fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Test na chrześcijaństwo

Fotorzepa/Waldemar Kompała
Od retoryki do praktyki rządów PiS

Termin „państwo światopoglądowo neutralne" to jedno z najbardziej bałamutnych haseł, za pomocą których próbuje się wyrugować religię z przestrzeni publicznej. W Polsce szczególnie dało się to zauważyć w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Platforma Obywatelska, forsując ustawę o in vitro czy tak zwaną konwencję antyprzemocową, posiłkowała się właśnie formułą „państwa światopoglądowo neutralnego", jakoby niekolidującą z żadną opcją. W istocie był to przejaw hołdu złożonego liberalnym opiniotwórczym salonom i ukłonu w stronę środowisk feministycznych.

PO dokonała skrętu w lewo, skutkującego konfrontacją z episkopatem Polski, który z kolei słusznie zinterpretował ten zwrot ówczesnej partii władzy jako poparcie dla rozwiązań sprzecznych z nauczaniem Kościoła katolickiego.

„Państwo światopoglądowo neutralne" to zatem fikcja. Każda władza musi działać w oparciu o jakąś aksjologię, czyli rozgraniczenie dobra i zła. Tymczasem rozmaite światopoglądy bywają przecież sprzeczne.

Trzeba zatem przyklasnąć temu, że Prawo i Sprawiedliwość z otwartą przyłbicą opowiada się po stronie tożsamości chrześcijańskiej przeciwko tym nurtom politycznym i kulturowym, których nie da się pogodzić z nauczaniem Kościoła. Między ogniem a wodą trudno o kompromis. Jeśli państwo stoi na straży życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci, to decydowanie o tym, kiedy komuś przysługuje status człowieczeństwa, nie może być – w imię równoprawności różnych światopoglądów – przedmiotem osobistego wyboru.

Z tego punktu widzenia nie ma niczego zdrożnego w tym, że Jarosław Kaczyński i inni politycy PiS brali udział w 24. rocznicy powstania Radia Maryja. Rozgłośnia ta – abstrahując od jej politycznych zaangażowań – bądź co bądź pielęgnuje chrześcijańskie dziedzictwo Polski. Problem polega jednak na tym, co konkretnie prezes PiS mówił o roli medium ojca Tadeusza Rydzyka w polskim życiu publicznym.

Kaczyński w swoim wystąpieniu podziękował dyrektorowi Radia Maryja za zwycięstwo – jak wynika z kontekstu wydarzeń – dowodzonej przez siebie formacji w tegorocznych wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Utożsamił więc sukces PiS z sukcesem Kościoła.

Padły też następujące słowa: „Radio Maryja i Rodzina Radia Maryja są potrzebne także dziś, kiedy przed nami trudna droga pod górę. Musimy ją przejść razem. I przejdziemy ją, wbrew wszystkiemu. Przejdziemy, wiedząc, że służymy Polsce".

Problem tkwi zatem w triumfalistycznej retoryce Jarosława Kaczyńskiego. Katolicyzm przestaje być tu wyznaniem wiary, a staje się tożsamością plemienną, krzyż zaś traci swoje uniwersalistyczne znaczenie i staje się pogańskim totemem. Mamy do czynienia z polityczną instrumentalizacją chrześcijaństwa, którego wyznawcy są zawężeni do ludu pisowsko-radiomaryjnego.

Truizmem jest stwierdzenie, że sojusz tronu i ołtarza szkodzi obu stronom. Zwłaszcza jeśli tron traktuje religię powierzchownie. A tak bywało w przeszłości w przypadku PiS. Wystarczy przypomnieć sytuację z roku 2007, gdy za sprawą między innymi części polityków tego ugrupowania nie udało się wprowadzić konstytucyjnego zapisu o ochronie życia ludzkiego od poczęcia. PiS deklarował się wtedy jako partia wsłuchująca się w głos Kościoła, ale w krytycznym momencie nie wykazał się determinacją w tamtej batalii.

A przecież chrześcijaństwo nakłada na jego wyznawców określone obowiązki. Nie chodzi tu o to, żeby szermować bogoojczyźnianymi hasłami konsolidującymi zwolenników określonej opcji politycznej, ale o prowadzenie polityki nieprzeczącej wartościom ewangelicznym i sprzyjającej ich realizacji. To bywa kłopotliwe wtedy, gdy dotyczy niepopularnych kwestii.

Tak jest w przypadku sprawy przybyszów z południa. Kiedy politycy PiS i ruchu Pawła Kukiza alarmowali o zagrożeniach związanych z falą imigracji – co z pewnością zaowocowało wzrostem społecznego poparcia dla tych ugrupowań – episkopat Polski apelował o gościnność wobec uchodźców, bez względu na to, czy są oni chrześcijanami czy muzułmanami.

Weźmy też inny przykład. Rząd Beaty Szydło kończy z finansowaniem in vitro ze środków publicznych. Czy jednak ekipa ta zdobędzie się na odwagę i pójdzie dalej, zmieniając ustawę regulującą tę procedurę tak, aby prawo chroniło poczęte w ten sposób zarodki?

Oby tak się stało, trzeba jednak pamiętać, że większość Polaków została przekonana przez Platformę i wspierające ją media, iż in vitro to niewinny i szlachetny zabieg „leczący niepłodność". Jakiekolwiek ograniczenia w tym zakresie ze strony nowej władzy będą więc oznaczały pójście pod prąd, wbrew olbrzymiej części społeczeństwa.

Przeciwnicy Kaczyńskiego wielokrotnie wypominali mu, że na początku lat 90. mówił, iż „ZChN to najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski", a dziś wdraża właściwie program tej nieistniejącej już formacji. I mają poniekąd rację. Ale nie dlatego, że sytuacja, w której politycy kierują się nauczaniem Kościoła, jest sama w sobie czymś złym, lecz z powodu podejmowanej w przeszłości przez PiS instrumentalizacji religii.

Trzeba zatem życzyć nowej władzy, aby za odwołującymi się do chrześcijańskiego dziedzictwa Polski słowami poszły też czyny. Tyle że w wielu przypadkach mogą one jej popularności nie przysporzyć.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA