fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Prawa socjalne maskują protekcjonizm

Antonio Tajani, przewodniczący europarlamentu, Jean-Claude Junker, przewodniczący Komisji Europejskiej oraz Juri Ratas, premier Estonii (kraj ten sprawuje prezydencję w UE) dumnie prezentują dokumenty filaru praw socjalnych.
PAP/EPA
UE ma swój filar praw socjalnych. Na razie to zestaw niezobowiązujących haseł, których realizacja może być niebezpieczna dla Polski.

Anna Słojewska z Brukseli

Przywódcy 28 państw na szczycie w Goeteborgu proklamowali stworzenie „europejskiego filaru praw socjalnych".

Obejmuje on 20 praw dotyczących m.in. prawa do pracy, godnego wynagrodzenia, kształcenia, szkolenia lub godnego zasiłku dla bezrobotnych, godnej emerytury, ochrony społecznej czy opieki zdrowotnej. Mówi też o niedyskryminacji w miejscu pracy i o prawie do równej płacy dla kobiet i mężczyzn.

Z żadnym z tych punktów nie sposób się spierać. Oczywisty jest też ich cel polityczny. Pozwala Unii pokazać swą ludzką twarz w czasach globalizacji. Nie musicie głosować na partie eurosceptyczne i nacjonalistyczne, bo Europa ma dla was rozwiązania – zdaje się mówić Bruksela. Powstaje jednak pytanie, co i w jaki sposób Unia zamierza zrobić, żeby ten zestaw dobrych życzeń stał się rzeczywistością.

Diabelskie szczegóły

Ostatnie inicjatywy, z których tak dumny jest Jean-Claude Juncker i przywódcy zachodnioeuropejscy, raczej nie napawają optymizmem. I to nie tylko dlatego, że najbardziej szkodzą Polsce. Także dlatego, że nie rozwiązują żadnego rzeczywistego problemu, a są tylko chwytliwym hasłem dla polityków takich jak Emmanuel Macron.

Beata Szydło słusznie apeluje, by ambicje społeczne Unii nie stały się przykrywką dla protekcjonizmu. Teraz tak się niestety dzieje. Klasycznym przykładem jest dyrektywa o pracownikach delegowanych, zmieniona pod dyktando Francji, w kierunku zupełnie nieuwzględniającym interesów i obaw krajów biedniejszych, takich jak Polska.

Drugi przykład to projektowane zmiany w zasadach pracy kierowców tirów na drogach międzynarodowych. Tu dyskusja się dopiero rozpoczęła, ale propozycja jest fatalna dla Polski, która znów – jak w wypadku pracowników delegowanych – byłaby głównym poszkodowanym zmianami. Bo najwięcej pracowników delegowanych w UE i najwięcej kierowców tirów w transporcie międzynarodowym to Polacy.

To jest tylko połowa problemu. Druga polega na tym, że proponowane rozwiązania w niczym nie pomogą. W konkurencji ze strony tańszych pracowników z Polski nie chodzi przecież o tych delegowanych, bo faktycznie jest ich może kilkadziesiąt tysięcy na europejskim rynku pracy. Znacznie bardziej konkurencyjni i znacznie bardziej potrzebujący ochrony są ci, którzy pracują na czarno. Ale z tym znacznie trudniej walczyć, trudno więc tutaj o sukces propagandowy. Podobnie w przypadku kierowców tirów. Potraktowanie ich jak pracowników delegowanych już od trzeciego dnia jazdy na europejskich drogach spowoduje tylko nadmierne obciążenia administracyjne, a żadnego realnego problemu społecznego nie rozwiąże.

Rozsądny opór

Już na etapie przygotowań do szczytu w Goeteborgu Polska rozsądnie upierała się przy tym, żeby filar praw socjalnych miał charakter indykatywny, a nie obowiązujący. To nie znaczy jednak, że można go wyrzucić do kosza. Komisja Europejska czy poszczególne państwa członkowskie będą się mogły powoływać na proklamowany jednomyślnie w szwedzkim porcie zestaw praw i proponować kolejne inicjatywy legislacyjne.

Jeśli jednak będą miały one taki charakter jak dotychczas, to będziemy mieli do czynienia z propagandowymi akcjami, których odbiorcą ma być obywatel Europy Zachodniej. Z tego dla Polski może wyniknąć więcej złego niż dobrego.

To paradoks, że rząd PiS, najbardziej prospołeczny z ekip sprawujących władzę w III RP, broni się przed próbami harmonizacji socjalnej. Jest w tym nie tylko typowa dla PiS obawa przed rozszerzaniem kompetencji UE w jakimkolwiek kierunku, ale też słuszne podejrzenie, że pożądane cele będą realizowane instrumentami protekcjonistycznymi.

Mimo że dotychczasowa historia integracji pokazuje, że nie tędy droga. W Polsce większość wskaźników społecznych uległa znaczącej poprawie od 2003 roku, czyli od momentu wejścia do UE. Jednak nie dzięki nowym regulacjom socjalnym, ale dzięki udziałowi w rynku wewnętrznym oraz funduszom unijnym. Kombinacja tych dwóch czynników pozwoliła Polsce na nieprzerwany wzrost gospodarczy, który przyczynił się do spadku bezrobocia i wzrostu wynagrodzeń.

Pozostaje oczywiście pytanie o dystrybucję tych korzyści, ale tutaj najwięcej do powiedzenia mają i tak rządy narodowe, a PiS uzyskał w wyborach mandat dla korekty polityki społecznej, czego efektem jest m.in program 500+.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA