fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Palestyńscy chłopcy bez adresu

materiały prasowe MSZ
Paweł Kapusta z Wirtualnej Polski napisał w ubiegłym roku tekst o chłopcach, którzy w obozie dla uchodźców al-Am'ari koło Ramallah na Zachodnim Brzegu Jordanu grają w piłkę.

W roku 2016 powstała tam Polsko-Palestyńska Akademia Piłkarska, w której uczą się palestyńskie dzieci w wieku od sześciu do dwunastu lat. Kilka miesięcy po publikacji do autora zwrócił się prezes fundacji „Ja też mam marzenie" z zaproszeniem dla chłopców na turniej do Zakopanego.

Minął rok, podczas którego trwały przygotowania do wyjazdu z al-Am'ari. Pomagała w nich Dorota Woroniecka-Krzyżanowska, młoda warszawianka zakochana w Palestynie, w nieodległej przeszłości reprezentantka Polski juniorek w szpadzie. Na Uniwersytecie Warszawskim napisała pracę doktorską o obozie i uchodźcach, spędza w Ramallah całe tygodnie, żyje życiem uchodźców.

Wybrano dwunastu chłopców, którym towarzyszyło dwóch opiekunów. Problemy zaczęły się już przy wypełnianiu wniosków wizowych. Niektórzy nie mieli adresów, w dwóch przypadkach trudno było ustalić, na terytorium jakiego kraju się urodzili. Pomógł polski konsulat, jakoś się udało. W październiku przylecieli do Warszawy.

To byli chłopcy ze średnio sytuowanych rodzin. Rodzice wykosztowali się na buty do gry i telefony, żeby dzieci mogły się porozumiewać z domem. Nie chcieli, żeby odstawali od swoich nieznanych polskich kolegów. Chłopcy pierwszy raz lecieli samolotem. Pierwszy raz zobaczyli tak duże miasto jak Warszawa. Przejechali się metrem – w Palestynie nie widzieli nawet zwykłego pociągu. Zamieszkali na Agrykoli i tam trenowali, zwiedzili Łazienki, stadion Legii i Stadion Narodowy – największy, jaki w życiu widzieli.

Przeszli więc szlakiem, jaki w maju przebywają ich polscy rówieśnicy biorący udział w dorocznym turnieju o Puchar Tymbarka. Tyle że polskie dzieci są u siebie, mogą zawsze liczyć na wsparcie rodziców, którzy czekają przy linii bocznej z wodą i batonikiem, a kiedy batoników zabraknie, pójdą do samochodu po następne.

Palestyńskie dzieci nie są wożone samochodami na treningi i nie jadają na co dzień frykasów. Wirtualna Polska wyposażyła je w koszulki, na których znalazła się flaga polska obok palestyńskiej, i zapłaciła za autokar, którym chłopcy pojechali na turniej do Zakopanego. Tam znowu nie mogli się nadziwić, że są takie góry z nieznanym im śniegiem na szczytach i takie gęste iglaste lasy. I że na trasie z Warszawy do Zakopanego nie musieli ani razu zatrzymywać się do kontroli. U siebie są przyzwyczajeni do checkpointów, żołnierzy, widoku broni, wielu z nich widziało z bliska śmierć.

Zajęli dziewiętnaste miejsce na dwadzieścia drużyn, a cieszyli się, jakby wygrali mundial. Odstawali od polskich rówieśników trenujących intensywnie od kilku lat, lepiej odżywionych, zadbanych. Ale nie byli ostatni. Nabrali pewności siebie, bo wyjechali z domu, poznali rówieśników mówiących innym językiem, ale na boisku zachowujących się tak samo jak oni. Zobaczyli inny świat, o którym mogli opowiedzieć rodzinom w obozie niemal na pustyni będącym ich domem.

Boże Narodzenie to nie jest święto muzułmanów. Ale ci chłopcy jako członkowie drużyny harcerskiej przy klubie jak co roku wezmą udział w świątecznym przemarszu przez miasto i w festynie wspólnie z chrześcijanami.

Betlejem leży niedaleko Ramallah. Tam jest wszędzie blisko, ale jednocześnie bardzo daleko i trudno się porozumieć.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA