fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Sprawa inwigilacji dziennikarzy umorzona

Prokurator nie ustalił po co w 2014 r. policja sięgała po billingi Jacka Dobrzyńskiego, ówczesnego rzecznika CBA oraz kilkudziesięciu innych osób
Jan Bielecki/East News
Inwigilowali kilkadziesiąt osób: polityków, urzędników, dziennikarzy, i za to nie odpowiedzą. Śledztwo umorzono.

Szczecińska prokuratura po trzech latach śledztwa nie ustaliła, dlaczego do rozpoznania operacyjnego grupy podejrzewanej o oszustwa podatkowe z Gorzowa Wlkp. „podpięto” numer służbowej komórki Jacka Dobrzyńskiego – ówczesnego rzecznika szefa CBA Pawła Wojtunika. Z numeru Dobrzyńskiego zrobiono wyjście na telefony kolejnych 36 osób: polityków, dziennikarzy, adwokatów.

Nie wiadomo, jakie materiały z inwigilacji zebrano, jak je wykorzystano i czy je zniszczono – mimo to prokurator śledztwo umorzył, uznając, że policjanci... nie przekroczyli uprawnień. Bo były to tylko „uchybienia regulaminowe”.

Sprawa ta mogła być jedynym dowodem na nielegalną inwigilację, jakiej służby dopuszczały się po wybuchu tzw. afery taśmowej, szukając „inspiratorów taśm” i źródeł informacji dziennikarzy. By zatrzeć ślady sprawdzeń, podpinano się pod śledztwa w całej Polsce. Czy temu miało służyć „podpięcie” numeru służbowej komórki rzecznika CBA do sprawy gangu? Szczeciński prokurator Artur Mądrzak tego nie wyjaśnił.

Bulwersującą historię z inwigilacją Dobrzyńskiego opisała w 2017 r. „Rzeczpospolita”. Na jej ślad wpadł stołeczny prokurator, badając odprysk afery taśmowej. Wątek przekazano do Gorzowa, bo okazało się, że billingi Dobrzyńskiego jako numer nieznany – tzw. enkę – ściągnęli policjanci z komendy wojewódzkiej w Gorzowie do sprawy dotyczącej gangu zaniżającego podatek (tzw. operacji „Leszcz”).

Billingi Dobrzyńskiego pobrano 12 grudnia 2014 r. bez zgody sądu, a policjanta interesował jeden dzień: 10 października 2014 r. Jaki mógł być powód? Dzień wcześniej na tajnym posiedzeniu sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych Paweł Wojtunik (wtedy szef CBA) miał powiedzieć o tym, że jest śledzony – co zauważyli ochraniający go funkcjonariusze BOR.

Pozyskiwanie tych danych przez policjanta z Gorzowa było nieuzasadnione, bo w żaden sposób nieprzydatne do spraw, które prowadził (zeznał, że wykonywał polecenie naczelnika wydziału wywiadu kryminalnego).

Śledztwo o przekroczenie uprawnień w sierpniu 2017 r. przejęła Prokuratura Okręgowa w Szczecinie, ale niczego nie wyjaśniła. Prok. Mądrzak nie ustalił, kto wydał zlecenie na pozyskanie billingów i kto wskazał numer Dobrzyńskiego do inwigilacji w sprawie dotyczącej oszustów podatkowych i na jakiej podstawie.

W uzasadnieniu umorzenia czytamy: „(...) w niniejszym postępowaniu ujawnił się fakt zagubienia lub usunięcia z akt oryginału dokumentu zlecenia operacyjnego z dnia 12 grudnia, gdyż zachowała się jedynie jego forma faksowa”. Prokurator ustalił tylko, że dokument powstał na komputerze WWK KWP w Gorzowie (wydział wywiadu kryminalnego).

Z ustaleń prokuratury wynika, że to kontakt radiowego dziennikarza Mariusza Gierszewskiego do osoby będącej w operacyjnym zainteresowaniu rozpoczął „akcję” ściągania billingów kolejnych osób, w tym byłego rzecznika Prokuratury Generalnej Mateusza Martyniuka, mec. Romana Giertycha, dziennikarza „Rzeczpospolitej” Jacka Nizinkiewicza i urzędników.

Prokurator nie ustalił nawet, jakie dane z tych kontaktów pozyskano i co z nimi zrobiono (powód: „lakoniczna treść protokołów zniszczeń”).

Policjanci nie poniosą więc kary. Bo – według prokuratora – wzięli billingi na potrzeby rozpracowania operacyjnego, a gdy okazały się nieprzydatne, to je „najprawdopodobniej zniszczono”. Śledczy uznał, że nie przekroczyli uprawnień, bo nie robili tego umyślnie i nie powstała szkoda.

Co kryje się pod pojęciem dane telekomunikacyjne? Potężna wiedza: wykaz połączeń, ich czas, dane abonentów, lokalizacja stacji bazowych, numery telefonów, adresy IP.

Istnienie dwóch tajnych specgrup do zbadania, kto stał za aferą taśmową, potwierdził na początku 2016 r. ówczesny szef policji gen. Zbigniew Maj po audycie w Biurze Spraw Wewnętrznych KGP. M.in. miały zbadać, czy za nagraniami mogą stać służby: ABW i CBA (nie ufał im ówczesny szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz).

Maj wykrył, że podsłuchy zakładano w ramach innych śledztw kryminalnych, osobom rzekomo nieznanym i na czas do pięciu dni. Nie widniały w rejestrze, dowody usuwano – zachowały się skąpe

ślady, które nie pozwalały na postawienie komukolwiek zarzutów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA