kontakt z najważniejszymi i najbardziej wpływowymi zwolennikami Południa w Marylandzie. Spiskowcy planowali uprowadzić prezydenta Lincolna 17 marca 1865 r. ze znajdującej się o 5 kilometrów od Białego Domu letniej rezydencji w Old Soldier's Home. Abraham Lincoln miał być dostarczony bez żadnego uszczerbku na zdrowiu do Richmond, gdzie prawdopodobnie stanąłby przed trybunałem wojennym Konfederacji.

Jednak to sam Abraham Lincoln zupełnie nieświadomie i przypadkowo przesądził o własnym losie. 17 marca w ostatniej chwili zmienił plany i zrezygnował z wyjazdu, ponieważ zdecydował się wziąć udział w uroczystości wręczenia zdobycznego sztandaru Konfederacji swojemu wiernemu przyjacielowi, 14. gubernatorowi Indiany, Oliverowi Mortonowi.

Kolejna okazja do porwania prezydenta miała miejsce 11 kwietnia 1865 r. Tego dnia prezydent wygłosił z okna Białego Domu przemówienie, którego głównym przesłaniem było stwierdzenie, że „stany południowe nigdy nie wystąpiły z Unii, a teraz znajdują się bezpiecznie w domu". Dla wielu Południowców, którzy w czasie wojny stracili bliskich i majątki, był to szczególnie bolesny policzek. Ta wypowiedź oraz ogłoszona dzień później kapitulacja wszystkich wojsk Konfederacji przelała czarę goryczy sfrustrowanego Johna Bootha. Dowiedziawszy się dwa dni później, w Wielki Piątek 1865 r., że prezydent dostał zaproszenie na występy w Teatrze Forda, podjął ostateczną decyzję o zabiciu „tyrana".

Strzały w Teatrze Forda

15 kwietnia 1865 r. Abraham Lincoln był w znakomitym nastroju, czego przejawem było szybkie ułaskawienie podczas obiadu żołnierza skazanego na śmierć za dezercję. Do Teatru Forda para prezydencka miała się udać wieczorem w towarzystwie generała Granta z żoną. Z przyczyn osobistych Grantowie nie przyjęli zaproszenia. Być może tym samym głównodowodzący sił Unii uniknął losu swojego zwierzchnika.

W ostatniej chwili przed wyjściem do Teatru Forda prezydentowi przedstawiono drugą tego dnia propozycję ułaskawienia żołnierza podejrzanego o szpiegostwo na rzecz Konfederacji. Tym razem prezydent długo się zastanawiał, zanim złożył podpis. Wydawało się, że tego dnia nie opuści już Białego Domu.

Tymczasem John Booth, zmartwiony faktem, że Lincoln nie przyjechał do teatru, zalewał złość w barze po drugiej stronie ulicy. Z wisielczego odrętwienia wytrąciły go wiwaty na cześć wysiadającego z powozu prezydenta. Los jednak mu sprzyjał. Kiedy państwo Lincoln weszli do loży prezydenckiej, przerwano trwające już przedstawienie i zagrano melodię powitalną dla prezydentów: „Hail to the Chief". Dla Bootha był to sygnał do działania. Do dzisiaj pozostaje tajemnicą, dlaczego dwóch policjantów z obstawy prezydenta, zawsze strzegących wejścia do loży prezydenckiej, tego wieczora gdzieś zniknęło. O 22.15 niezatrzymany przez kogokolwiek i niezauważony nawet przez parę prezydencką John Booth zjawił się niczym duch za plecami prezydenta w ciemnej jak grób loży. Kiedy publiczność wybuchała kolejnymi salwami śmiechu, z deringera zamachowcy wyleciał zabójczy pocisk, który przeszył kość potyliczną Abrahama Lincolna i utkwił w szarej substancji mózgowej tuż za okiem prezydenta. Pierwszą osobą, która zareagowała na huk strzału, był siedzący w sąsiedniej loży major Henry Reed Rathbone, który rzucił się z gołymi pięściami na zamachowca uzbrojonego w długi nóż. Major upadł pod gradem ciosów Bootha z rozciętym bicepsem. Booth odwrócił się do zdumionej publiczności i krzyknął: „Wolność!". Wielu bywalców Teatru Forda poznało młodego, przystojnego aktora, znanego ze swoich kaskaderskich wyczynów na scenie. Jednak tym razem skok z loży na scenę okazał się fatalny w skutkach. Ostroga zamachowca zahaczyła o znienawidzony gwieździsty sztandar Unii i John Booth spadł bezwładnie na scenę. Kiedy przez długą chwilę leżał na pustej scenie zemdlony od przeszywającego go bólu, nikt z publiczności nie zerwał się, by go złapać.

Zamachowiec powoli podniósł się i zaczął gwałtownie wymachiwać w kierunku widowni swoim długim nożem, ledwie mówiąc osłabionym głosem: „Południe będzie wolne". Wtedy dopiero ciszę sali przeszył donośny głos krwawiącego majora Rathbone'a: „Zatrzymajcie tego człowieka!". Ale nikt nawet nie drgnął, publiczność patrzyła na scenę w milczeniu jak zaklęta. Minęło kilka sekund dramatycznej ciszy, po czym w jednym momencie, niczym na skinienie jakiegoś niewidzialnego dyrygenta, rozpętało się prawdziwe piekło. Część mężczyzn rzuciła się z furią w kierunku sceny, tratując po drodze dzieci i kobiety. Jedni chcieli ująć zamachowca, inni ratować prezydenta, jeszcze inni histerycznie rzucili się do ucieczki w kierunku drzwi wyjściowych. Panika tłumu sprzyjała w ucieczce Bootha, który wybiegł tylnym wyjściem z teatru i wskoczył na konia, po czym pomknął w ciemności amerykańskiej stolicy.

Nie wiadomo, czemu tego dnia po raz pierwszy w historii Waszyngtonu mosty nie zostały zamknięte na noc. Dzięki temu John W. Booth i David Harold zdołali bez przeszkód uciec ze stolicy i przedostać się nieniepokojeni przez nikogo do Marylandu, gdzie znaleźli kryjówkę w domu lekarza i sympatyka Południa, Samuela Mudda.

Straszna agonia

W tym samym czasie ranny prezydent został przewieziony do Białego Domu. Tam jego życie tliło się jeszcze przez kilka godzin. Abraham Lincoln zmarł w strasznej agonii o godzinie 7.22 następnego dnia po zamachu. Jego śmierć wstrząsnęła wszystkimi Amerykanami. Nawet mieszkańcy Południa uznali czyn Johna W. Bootha za haniebny. Pomocy nie okazali mu też przedstawiciele dawnego wywiadu Konfederacji, którzy liczyli na porwanie, ale nigdy nie akceptowali zabójstwa prezydenta. 26 kwietnia John Wilkes Booth został śmiertelnie postrzelony w szyję przez nowojorskiego kawalerzystę. Niespełna trzy miesiące później, 7 lipca 1865 r., powieszeni zostali czterej pozostali konspiratorzy.

Pogrzeb prezydenta Lincolna przemienił się w wielką narodową demonstrację patriotyczną. Wzdłuż trasy przejazdu pociągu wiozącego jego trumnę z Waszyngtonu do Illinois stały tysiące ludzi ubranych na czarno. 4 maja 1865 r. 16. prezydent Stanów Zjednoczonych został pochowany na cmentarzu Oak Ridge Cemetery w rodzinnym mieście Springfield.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA