fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bruno Mars. Mama, Grammy i rada od Lionela Richie

Bruno Mars
Atlantic Records, Kai Z Feng
Naśladował Michaela Jacksona i Elvisa Presleya, bijąc jego rekordy na listach przebojów. Wywołuje entuzjazm fanów i zawiść konkurentów. 7 lipca wystąpi na gdyńskim Openerze. Bruno Mars – największa nadzieja muzyki, tegoroczny zdobywca sześciu nagród Grammy.

Komentatorzy muzycznej sceny, a zwłaszcza fani rapu, opłakujący tegoroczną porażkę Kendricka Lamara i klęskę Jay-Z na gali Grammy, uważają, że swój sukces Bruno Mars zawdzięcza podstarzałym członkom Akademii Muzycznej, którzy pamiętają Raya Charlesa i Freda Astaire'a, a nie potrafią uruchomić filmowego portalu Netflix i do końca życia zawsze będą woleć artystów pokroju Marsa niż raperów z amerykańskich familoków i komunałek.

Jak jednak wytłumaczyć fakt, że Bruno był w zeszłym roku jedynym solistą, który znalazł się w ścisłej czołówce koncertowych rekordzistów pod względem zarobków – lokując się w czołówce z takimi tuzami jak U2, Guns N' Roses czy Coldplay? Przecież szczupłe grono akademików nie kupiło biletów wartości 200 mln dol. A biorąc pod uwagę, że takie właśnie przychody zanotował Mars w 2017 r., ciesząc się wpływami ok. 2 mln za jeden koncert. Trzeba z całą mocą podkreślić, że właśnie on był najlepiej zarabiającym koncertowym artystą 2017 r., ponieważ jako solista nie musiał się dzielić zarobkami ze swoimi kolegami z zespołu w takich proporcjach jak czynią to Axl Rose, Bono czy Chris Martin.

Taniec we krwi

Perfekcjonizm zawdzięcza rodzicom – muzycznej rodzinie z Hawajów. Pierwszą piosenkę Mars nagrał, kiedy miał cztery lata. Nosiła tytuł „Kocham Cię, mamo". Pomógł ją napisać ojciec piosenkarza. Brzmiała następująco:

Nazywam się Bruno, mam tylko cztery latka.

A w tym wieku muszę robić, co mi powiedziano.

Gram więc na gitarze, chociaż moje paluszki są za małe.

Gram na pianinie, choć nie dosięgam stopami podłogi.

Mamusia pomaga mi śpiewać.

Bo bycie supergwiazdą jest moim pierwszy wyborem.

Piosenka powstała najprawdopodobniej na Dzień Matki i została podarowana mamie na kasecie. Mama słuchała jej bardzo często. Dziś można ją przy odrobinie zaangażowania odnaleźć w YouTube.

Jego ojciec był półkrwi Portorykańczykiem, półkrwi Żydem, potomkiem emigrantów z terenów Rusi Zakarpackiej – perkusistą, która gra na kongach. W latach 70. występował na Brooklynie, ale w końcu zdecydował o powrocie na Hawaje. Grał w hotelu Hilton, gdzie spotkał mamę Bruna, wokalistkę i tancerkę hula, który emigrowała wraz z rodziną z Filipin.

– Stworzyli rodzinny zespół: ojciec z muzycznymi kilerami z Brooklinu grali doo-wop, zaś mama śpiewała z jednym z wujków – opowiadał Mars w jednym z wywiadów.

Zanim się urodził, w rodzinnym zespole występowali starszy brat i siostra. Rodzice mieli sześcioro dzieci. Naprawdę nazywa się Peter Hernandez, a pseudonim zawdzięcza gwieździe wrestlingu Bruno Sammartino. Ale naśladował Elvisa, który kręcił na Hawajach swoje młodzieńcze filmy. Wujek Marsa był zawodowym alter ego Presleya.

– Moja muzyczna szkoła wyglądała następująco: sześć wieczorów w tygodniu śpiewałem w hotelowej restauracji do kolacji – wspomina. – Nosiłem obowiązkowo buty z lakierowanej skóry, ogromny różowy pierścionek na palcu, no i prostowałem włosy! Dziś faceci nie tańczą, a ja mam to we krwi.

Śpiewał przeboje Michaela Jacksona, The Isley Brothers, The Temptantions. Fakt, że stał się znakomitym małym naśladowcą Elvisa, hawajskie gazety odnotowały już w 1990 r. W takie roli wystąpił w filmie „Miodowy miesiąc w Las Vegas" z Nicolasem Cage'em.

– Dużo zawdzięczam obserwacji mamy na scenie. Magnetyzowała słuchaczy. Na stole muzycznych potraw była szynką, a ja jestem tylko kotletem wieprzowym – żartuje z siebie Mars.

Mama by tego chciała

Rodzinna idylla skończyła się, gdy miał 12 lat. Rodzice się rozwiedli. Siostra mieszkała z mamą, a Bruno z tatą.

– Wraz z rozpadem małżeństwa rozpadł się rodzinny zespół – opowiadał. – Ojciec sprzedał dom, żeby podzielić się majątkiem, i cały jego dorobek życia rozmieniał się na drobne – aż przepadł. Przyzwyczajeni do życia w wygodach i w dobrym sąsiedztwie – z dnia na dzień staliśmy się bezdomni. Zaczął się czas w stylu funky. Mieszkaliśmy w limuzynie ojca.  Na szczęście tata był uparty, nie rezygnował z występów i tak powróciliśmy na hotelowe estrady. Ja też nigdy nie miałem planu B. Zawsze myślałem o estradzie. Mogłem być gwiazdą albo skończyć z gitarą w restauracji, ale muzyka bezwzględnie jest jedynym środowiskiem, w którym mogę żyć i czuć się szczęśliwym.

Mając 18 lat, wyruszył do Hollywood i miał je zdobyć bez jednego strzału. Z łatwością podpisał kontrakt z kultową firmą Motown, ale wtedy kariera stanęła w miejscu. Zamiast być na pierwszej linii, miał wspomagać w pisaniu innych – Brandy i The Sugababes.

Kiedy zaczynał karierę, kupił mamie Ipada, żeby mogła śledzić reakcje na jego występy na całym świecie. Niepokoiła się o niego. Pisała: „Masz worki pod oczami, musisz wypocząć!". Nie wiedziała, że sama jest śmiertelnie chora. Kiedy Mars po objeździe Europy wylądował w Ameryce, dostał wiadomość, że mama znalazła się w szpitalu. Od razu poleciał do Honolulu, ale było za późno. Mamie zdiagnozowano tętniaka mózgu. Nie wybudziła się ze śpiączki. Zmarła, mając 55 lat.

– Do dziś nie wiem, jak myśleć o tym i jak rozmawiać – zwierzał się magazynowi „Rolling Stone". – Przecież to jest tak, jakby przestała bić ważna część mojego serca. Straszne. To koszmar. Nie spodziewałem się tego. Za pierwsze duże zarobione pieniądze kupiłem mamie dom z basenem. Mieszkała tam z wnukami. Cieszyła się ich obecnością i dzwoniła, żeby podzielić się dobrym samopoczuciem.

Śmierć mamy zbiegła się z rozpoczęciem miesięcznego tournée. Był w żałobie, tymczasem każdego wieczoru miał wyjść na estradę i bawić publiczność.

– Czułem się jak ludzka ruina i modliłem do matki, pytając, co mam zrobić – wspominał. – Dzięki temu poczułem, że nie mogę się załamywać, rozpamiętywać, tylko iść do przodu. Czułem, że ona tego by chciała.

Napisał o tym piosenkę:

Chcę skakać na linie, chcę grać na Nintendo.

Właśnie zdecydowałem się na nagranie nowego singla.

Zaśpiewam piosenkę mojej mamie.

Śpiewam ją też mojemu tacie.

Mam tylko nadzieję, że nie zaśpiewam źle.

Kocham Cię, Mamo.

Jesteś moją ulubioną dziewczyną.

Kocham Cię, Mamo.

Zawsze będziesz moją ulubioną dziewczyną.

– Czuję obecność spojrzenia mojej mamy zwłaszcza na koncertach. Słyszę jej uwagi w stylu: „Wypadłeś płasko. Bądź lepszy. Nie możesz pomijać ważnych elementów choreografii. I powiedz bratu, żeby zgolił wąsy!" – opowiada. To dodaje mi sił.

Na jego rodzimych Hawajach występuje gatunek kameleonów zwanych kameleonami Jacksona. I na debiutanckiej płycie nagranej pod szyldem Doo-Wops & Hooligans Bruno Mars brzmiał jak kolejna wersja Michaela Jacksona. Z kolei na drugiej płycie zaśpiewał „Locked Out Of Heaven" w stylu The Police z typowym reggae'owym rytmem. „Co za duży rozrzut inspiracji" – powiedziałby ktoś złośliwy, nazywając Marsa artystą bez osobowości. Ale album nazywał się „Unorthodox Jukebox", czyli „nieortodoksyjna szafa grająca", bo Mars lubi się bawić wieloma stylami, nawiązując również do soulu i rhythm and bluesa.

Z kolei trzeci album „24 K", nagrodzony niedawno sześcioma statuetkami Grammy, promował teledysk nagrany w Las Vegas. Można powiedzieć, że jest kwintesencją szmiry rodem z amerykańskich kasyn zbudowanych w samym centrum pustyni. Ale teledysk można też oglądać jako pastisz czarnej muzyki i projektów w stylu Village People. Bruno Mars świetnie bawi się tą konwencją, pokazując się na tle jeta, stanowiącego symbol przynależności do kasty gwiazd. A potem idą w ruch kabriolety. Oglądamy też wypasione, a przecież zrobione z dykty i sztucznej pozłoty, wnętrza słynnych hoteli, gdzie za pokój płaci się kilkaset dolarów. A i z tego Mars potrafi się śmiać, przykuwając uwagę fryzurą Michaela Jacksona, tańcząc i śpiewając nie gorzej niż on.

18 miesięcy w pudełku

Mars robi wrażenie luzaka, ale potrafi też ciężko harować. 31-latek, którego widujemy w czapce Versace na kręconych włosach, w krótkich spodenkach, bez skarpet, w mokasynach – był przez ostatnie miesiące zakładnikiem studia nagraniowego. Wychodził z niego tylko po to, by wskoczyć do swojego cadillaca model 2010 i pojechać do swojej posiadłości w Beverly Hills na spotkanie z ukochaną – modelką i stylistką Jessicą Caban. Na krótki wypoczynek, po długiej pracy do 3–4 nad ranem nad kolejnym miksem nowych nagrań.

„Żyję w tym pudełko już 18 miesięcy – opowiadał o pracy w studio magazynowi »Rolling Stone« – Kończę jedną piosenkę i biorę się do kolejnej. Ta robota wydaje się nie mieć końca, na szczęście został wyznaczony termin. Dotrzymać go jest cholernie trudno".

Dopieszczał każdy rytm i chórek. Pracując na najnowszym albumem – czuł ogromną odpowiedzialność i presję. Tylko on w ostatnich latach dwukrotnie uświetnił występem przerwę w Super Bowl. Jest też autorem jednego z najlepiej sprzedających się przebojów ostatnich lat, czyli „Uptown Funk", wyprodukowanego wraz z Markiem Ronsonem, który odpowiadał za nagrania Amy Winehouse. Piosenka była strzałem w dziesiątkę i spędziła aż 14 tygodni na pierwszym miejscu singlowej listy przebojów „Billboardu". To był drugi wynik w historii amerykańskiego show-biznesu. Gratyfikacja okazała się godna wysiłku: Grammy za nagranie roku, 12 mln sprzedanych plików oraz 2 mld streamingowych odtworzeń. I wtedy właśnie zaczęły się problemy. Mars czuł się takim sukcesem sparaliżowany.

– Nie wiedziałem, czy uda mi się przeskoczyć samego siebie i pobić własny rekord – mówił.

Na pewno wzbogacił swój wizerunek popowego artysty. Odświeżył muzykę rhythmandbluesową i soul. Inspirował się Terrym Lewisem, New Edition, ale także Boyz II Men i Babyface.

– Kiedy myślałem o płycie i o tym, jak ma brzmieć, wyobrażałem sobie party na szczycie jednego z nowojorskich wieżowców w letnią noc, gdy zespół schodzi ze sceny, dziewczyny są rozgrzane, piszczą, a ja muszę coś im zaproponować i pomóc dotrwać na parkiecie do rana.

Kumpel ważniaków

James Fauntleroy, który pracował nad najnowszym albumem, wspomina, że Bruno od początku miał zadatki na gwiazdę. Potrafił wszystko zaśpiewać.

– Niektórzy rodzą się z talentem wykonawcy, który magnetyzuje słuchaczy, to jest właśnie przypadek Bruno. Od początku Bruno przypominał mi Prince'a – powiedział.

Mars nie ocenia się tak entuzjastycznie.

– Jest ciężko, przecież w muzyce wszystko już było – melodie i rytmy – tłumaczy. – Trzeba bardzo uważać, żeby się nie powielać. Pisząc nową piosenkę, muszę pamiętać, że rywalizuję z milionami autorów, którzy dali z siebie to, co najlepsze. Wygrana na tej loterii naprawdę bywa dziełem przypadku.

Dlatego przykłada wagę do aranżacji, która zmienia znaczenie utworu. Czasami problem może sprawić jedna koślawa linijka. Tak był podczas sesji z Adele, z którą skomponował piosenkę „All I Ask" na jej bestselerową płytę „25". Nagrali ją bardzo szybko, ale nad jednym wersem łamali sobie głowy cały dzień.

– Adele nauczyła mnie wtedy, że czasami trzeba zrezygnować z perfekcji – tłumaczy Mars.

Jest zakumplowany ze wszystkimi ważniakami w branży. Śpiewał na zabawie weselnej twórcy Spotify Daniela Eka nad włoskim jeziorem Como. Dostał za to czek na okrągłą sumkę i obietnicę pomocy w promocji. Wcześniej występował na weselu w Chinach. To nie jest dla niego chałtura, tylko zwykła praca. Śpiewał na przyjęciach, odkąd skończył osiem lat. Taka była logika życie w muzycznej rodzinie. Ostatnio zdarzyło mu się wystąpić na przyjęciu urodzinowym w Malibu Beach.

– Na sali nie było nikogo powyżej pięćdziesiątki, czułem się podekscytowany, jakby śpiewał w Madison Square Garden – mówił.

Doświadczenia zdobyte w barach i knajpach pozwalają teraz przetrwać na estradzie w najbardziej niedogodnych warunkach koncertowych. Jednym z trudnych sprawdzianów był występ w przerwie Super Bowl. Był najmłodszy w historii tej prestiżowej imprezy. Dla Marsa była to wielka szansa, którą telewizyjny producent widowiska mógł zniweczyć. Poszło o to, że kamery zamiast na niego – zostały skierowane na widzów noszących świetlne bransoletki na rękach. Tylko dzięki swojemu doświadczeniu estradowemu Mars wyszedł zwycięsko z trudnej sytuacji. Rozwibrował fanów energią i tańcem w stylu Jamesa Browna.

– Kiedy od dziecka występujesz na scenie nawet przy świetle, jakie jest do dyspozycji w kafeterii – wszystko może wyglądać tak, jakby oprawa kosztowała 5 mln dol. – powiedział. – Gdy artyści emanują muzyczną energią – światła i dymy są dla widzów mało znaczącym bonusem.

Przed tym sukcesem przyszło zaproszenia do Super Bowl złożone przez lidera Coldplay Chrisa Martina. Mars na początku odmówił. Zgodził się dopiero wtedy, gdy Martin przyjechał do studia w Malibu. Powiedział wtedy: „Bruno, sprawa jest prosta: chciałbym podarować światowej widowni prezent w postaci »Uptown Funk«, które zaśpiewasz w duecie z Beyoncé". Bruno się zgodził.

– Ale cały czas trzeba pamiętać, że z duetów i występów na galach może nie wynikać nic ciekawego – tylko sam blichtr – mówi sceptycznie Mars. – Co innego praca z Beyoncé. Ona ma w sobie estradowego potwora. Przygotowuje najmniejszy detal swojego show. Praca z nią to była dobra szkoła. Ale i jej dają się we znaki nerwy. Oboje przed występem stosowaliśmy specjalną dietę, tymczasem na dzień przed transmisją zobaczyłem, jak nerwowo zajada cheetosy. Odpowiedziała z uśmiechem znaczącym mniej więcej tyle: „Jesteśmy na dwa dni przed premierą. Co mieliśmy zrobić – zostało zrobione, a jedyna rzecz jaka pozostała, to... pochrupać cheetosy właśnie!".

O dekadę za późno

Mieszka w willi wartej 6,5 mln dol. z dziewczyną Jessicą i jej rottweilerem Geronimo. Są razem od czasu premiery jego pierwszego albumu. Ona zajmuje się projektowaniem kostiumów kąpielowych linii J. Marie.

– Jest moim najlepszym przyjacielem – mówi Mars. – Moim oparciem. Bardzo dbam o naszą relację. Nie pokazujemy się na Instagramie, nie sprzedajemy naszego życia prywatnego jak inne gwiazdy. Kiedy idziemy na imprezę, nie biorę smartfona, żeby nie zajmować się dokumentowaniem party, tylko być z przyjaciółmi i moją dziewczyną. Nie chcę przez przypadek wypuścić do sieci czegoś głupiego.

Być może jest nauczony doświadczeniem z gali MTV Video Music, na której zgarnął wszystkie ważne nagrody i stał się bohaterem toksycznych komentarzy rapera Kanye Westa. Branża pamięta jego okropne słowa: „Czy nie ma takiej siły, która zatrzymałaby tego śliczniusiego sk.....ka?".

– Kanye jest ciągle pod obstrzałem prasy, wszędzie podstawiają mu sitka do ust – mówi ze spokojem Mars. – Czasami coś chlapnie. Zdarza się. Nie boję się krytyki. Ktoś mnie chce krytykować? Proszę bardzo. Sam jestem swoim najsroższym krytykiem! Nikt inny nie wie tyle złego o mnie, ile ja. Poza tym Kanye zadzwonił do mnie i przeprosił mnie za to, co niefortunnie powiedział.

-Czasami myślę, że trafiłem do show-biznesu o dekadę za późno – zdradza. – Jestem muzykiem, który chce nagrywać płyty. Tymczasem żyjemy w czasie streamingu, słuchania pojedynczych piosenek. Czy wiemy, kto obraca pieniędzmi, jakie się na tym zarabia, i co się z nimi potem dzieje? Nie wiemy. Dlatego czuję się czasami jak pacynka. Kiedy wyjmuję winylową płytę z koperty albo wyciągam CD z opakowania – jest mi strasznie smutno. Przecież sztuka z tym związana kona. Za trzy lata znajdziemy się w muzycznej przestrzeni, w której tego, co dziś jest, już nie będzie.

Siły dodaje mu rada, jaką dał mu Lionel Richie. – Występowaliśmy kiedyś w telewizji – wspomina wokalista. – Bruno, widzę, że nie jesteś gościem, który lubi czekać w kolejce do restauracji na swoje miejsce. Lubisz być na pierwszej linii. Ja też. Więc się nie poddawaj. Bruno, do przodu! ©?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA