fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Franciszek Smuda w Łęcznej

Franciszek Smuda kiedyś czynił cuda. Na to liczą w Łęcznej.
PAP, Bartłomiej Zborowski
Wrócił Franciszek Smuda. Podjął się w Łęcznej misji arcytrudnej, ale nie można skazywać go na porażkę.

Wydawało się, że już na dobre opuścił karuzelę trenerską, że nieśpieszno mu do powrotu na ławkę i codziennej orki. Ma 68 lat, swoje odłożone na koncie, a reputację po tym, gdy Polska pod jego wodzą nie wyszła z grupy podczas Euro 2012, mocno nadszarpniętą. A jednak w ostatniej kolejce ligowej przed przerwą zimową Franciszek Smuda wrócił do ligi. Podjął się konkretnego zadania: ma utrzymać w ekstraklasie Górnika Łęczna.

Zaczął od porażki z Legią 0:5 przy Łazienkowskiej w Warszawie, ale strata punktów w stolicy była bez wątpienia spodziewana. Wbrew suchemu wynikowi zespół z Lubelszczyzny nie rozegrał słabego meczu. Wiele mówi statystyka celnych strzałów – goście z Łęcznej oddali ich sześć na bramkę Arkadiusza Malarza, gospodarze zaledwie pięć – ale wszystkie lądowały w siatce.

Start z musu

Smuda musiał zacząć pracę w Łęcznej przed meczem z Legią, choć i tak cały swój plan zrealizuje dopiero podczas zimowych obozów przygotowawczych. Stało się tak, ponieważ po zwolnieniu Andrzeja Rybarskiego Górnik dostał od PZPN pozwolenie, by niemający licencji trener Sławomir Nazaruk poprowadził drużynę tylko w dwóch spotkaniach.

Ta pula została wykorzystana na remisowy mecz z Cracovią i zwycięstwo nad Lechią Gdańsk. Mimo tych czterech punktów Górnik jest przedostatni, wyprzedza tylko prowadzony przez innego byłego selekcjonera Waldemara Fornalika Ruch Chorzów.

Smuda już w przedmeczowym wywiadzie telewizyjnym mówił, że ciągnie wilka do lasu i że tęsknił za ligową adrenaliną. Po raz ostatni w ekstraklasie poprowadził zespół ponad półtora roku temu. 7 marca 2015 roku jego Wisła Kraków przegrała u siebie z Zawiszą Bydgoszcz 0:1. Wcześniej była porażka z GKS Bełchatów, remis z Pogonią Szczecin oraz przegrana z Lechią Gdańsk.

Ta krótka wyliczanka jest dowodem na to, jak dużo od tamtego czasu się zmieniło. Zawisza teoretycznie nie przestał istnieć, ale nie przystąpił do rozgrywek, a Bełchatów broni się przed spadkiem na czwarty poziom ligowy.

Wyliczanka ta pokazuje również, że Smuda miał problemy z przygotowaniem piłkarzy do sezonu, bo wszystkie te wpadki zdarzyły się Wiśle wiosną. Prawda stara i obowiązująca od czasu, gdy były selekcjoner święcił największe triumfy – dwukrotnie mistrzostwo Polski z Widzewem Łódź (dziś III liga) i tytuł z Wisłą Kraków.

Za każdym razem po zimowym obozie u Smudy piłkarze mieli nogi ciężkie jak z ołowiu i na początku rundy wiosennej ruszali się jak muchy w smole. Owszem, później zazwyczaj odpalali, ale czasem te kilka przegranych wiosną spotkań kosztowało dużo. Często posadą płacił Smuda – jak chociażby w 2001 roku, gdy w marcu po kiepskim początku rundy został zwolniony z Legii, i rok później, gdy scenariusz się powtórzył w Wiśle Kraków. Smudzie znów drzwi pokazano w marcu, klub objął Henryk Kasperczak, który sezon zakończył na pierwszym miejscu.

Kwiatek na laptopie

Gdy jednak Smuda mówił, że to on przygotował drużynę Kasperczakowi i że tytuł jest w takim samym stopniu jego zasługą, przyjmowano to z drwiącym uśmieszkiem. Pytanie, czy teraz w Łęcznej też zostanie przerobiony podobny scenariusz, czy jednak Smuda pokaże, że potrafi wyciągać wnioski.

Drwiące uśmieszki nie znikną od razu – od jakiegoś czasu są pierwszą reakcją na dźwięk nazwiska Smuda. Cieniem kładzie się fatalna kadencja w roli selekcjonera, a także wszystko, co nastąpiło później. Nieudana walka o utrzymanie klubu z Ratyzbony w niemieckiej drugiej lidze, kolejne podejście do biedniejącej z dnia na dzień Wisły.

Chociaż w naszej lidze, zgodnie z zachodnimi wzorcami, królują już statystyki, a większość trenerów już w przerwie ma do dyspozycji skrót wideo z pierwszej połowy, Smuda jeszcze niedawno szczycił się swoim antyintelektualnym podejściem do piłki („na laptopie to ja mogę sobie kwiatek postawić").

Mimo to nie można go lekceważyć. Drużyny Smudy zawsze grały szybko, stosowały pressing, a przy tym trenerze żaden piłkarz nie przejdzie obok meczu, w naszej lidze zaś już niejednokrotnie okazywało się, że samo serce do walki i umiejętność biegania (mądrego biegania) wystarczają, szczególnie jeśli celem jest utrzymanie ligowego bytu.

Misja w Łęcznej wydaje się samobójcza. Górnik ma chyba najgorszych piłkarzy w lidze, gra na stadionie w Lublinie, a mecze bojkotowane są przez niegodzących się na takie rozwiązanie kibiców z Łęcznej. A jednak gdy Smuda mówi, że lubi wyzwania i adrenalinę, widoki Górnika na zachowanie ekstraklasy zaczynają wyglądać trochę lepiej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA