fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wybory z Europą w tle

Adobe Stock
Europa coraz mniej łączy, a coraz silniej dzieli Polaków. Konflikty o wybory i przyszłość Unii doświadczonej kryzysem koronawirusa mogą ten podział niebezpiecznie pogłębić.

Forsując urągające standardom demokratycznym wybory w maju PiS bardzo liczy na Europę. A konkretnie na to, że pochłonięte zwalczaniem pandemii stolice i instytucje europejskie przymkną oko na występki Warszawy. Farsa wyborcza ma być kolejnym, kluczowym błyskiem szczęścia, które uśmiechnie się do PiS w covidowej zawierusze. Przejęcie Sądu Najwyższego, instytucji, będącej przedmiotem kilkuletniego boju z Brukselą, dokona się po cichu, bo prezes Gersdorf postanowiła nie zwoływać zgromadzenia sędziów SN w obawie przez wirusem. Słabszym niżby na to zasługiwało echem odbił się bezprawny wyrok Trybunału Konstytucyjnego uchylający w istocie stosowanie w Polsce orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE określającego kryteria niezawisłości sędziowskiej. Reelekcja Andrzej Dudy byłaby ukoronowaniem tego pasma sukcesów i dopełnieniem konstrukcji reżimu mającego za nic zasady, na których opiera się Unia Europejska.

Ale gambit PiS-u opiera się na założeniach, których okres ważności zdaje się właśnie upływać. Aktualny kryzys silnie wstrząsnął Unią objawiając wiele jej słabości. Jedną z nich jest brak skutecznych instrumentów przeciwdziałania zagrożeniom demokracji i rządów prawa. Wiele wskazuje na to, że wbrew oczekiwaniom PiS-u Unia, która wyłoni się z kryzysu, będzie przywiązywać do tych kwestii większą, a nie mniejszą rolę. Tym samym okoliczności i forma wyborów prezydenckich odbiją się na pozycji i interesach naszego kraju we wspólnocie europejskiej.

Głównym powodem jest to, że kryzys koronawirusa redefiniować będzie pojęcie europejskiej solidarności. Nie jest pod tym względem wyjątkowy. Także kryzys euro czy migracyjny dotyczyły w istocie tego, czy i na jakich zasadach państwa członkowskie gotowe są świadczyć sobie wzajemnie pomoc w wymiarze wykraczającym poza zobowiązania traktatowe. Inaczej jednak niż konsekwencje wcześniejszych turbulencji, skutki epidemii dotyczą wszystkich krajów Unii bez wyjątku. Zaś solidarność, o której dzisiaj mowa, będzie miała bardzo wymierną, liczoną w setkach miliardów euro wartość. Tym ważniejsze staje się pytanie o wspólny fundament, na jakim opiera się projekt europejski, a wraz z nim poczucie wspólnoty stanowiących go krajów.

Pytanie, czy Unia powinna bezrefleksyjnie wspierać autokratów, gwałtownie zyskuje w tym nowym rozdaniu na znaczeniu. O tym, że środki unijne warunkowane być powinny przestrzeganiem rządów prawa i traktatów europejskich coraz głośniej mówią przywódcy europejscy, w tym Niemcy, którzy sprawować będą przewodnictwo w Unii w drugiej połowie roku i odgrywać kluczową role w dyskusji nad kształtem jej budżetu na lata 2021-2027. Szerokim echem w światowych mediach i gabinetach politycznych odbiła się analiza think-tanku European Stability Initiative krytykująca absurdy aktualnych regulacji. Największym beneficjentem pierwszej, wartej 37 mld euro, transzy wsparcia UE na pokrycie kosztów epidemii były Węgry. Dzięki przekierowaniu przez Brukselę funduszy strukturalnych z obecnej perspektywy finansowej, Węgry otrzymały na walkę z wirusem środki warte 3,9 proc. ich rocznego PKB. Dla porównania, najciężej doświadczone kryzysem Włochy musiały zadowolić się pieniędzmi odpowiadającymi raptem 0,1 proc. ich PKB i ponad dwukrotnie mniejszymi w wartościach absolutnych niż Węgry. W dodatku stało się to dokładnie tego samego dnia, 30 marca, kiedy węgierski parlament przyznał Viktorowi Orbanowi nieograniczoną możliwość rządzenia przy pomocy dekretów. Sytuacja, w której UE kontynuuje wsparcie finansowe dla państw członkowskich bez względu na nawet najbardziej dramatyczne zmiany w ich sytuacji wewnętrznej zaczyna budzić coraz większą krytykę, zwłaszcza w krajach najwięcej łożących na Unijny budżet. Wydarzenia w Polsce (która, nawiasem mówiąc, jest w wartościach absolutnych największym beneficjentem wspomnianej wyżej pomocy unijnej) dostarczają tym głosom dodatkowej amunicji.

Dyskusja nad nowym europejskim funduszem odbudowy, którego projekt przedstawi wkrótce Komisja Europejska, stwarza okazję do nowych uregulowań. Chodzi bowiem o dodatkowe środki, w niebagatelnej wysokości około 1,5 biliona euro (w formie grantów i kredytów), których zasady rozdziału trzeba dopiero ustalić. Mogą one zwiększyć aktualny budżet lub stanowić osobny fundusz, z jakiego wypłacane będą pieniądze. Dostęp do instrumentów unijnej solidarności dla tych, którzy depczą jej prawa oraz demokrację, będzie można ograniczyć w różny sposób: odpowiednio definiując kryteria ekonomiczne, izolując politycznie autokratów albo nawet wprowadzając zasady bezpośrednio dotyczące przestrzegania rządów prawa, np. respektowania orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawach dotyczących podstawowych zasad UE. „Koronadyktatura” Orbana i pocztowe niby-wybory Kaczyńskiego będą miały istotny wpływ na kształt tej dyskusji.

To wszystko powoduje, że strategia europejska rządu polskiego ma coraz krótsze nogi. Od co najmniej roku ma ona dwutorowy charakter. Na europejskich salonach rząd Morawieckiego próbuje prezentować się jako konstruktywny uczestnik merytorycznej debaty. Przykładem są ostatnie publikacje w opiniotwórczych mediach europejskich (FAZ, Financial Times, La Republicca) , w których Warszawa prezentowała sensowne propozycje zmian w strukturze dochodów unijnego budżetu – w imię budowy silniejszej solidarności. Drugą stronę medalu jest ostry sprzeciw wobec „mieszania się” Brukseli w sprawy polskiego sądownictwa oraz antyunijna retoryka na użytek polityki wewnętrznej. W ostatnich kilku tygodniach sam Morawiecki uskarżał się, że UE nie dała nam ani jednego centa; minister Ziobro twierdził, że w kryzysie UE się skompromitowała; zaś prezes Kaczyński w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” opowiadał, że UE dowiodła swojej słabości.

Ta dwulicowość kryje w sobie rosnące ryzyka. Szpagat między proeuropejskimi inicjatywami a antyeuropejską praktyką polityczną staje się tym trudniejszy do wytrzymania, im bardziej kwestia rządów prawa i demokracji wchodzi do masy przetargowej na forum Unii. Ale nie mniej ważne jest to, że na podwórku wewnętrznym PiS w coraz większy stopniu staje się zakładnikiem swojej wymierzonej w Unię retoryki. Jak pokazują badania opinii publicznej przeprowadzone w kwietniu br. na zlecenie European Council on Foreign Relations stosunek do Europy głęboko dzieli Polaków. Pod powierzchnią szerokiego konsensusu wokół poparcia dla członkostwa w Unii, którym szczycimy się nie od dziś, zarysowują się wyraźne różnice w poglądach i emocjach Polaków w sprawach dotyczących Europy. Zaś najbardziej wyraźny podział przebiega między wyborcami Andrzeja Dudy a elektoratem kandydatów opozycji. Co więcej, to właśnie Europa silniej różnicuje te elektoraty niż ich poglądy dotyczące gospodarki, obaw o przyszłość czy oczekiwań wobec polityki. A poziom poglądów dalekich od euroentuzjazmu nie jest w Polsce wcale mały.

Aż 59% wyborców Andrzeja Dudy uważa, że Polska w dzisiejszym świecie musi przede wszystkim polegać na sobie – zamiast liczyć na UE, Stany Zjednoczone lub innych sojuszników. Tymczasem, aż dwie trzecie wyborców Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Władysława Kosiniaka Kamysza wskazują w tym kontekście na kluczową rolę Unii Europejskiej. Polska jest w tej kwestii podzielona: jedna trzecia wszystkich Polaków stawia głównie Unię, niemal połowa wierzy w prymat państwa narodowego.

Bardzo istotne różnice dotyczące rozumienia suwerenności w kontekście członkostwa w Unii wiążą się z kwestią przestrzegania prawa unijnego. Aż dwie trzecie wyborców Andrzeja Dudy (a także, nic dziwnego, Krzysztofa Bosaka) uważa, że polskie prawo powinno zawsze mieć pierwszeństwo przed prawem europejskim. Z tym poglądem są jednak w mniejszości: popiera go ledwie jedna trzecia całego społeczeństwa.

Patrząc w przyszłość, ponad połowa wyborców Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Władysława Kosiniaka-Kamysza uważa, że członkostwo Polski w UE będzie w najbliższych latach ważniejsze niż dotychczas. Tylko co czwarty wyborca Andrzeja Dudy jest podobnego zdania. W skali całego społeczeństwa dominuje z kolei przekonanie, że członkostwo w UE będzie tak samo ważne jak wcześniej.

Europa budzi sprzeczne emocje. Połowa wyborców Andrzeja Dudy uważa, że Europa powinna okazywać Polsce więcej wdzięczności. Wśród zwolenników kandydatów opozycji taki pogląd jest w zdecydowanej mniejszości. Również połowa wyborców Dudy (i 37 proc. wszystkich Polaków) jest zdania, że polskie wartości są w Polsce zagrożone. W elektoracie opozycji ten odsetek jest o połowę niższy. Wśród zwolenników urzędującego prezydenta więcej (38 proc.) jest uważających, że UE po kryzysie powinna mieć mniej kompetencji niż tych, którzy chcieliby je wzmocnić (32 proc.). zwolennicy silniejszej UE wyraźnie dominują w elektoracie opozycji, a także przeważają w całym społeczeństwie (choć połowa nie ma zdania lub nie chce zmian).

Kruszejący konsensus w sprawie integracji nie jest niczym nowym – ani w Polsce, ani w Europie. Polskie społeczeństwo chce być w Unii, ale silnie obecny jest w nim także resentyment wobec Europy, przywiązanie do państwa narodowego, obawy przed obcymi wpływami kulturowymi i politycznymi. Ostatnich kilka lat rządów PiS, którym towarzyszyła nie stroniąca od nacjonalizmu propaganda, niewątpliwie umocniły także te konflikty i pogłębiły podziały, o czym świadczą profile elektoratów kandydatów prezydenckich. Niepokojące jest jednak to, że waga tych napięć z Europą w tle będzie narastać. Czekające nas pseudowybory wniosą do nich zupełnie nowy wymiar. Ich wynik, a wraz z nim legitymizacja prezydenta, kwestionowany będzie nie tylko w Polsce, lecz także za granicą. Podstawą do tego będą opinie instytucji powołanych do ochrony demokracji i praw człowieka, takich jak OBWE czy Rada Europy, które wysłały już wyraźne sygnały ostrzegawcze. Obóz PiS doskonale zdaje sobie sprawę z eurosceptycznych poglądów swojego najwierniejszego elektoratu i nie zawaha się eksploatować konfliktu z Europą, jak robił to dotychczas. Tyle że w Unii szukającej nowych dróg wyjścia z kryzysu stawka w tej batalii będzie rosła.

Straszak polexitu bywa nadużywany w polskiej debacie. Niemniej warto przypominać, że o brexicie przesądziły w 2016 roku dwa warunki. Po pierwsze, Wielka Brytania od dawna trzymała się na dystans od głównego nurtu integracji europejskiej, nie będąc członkiem strefy euro czy strefy Schengen. Po drugie, Europa wyrosła z czasem na główną oś polaryzacji politycznej na Wyspach. Polska poza strefą euro i – być może – z ograniczonym dostępem do funduszu odbudowy, będącym podstawą solidarności unijnej w nadchodzących latach, spełniać będzie pierwszy warunek. Drugi – nabrzmiewający konflikt o Unię – staje się w Polsce właśnie faktem. Europa nie jest przedmiotem prezydenckiej batalii. Ale od tego, czy skończy się ona świętem czy fiaskiem demokracji, w ogromnym stopniu zależeć będzie europejska przyszłość naszego kraju.

Piotr Buras, dyrektor warszawskiego biura think-tanku European Council on Foreign Relations (ECFR)

Paweł Zerka, analityk ECFR

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA