fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Jędrzej Bielecki: Fidel Castro - inny komunista niż wszyscy

Fidel Castro
PAP/EPA
Polakom zawsze trudno było zrozumieć fenomen Castro. Przeważnie widzieliśmy w nim tylko jednego z dyktatorów “obozu komunistycznego”, który nie przetrwałby bez pomocy Związku Radzieckiego.

"Z głębokim smutkiem występuję, aby powiedzieć naszemu narodowi, przyjaciołom naszej Ameryki i światu, że dziś, 25 listopada o 10:39 w nocy zmarł naczelny wódz Rewolucji Kubańskiej" - ogłosił w telewizji jego brat - Raul.

Polakom zawsze trudno było zrozumieć fenomen Castro. Przeważnie widzieliśmy w nim tylko jednego z dyktatorów “obozu komunistycznego”, który nie przetrwałby bez pomocy Związku Radzieckiego.

I rzeczywiście, Kubańczycy od blisko 60 lat są pozbawienie wolności, setki tysięcy uciekło do Stanów Zjednoczonych, wielu zostało wtrąconych do więzień. Dziś zaopatrzenie w sklepach Hawany przypomina najgorsze czasy stanu wojennego w Polsce, poza częścią turystyczną stolica jest całkowicie zaniedbana, wielu ludzi żyje w nędzy.

Ale jest też druga prawda o Castro, którą zrozumiałem rozmawiając z mieszkańcami fawel w Brazylii, Meksyku, Peru. Tam Fidel to przede wszystkim ten, który postawił się znienawidzonym Stanom Zjednoczonym, amerykańskim koncernom żerującym na nędzy latynosów i CIA, która stała za wieloma dyktatorskimi reżimami w Ameryce Łacińskiej. To przywódca, który wprowadził powszechną i darmową edukację i służbę zdrowia, co pół wieku później wciąż jest czymś nieosiągalnym dla milionów mieszkańców innych krajów latynoskich.

To człowiek, który poprzez reformę rolną i nacjonalizację wielkich zakładów przemysłowych zlikwidował krzyczące kontrasty w dochodach, jakie wciąż widzimy w Rio czy Limie.

Właśnie dlatego Stany Zjednoczone, aby odzyskać choć trochę sympatii u swoich południowych sąsiadów, musiały w końcu doprowadzić do normalizacji stosunków z Kubą, w znacznym stopniu na warunkach Fidela Castro. To zrozumiał Barack Obama. I w to zaangażował się Franciszek, który jak mało kto znał znał dzielnice nędzy Buenos Aires.

Dziś w Waszyngtonie nie mają więc wątpliwości, że fenomen rewolucji kubańskiej był autentyczny, choć z ideału wolności i dobrobytu nie pozostało w nim już nic.

- Niewielu było przywódców w XX wieku, którzy mieli większy wpływ na swój kraj niż Fidel Castro miał na Kubę - przyznał CNN Robert Pastor, doradca ds. bezpieczeństwa Jimmy'ego Cartera.

Dla Castro największym momentem chwały było tryumfalne wejście do Hawany po obaleniu skorumpowanego reżimu Fulgencio Batisty na przełomie 1958 i 1959 r. Taki był finał trzech lat walki kubańskich partyzantów pod wodzą Fidela. Wówczas młody, charyzmatyczny adwokat, którego talent oratorski porywał tłumy, nie miał wiele wspólnego ze starymi aparatczykami, których Moskwa postawiła na czele satelickich krajów w Europie Środkowej.

Przez kolejne 47 lat Castro rządził żelazną ręką. Trudno powiedzieć, czy to Amerykanie wepchnęli go w ręce Związku Radzieckiego, czy sam się w nie rzucił. W każdym razie już w pierwszych miesiącach po ustanowieniu reżimu Castro, Waszyngton zaczął wprowadzać przeciw małej wyspie sankcje gospodarcze. W 1961 Fidel osobiście dowodził walką przeciwko desantowi, który Amerykanie wysłali do Zatoki Świń. Rok później, przystając na instalacje radzieckich rakiet 150 km od wybrzeży USA, kubański przywódca doprowadził do największego kryzysu epoki Zimnej Wojny, świat stanął na skraju globalnego kataklizmu.

Ale od tego czasu Amerykanie nie interweniowali już na wyspie, choć przeciwko samemu Castro podjęto 650 prób zamachów, za częścią z nich stała CIA.  Taka polityka Waszyngtonu pozwoliła Kubie “eksportować swoją rewolucję” w Ameryce Łacińskiej i Afryce: tylko przez Angolę przewinęło się 300 tys. kubańskich żołnierzy.

Reżim Castro przetrwał też rozpad Związku Radzieckiego. To wówczas Fidel rzucił hasło “socjalizm albo śmierć”. Ale coraz bardziej izolowany, mimo sojuszu z Hugo Chavezem, prezydentem Wenezueli, Fidel musiał w końcu zgodzić się na ograniczone reformy rynkowe, w tym w szczególności legalizację dolara, co znów podzieliło wyspę na biednych i bogatych. Z powodów zdrowotnych władzę oddał bratu w 2006 r., choć nigdy nie poddał się Ameryce.

“Niczego nie potrzebujemy od imperium” - napisał, gdy jego brat negocjował normalizację stosunków z Obamą.

Dziś eksperci są zgodni, że rewolucja przetrwa Fidela, że po jego śmierci reżim na Kubie nagle się nie zmieni. Także dlatego, że po zwycięstwie Donalda Trumpa Ameryka jest zajęta sobą - zrozumiała, że i jej model rozwoju nie oznacza powszechnej szczęśliwości.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA