fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Nie zabierajcie mi Fukuyamy

Wikimedia Commons, Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0), Gobierno de Chile
Wszyscy byliśmy wtedy, w 1989 r., zaczadzeni Fukuyamą i jego wizją „Końca historii". Było to zarazem zaczadzenie wolnością, demokracją, optymistyczną wizją świata. Czy to źle? Pytam sam siebie po 30 latach i nie znajduję przyczyn, dla których miałbym wtedy myśleć inaczej. Fukuyama tworzył doktrynę wolności, a myśmy jej potrzebowali jak kania dżdżu. Rok, dwa wcześniej myśleliśmy jeszcze Orwellem. Przerażał nas swoją wizją Huntington. Przyszłość jawiła się marnie, jeśli nie bardzo marnie. I nagle przychodzi czerwiec 1989 r., wraca na scenę Lech Wałęsa. Wąsacz na czele Komitetu Obywatelskiego Solidarność bezdyskusyjnie wygrywa wybory, a komuniści dostają tylko to, co sobie zastrzegli w kontrakcie. Ale już czuć, jak PZPR cuchnie zgnilizną, już widać wychodzącą z Polski Armię Czerwoną, już zza filarów historii wyłania się niepodległość.

Tak, Francis Fukuyama trafił na swój czas. Dzięki niemu uwierzyliśmy, że to, co się dzieje, jest normalne, naturalne, że tak być powinno. Ale jeszcze bardziej od tego nowego determinizmu przemawiał do mnie uroczy optymizm myśli Fukuyamy. Bo jego świecki katechizm pozwalał wierzyć, że systemowe problemy, niedoskonałości, w końcu przaśność nowych czasów to tylko etap przejściowy. Tak zwane chwilowe kłopoty, po których przyjdzie epoka szklanych domów, o których pisał proroczo Żeromski.




Piszę o „zaczadzeniu" świadomie, bo odwrotną stroną tamtej eksplozji wiary w przyszłość i optymizmu było przytępienie zmysłów. Owszem, kiedy się wierzy w naturalny porządek rzeczy, to wizja świata musi być integralna (cholerny Platon). Wolności towarzyszy równość, sprawiedliwości uczciwość, pięknu dobro, wierze nadzieja. Naprawdę wierzyło się, że niespodziewany dla Polski uśmiech historii musi prowadzić do dobrego. Żerowali na tym cwaniacy, których istnieniu nie dawało się wiary. A jednak byli. Mogliśmy się o tym przekonać chwilę później, kiedy opary entuzjazmu opadły.

Tęsknota za tamtymi uczuciami? Niewątpliwie mam ją w sobie, zwłaszcza dziś, kiedy powszechna opowieść o świecie ma zupełnie przeciwne wektory. Wybiły nam z głowy Fukuyamę arabski terroryzm, wojna w Syrii, brutalny imperializm Putina, w końcu populizm, który żeruje na strachu. Dziś międzynarodowi eksperci od wszystkiego wrzeszczą, że naturalnym krajobrazem paryskiej ulicy jest konfrontacja policji z „żółtymi kamizelkami", w Niemczech prąca do sukcesu AfD czy rujnująca świat perspektywa konfrontacji z Iranem. Co ich zdaniem musi przyjść, to globalny kryzys, którego będziemy ofiarami. Jeśli wcześniej nie ugotujemy się na naszej planecie, to rozsypią nasz świat globalny kryzys, załamanie cen energii czy zbrodnicza technologia. Znów nadciąga Orwell, myślę sobie o sympatycznym staruszku George'u, który tak bardzo zdominował moją młodość.

W takim lustrze rzeczywistości strasznie trudno znaleźć miejsce na liberalną demokrację, czyli definicję ziemskiego raju Francisa Fukuyamy. Tak, raj to świat bez zagrożeń, na którego straży stoi boska opatrzność. Jeśli pojawiają się zagrożenia, wizja raju znika. Czyż więc ideał demokracji liberalnej jest do obrony wobec tak licznych zagrożeń? Odpowiedź jest oczywista. Nie ma dziś miejsca na snucie marzeń o liberalnej demokracji. Ale przecież to też tylko iluzja. Ideał liberalnej demokracji zabłyśnie znów wtedy, kiedy jakiś kaprys historii zwali nas na kolana. Kiedy znów, po przejściu przez polityczny lub ekonomiczny czyściec, zatęsknimy do wolności. Znów będziemy potrzebowali doktryny wolności i optymizmu, którą na ten szczególny czas po roku 1989 sformułował dla nas dr Francis. Idea wiecznego powrotu? Czy nie tak? A może tylko fatalne krążenie historii między czasem wzlotu i upadku? Nie wiem. Ale nie zabierajcie mi Fukuyamy.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA