fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kościół wykluczający i piętnujący

Fotorzepa/ Piotr Guzik
Polscy biskupi, by nie stać się marginesem Kościoła, muszą przejść drogę od piedestału do bycia z człowiekiem, do którego zostali posłani - pisze prawnik i działacz charytatywny.

Wśród 13 nowych kardynałów, których nazwiska papież Franciszek ogłosił podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański, jest pięciu Europejczyków, po raz kolejny nie ma natomiast żadnego Polaka. Tym samym liczba kardynałów uprawnionych do udziału w konklawe wzrośnie – choć na krótko – do 128. Nie liczby są jednak najważniejsze. Papież Franciszek – jak sam wskazał – wyraża tymi nominacjami „misyjne powołanie Kościoła, który ciągle głosi miłosierną miłość Boga ludziom na całym świecie”. Czyli powołanie do głoszenia Ewangelii. Nie do walki o władzę, wpływy polityczne czy pozycję materialną, ale właśnie do docierania z przesłaniem miłości do ludzi – niezależnie od tego, kim są.

Otwartość i gotowość

Misyjność zakłada nie tylko obecność w najdalszych zakątkach świata, lecz przede wszystkim ukierunkowanie na człowieka, otwartość i gotowość do – pozytywnego – stawiania czoła wyzwaniom współczesności. Kościół, który we współczesnym świecie ma być skuteczny, musi umieć dostrzegać człowieka w jego potrzebach i przedkładać jego dobro i głoszenie Ewangelii nad walkę o doraźne polityczne interesy.

Symboliczna postać

Widzimy więc na liście nowych purpuratów arcybiskupów ważnych diecezji spoza Europy: Dżakarty (Indonezja), Hawany (Kuba), Kinszasy (Kongo), Huehuetenamgo (Gwatemala) i Rabatu (Maroko). Kolejna, najważniejsza chyba grupa to „ludzie misji, służby i porozumienia” – bp Miguel Ayuso Guixot mccj, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego, jego poprzednik abp Michael Fitzgerald, ks. Michael Czerny SJ, podsekretarz sekcji ds. migrantów w Dykasterii ds. Integralnego Rozwoju Człowieka, a wcześniej szef działającej w Afryce jezuickiej Sieci Walki z AIDS, emerytowany biskup i długoletni misjonarz Eugenio dal Corso. Tutaj wpisują się także arcybiskup Bolonii Matteo Zuppi, który przez 12 lat był asystentem kościelnym znanej z otwartości, pomocy ubogim i chorym (w tym na AIDS) międzynarodowej Wspólnoty Sant’Egidio oraz arcybiskup Luksemburga Jean-Claude Hollerich.

Arcybiskup Hollerich to postać wielowymiarowa i symboliczna dla współczesnego, otwartego Kościoła w Europie: jezuita, wieloletni misjonarz w Japonii, przewodniczący COMECE – Komisji Konferencji Biskupów Unii Europejskiej, w swoim kraju najpierw krytykowany, a po skutecznym przeprowadzeniu tamtejszego Kościoła przez skomplikowany proces wymuszonej przez centrowo-socjalistyczny rząd reformy stosunków państwo–Kościół coraz bardziej ceniony za zaangażowanie społeczne przy wierności kościelnej ortodoksji. W obliczu kryzysu migracyjnego Hollerich wielokrotnie zdecydowanie opowiadał się za obowiązkiem Unii Europejskiej solidarnej pomocy uchodźcom, a w maju tego roku wraz z kard. Konradem Krajewskim odwiedził wyspę Lesbos, udzielając w imieniu papieża pomocy przebywającym tam uchodźcom.

Polska oblężona twierdza

Czy trzeba więc pytać, dlaczego wśród nowych kardynałów kolejny raz nie ma żadnego z polskich biskupów? Jeśli tak, to odpowiedź znajduje się w cytowanym zdaniu Franciszka o wyborze purpuratów dla wsparcia misyjności Kościoła. Pokazuje ono, jak bardzo Franciszkowy, ewangeliczny Kościół jest odmienny od wizji wyzierającej z wypowiedzi wielu polskich hierarchów: Kościoła obarczonego syndromem oblężonej twierdzy, walczącego z wyimaginowanym wrogiem, romansującego z partią władzy i wreszcie – Kościoła wykluczającego i piętnującego, a nie umiejącego rozprawić się z grzechem toczącym jego własne środowisko.

Chyba najdobitniej wyraził ten rozdźwięk w ostatnich dniach jedyny polski kardynał z nominacji papieża Franciszka (2018), jałmużnik papieski ks. Konrad Krajewski. Uczestnicząc jak co roku w Pieszej Pielgrzymce Łódzkiej na Jasną Górę, wygłosił piękną katechezę o tym, jak blisko ludzi pogrążonych w różnych trudnościach powinien być Kościół. Opowiadając, jak zapytano go, „czy też potępia abp. Jędraszewskiego, bo on naubliżał”, powiedział m.in.: „Ja sobie myślałem tak: co by zrobił Jezus? I myślę, że jakbym był tam (w Białymstoku – red.) biskupem, to po prostu, gdyby przechodzili koło katedry, wyszedłbym na drogę i zaprosił wszystkich do katedry. Chodźcie. W tych biustonoszach na głowie, w garnkach… Chodźcie”. I przywoławszy przypowieść o Zacheuszu, dodał: „Ale wyobrażacie sobie, co by się działo w poniedziałek? Wszyscy »pobożni«, z katedry, przychodziliby z wodą święconą i szorowaliby ławki, żeby nic nie pozostało po procesji wcześniejszej (…). Ale ci ludzie też są Kościołem, czy to się komuś podoba, czy nie. I za nich też umarł Jezus. Ich trzeba otoczyć szacunkiem i trzeba być też z nimi. To jest pytanie, kto z nas z nimi jest. Gdzie jesteśmy (…). My mamy być”.

To jest kwintesencja drogi, jaką muszą przebyć polscy biskupi, by nie stać się marginesem Kościoła: Od piedestału, domagania się dla siebie od państwa praw, których rzekomo w Polsce nie mają, do bycia z człowiekiem, do którego zostali posłani. Może wówczas przy okazji kolejnego konsystorza usłyszymy nazwisko prymasa Polaka czy arcybiskupa Rysia.

Autor jest partnerem zarządzającym we wrocławskiej kancelarii BSO Prawo & Podatki i konsulem honorowym Wielkiego Księstwa Luksemburg we Wrocławiu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA