fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Przebijmy szklane sufity

Adobe Stock
Radykalny wzrost zarobków Polaków nie musi być odległą perspektywą. Da się je wyraźnie podnieść. I to bez podcinania konkurencyjności krajowych firm, czego skutkiem byłoby zahamowanie wzrostu gospodarki i – w efekcie – wynagrodzeń.

W latach 2008–2015, czyli za rządów koalicji PO i PSL, najszybciej rosły dochody najbiedniejszych, a najwolniej, jakkolwiek wciąż szybko, najbogatszych. Do jednej piątej najbiedniejszych gospodarstw zaczęła trafiać większa część łącznego dochodu niż średnio w UE. Program „Wyższe płace" przedstawiony przez Grzegorza Schetynę podczas debaty nad wotum nieufności dla premiera Mateusza Morawieckiego może wzmocnić to pozytywne zjawisko, czyli szybki wzrost gospodarki, na którym korzystają wszyscy, ale najbardziej najbiedniejsi.

Program dotyczy płac, bo wciąż są one w Polsce niskie na tle większości krajów Unii Europejskiej. Jeżeli wyrazić je w euro, to mniej niż w naszym kraju zarabia się tylko w pięciu krajach UE. Pensje są u nas około trzech razy niższe niż przeciętnie w Europie. Jeśli uwzględni się różnice w poziomie cen, różnice w zarobkach co prawda się zawężają: w takim ujęciu wyprzedzamy dziesięć krajów UE, a przeciętna płaca w Polsce niemal się podwaja. Ale nadal stanowi ona tylko około dwóch trzecich średniej w Europie.

Zarabiamy mniej niż w UE, bo polskie firmy są gorzej wyposażone w kapitał, czyli wszelkie dobra służące produkcji (zarazem ten kapitał jest u nas często niższej jakości, tzn. używamy starszych, mniej zaawansowanych technologii niż na Zachodzie), a to obniża wydajność pracy w naszym kraju. Tylko w sześciu krajach UE firmy mają mniejszy zasób kapitału na pracującego niż u nas.

Nie ma innej drogi do zrównania płac w Polsce i w Europie niż przez wzrost gospodarczy, którego jedynym potencjalnie niewyczerpywalnym źródłem jest wzrost produktywności. Jednak nawet gdyby nadal był on równie szybki, jak w poprzednich 25 latach, to podnosiłby zarobki w realnym tempie przeciętnie nieprzekraczającym 4 proc. rocznie. Ponieważ wydajność i płace na Zachodzie też rosną, choć wyraźnie wolniej niż u nas, to do zrównania wynagrodzeń doszłoby nie wcześniej niż za 16 lat.

Dwa elementy programu

Nie oznacza to jednak, że radykalny wzrost zarobków Polaków musi być odległą perspektywą. Da się je wyraźnie podnieść, i to bez podcinania konkurencyjności krajowych firm, czego skutkiem byłoby zahamowanie wzrostu gospodarki i – w efekcie – wynagrodzeń. Receptę na to zawiera właśnie program „Wyższe płace".

Składa się on z dwóch elementów. Pierwszy element to obniżka podatków i składek dla wszystkich pracujących – tak, żeby PIT, ZUS i składka na NFZ nie przekraczały łącznie 35 proc. zarobków Polaków.

Drugi element to dodatkowe wsparcie dla każdego, kto pracuje na umowie o pracę i zarabia mniej niż dwukrotność płacy minimalnej, czyli w 2019 r. 4,5 tys. zł. W przypadku osób zarabiających minimalne wynagrodzenie wyniesie ono 500 zł miesięcznie. Następnie, wraz ze wzrostem wynagrodzenia ponad płacę przeciętną o określony procent, będzie się zmniejszać o taki sam procent. Oznacza to, że zmniejszenie tej pomocy o 1 zł będzie wymagało podwyżki wynagrodzenia o 4,5 zł.

Technicznie wsparcie to może przyjąć dwie formy: albo wypłaty ze strony państwa, albo malejącej wraz ze wzrostem wynagrodzenia kwoty wolnej, obejmującej nie tylko PIT, ale też część składek na ubezpieczenie społeczne. Wyboru Platforma chce dokonać po konsultacjach z partnerami społecznymi.

Premia wypłacana przez państwo ma tę zaletę, że pozwala na radykalne uproszczenie wyliczania wysokości podatku. Jednocześnie wbrew zarzutom rządzących nie będzie prowokować do ukrywania zarobków w szarej strefie – co najmniej z czterech powodów.

Po pierwsze, program „Wyższe płace" zmniejszy pozapłacowe koszty pracy, a tym samym osłabi bodźce do płacenia pod stołem.

Po drugie, pracownikom nie będzie się opłacać obcięcie pensji, żeby otrzymać wsparcie, bo aby je podwyższyć o 1 zł, musieliby zrezygnować z 4,5 zł wynagrodzenia.

Po trzecie, w oporze przeciwko takim ewentualnym „propozycjom" będzie ich wspierać niedostatek rąk do pracy.

Po czwarte, przygotowana przez Platformę generalna przebudowa podatków nie ogranicza się do programu „Wyższe płace", ale dotyczy także opodatkowania przedsiębiorstw. W systemie podatkowym pojawią się bodźce promujące zwiększanie skali działalności. Będzie się opłacało rosnąć, a tego nie da się wykazać, spychając działalność do szarej strefy.

Korzyści dla każdego

Dzięki programowi „Wyższe płace" dochód netto osób otrzymujących minimalne wynagrodzenie praktycznie zrówna się z płacą brutto (2250 zł w 2019 r.). Wyniesie 2247 zł wobec 1653 zł bez programu. Na ten wzrost (o niemal 38 proc.) złoży się zmniejszenie płaconych przez nie podatków i składek o prawie 114 zł oraz wsparcie w wysokości 500 zł.

Gdyby wzrost ich dochodów bazował tylko na wzroście gospodarki, to na tego rzędu realną podwyżkę (a więc po odjęciu wzrostu cen) musiałyby one czekać dziewięć lat i to przy założeniu, że wydajność pracy w naszej gospodarce nadal będzie rosła tak szybko jak przez poprzednie 25 lat.

Z kolei dochód netto osób mających płacę brutto na poziomie 3000 zł wzrośnie z 2156 do 2663 zł (o 173 zł z tytułu niższych podatków i składek, i o ponad 333 zł ze wsparcia). Bez programu „Wyższe płace" na podobną podwyżkę przyszłoby im czekać sześć lat lub dłużej.

Osoby zarabiające 4500 zł (i więcej) nie otrzymają już wsparcia. Ale ich dochód netto też wzrośnie – o ponad 9 proc. – na skutek niższego opodatkowania i oskładkowania płac.

Więcej pracy na etat

Inną korzyścią z programu „Wyższe płace" będzie upowszechnienie pracy na etat. Dziś wiele osób wybiera inne formy zatrudnienia ze względu na niższe narzuty. Obniżając opodatkowanie i oskładkowanie wynagrodzeń i wprowadzając dodatkowe wsparcie dla najsłabiej zarabiających, Platforma przetnie tę patologiczną sytuację, ale bez ograniczania ludziom swobody wyboru.

Nie będzie jednego rodzaju umów na zatrudnienie, nowych zakazów, nakazów, sankcji czy inspekcji. Ale jeśli ktoś będzie chciał otrzymać dodatkowe wsparcie, będzie musiał pracować na umowie o pracę.

PiS bezmyślnie rozdaje pieniądze, podcinając zarazem fundamenty wzrostu gospodarki. Platforma natomiast wie, że aby dzielić, trzeba najpierw wypracować. Praca jest wartością, a dobra praca – wartością wyjątkową. Program „Wyższe płace" sprawi, że będzie jej więcej.

Prof. Andrzej Rzońca jest głównym ekonomistą Platformy Obywatelskiej. W latach 2010–2016 był członkiem Rady Polityki Pieniężnej, w 2016–2017 był przewodniczącym Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA