fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikt Polska-Izrael

Szułdrzyński: Dlaczego w sprawie „polskich obozów” potknęliśmy się o własne nogi

Pixabay
Ostatni tydzień był chyba najboleśniejszą dotąd lekcją realizmu, jaką los udzielił w ostatnich dwóch latach Dobrej Zmianie.

Lekcją realizmu pokazującego, że dobre chęci, a nawet moralne racje, za którymi nie idzie jednak pełen profesjonalizm i dobre przygotowanie, mogą się nie tyle odbić czkawką, co wywołać trzęsienie ziemi, po którym przyjdzie tsunami, czyli kataklizm, którego efekty będą dokładnie odwrotne od zamierzonych.

Bo dwie sprawy chyba są całkiem pewne. Pierwsza to ta, że racja moralna leży po polskiej stronie. Używanie sformułowania „polskie obozy śmierci” sugeruje odpowiedzialność państwa polskiego za to, co się w nich działo. W połączeniu z niemającym narodowości pojęciem „naziści”, słowa o polskich obozach prowadzą do tego, że w opinii publicznej utrwala się fałszywe przekonanie o tym, że naziści byli Polakami, lub przynajmniej to Polska ponosi odpowiedzialność za ich zbrodnie. Różne sondaże i badania socjologiczne pokazują, że posługiwanie się przymiotnikiem „polski” odnośnie obozów zagłady prowadzi do przypisania Polsce współodpowiedzialności za Holokaust. Dlatego w interesie państwa polskiego leży walka z tym sformułowaniem – to druga rzecz, co do której chyba wszyscy się w Polsce zgadzają.

Mało tego, zarówno w krytycznych stanowiskach ze strony państwa Izrael i USA do zapisów nowelizacji ustawy o IPN znalazły się zapisy o tym, że Polacy mają pełne prawo do tego, by walczyć z – jak to się fachowo określa – fałszywym kodem pamięci mówiącym o „polskich obozach”.

Tu jednak można postawić pytanie: skoro Polska ma rację, skoro powinniśmy walczyć z „polskimi obozami”, skoro to nasze prawo gotowe są popierać Izrael i USA, skąd wziął się ten cały kryzys? Skąd wzięła się wymiana dyplomatycznych ciosów i chyba najgłębszy impas w relacjach polsko-izraelskich od niemal trzydziestu lat, gdy Polska odzyskała niepodległość.

Odpowiedź jest banalnie prosta. Choć zwolennicy teorii spiskowych będą mówić o tym, że oto Żydzi pokazali, że nie pozwolą Polsce na uprawianie podmiotowej i suwerennej polityki zagranicznej, prawda jest znacznie bardziej prozaiczna. Jeśli na bok odłożymy spiski, zobaczymy największy problem przeprowadzonej przez Polskę akcji: porażający brak profesjonalizmu. Dziś wiemy już, że sygnały o tym, że proponowany przez rząd kształt ustawy o IPN wywoła protesty Izraela i USA trafiały do Polski już w 2016 roku. Mało tego, wówczas też obszerne opracowanie dotyczące ryzyk związanych z proponowanymi przepisami przedstawił również polski MSZ. W dodatku dotąd politycy PiS przyznawali w nieoficjalnych rozmowach, że przyjęte przepisy nie są doskonałe. Nikt też do końca nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego polskie przepisy przyjęto dzień przed rocznicą wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, gdy obchodzony jest międzynarodowy dzień pamięci ofiar Holokaustu, co doprowadziło stronę izraelską do furii. Dopiero jednak w piątek podczas spotkania z dziennikarzami w Markowej premier Mateusz Morawiecki powiedział to wszystko wprost – przepisy mogłyby być lepsze, zaś termin przyjęcia ustawy też jest problematyczny.

A więc podsumujmy: Polska miała dobre intencje, nasi sojusznicy przyznają nam rację, jednak przyjęliśmy ustawę, której konkretne zapisy budzą opór wszędzie na świecie, których bronić nie chcą również ważni politycy PiS, zaś przyjęto ją w terminie, który strona izraelska miała prawo uznać, za prowokację z naszej strony. I cóż z tego, że mieliśmy rację, skoro popełniliśmy kardynalne błędy? Polityka historyczna czy dyplomacja to dziedziny, gdzie trzeba działać z długofalowym, przemyślanym niezwykle profesjonalnie zrealizowanym planem. W przypadku ustawy o IPN tego wszystkiego zabrakło. Rozumiem rozgoryczenie polityków PiS, że dziś wszyscy są przeciwko Polsce. Sęk w tym, że to nie efekt spisku wrogich sił, to skutek nieudolności działania państwa, za które od dwóch lat pełną odpowiedzialność ponosi Prawo i Sprawiedliwość. Jeśli w dodatku zobaczymy, że efektem awantury o ustawę IPN – poza dyplomatycznym napięciem – jest zupełnie szalona popularność hasła „polskie obozy” w Internecie, jeśli słowo to użyte było na pierwszej stronie Washington Post, by zaprotestować swój sprzeciw wobec – jak to określono – cenzurowaniu historii przez polski rząd, widzimy że zamiast ograniczyć używanie tego pojęcia, przyjęcie ustawy przyniosło mu wielką popularność.

Bo niestety tak to jest w dyplomacji. Tam gdzie brak profesjonalizmu, dobre chęci przynoszą efekty odwrotne od zamierzonych. Warto by z tej historii nie tylko PiS, ale też całe polskie państwo wyciągnęło właściwe wnioski. Jeśli Dobra Zmiana nie uzbroi się w profesjonalne narzędzia prowadzenia polityki historycznej i dyplomacji, będzie się dalej potykać o własne nogi.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA