fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

#RZECZoBIZNESIE: Bogusław Grabowski: Exit tax to myto dla uciekających z Polski

tv.rp.pl
Rząd PiS-u obawia się konsekwencji bardzo gorącej jesieni w złych stosunkach z Komisją i Unią Europejską. Widmo Polexitu będzie budziło niepokój wśród firm i zamożnych Polaków, którzy mogą zmieniać rezydencję podatkową. Chodzi o to, by ich zatrzymać – mówi Bogusław Grabowski, były członek Rady Polityki Pieniężnej, gość programu Pawła Rożyńskiego.

Jak pan ocenia projekt exit taxu, który budzi wielkie emocje?

Ten projekt został opublikowany w piątek. Żeby wszedł w życie od 1 stycznia 2019 r. musi być uchwalony do końca października. Takich rewolucyjnych zmian w systemie podatkowym w takim trybie jeszcze nie było. Dyskusja jeszcze się nie zaczęła, bo specjaliści od podatków dopiero się zapoznają z tym 200 stronicowym dokumentem. Oceniam ten projekt krytycznie.

Dlaczego?

Rząd powołuje się na dyrektywę UE sprzed 2 lat, która mówi o możliwości wprowadzenia exit taxu, podatku od wyjścia jakiejś formy działalności gospodarczej do innej rezydencji podatkowej z zamiarem płacenia tam niższej stawki podatkowej, od kapitału, który został stworzony na terenie innego kraju. Wtedy państwo ma prawo naliczyć taki podatek od wyjścia.

Tylko, że polski rząd zrobił dwie rzeczy, które są nie do zaakceptowania. Nakazał płacenie tego podatku naliczonego w ciągu 7 dni od wystąpienia faktu przeniesienia, a przecież to nie jest zmonetyzowany zysk. Wystarczy wycena aktywów, jeśli potencjalnie wzrosły, to muszę płacić podatek. To samo dotyczy osób fizycznych, chociaż dyrektywa nie nakazuje, żeby ich dotyczyło.

I tak naprawdę, opodatkowanie będzie bardziej dotyczyło osób fizycznych. Jak przechodzimy do innej rezydencji, to naliczamy potencjalne zyski kapitałowe od akcji, jednostek funduszy inwestycyjnych, papierów wartościowych. Jak ktoś ma akcje PKN Orlen, które kupił za 100 zł, aktualna wycena to 110 zł, więc od potencjalnego zysku, którego nie ma, musi zapłacić podatek. Przychodząc do rezydencji podatkowej w innym kraju, jak sprzeda te papiery, to będzie musiał zapłacić drugi podatek. Ten dylemat trzeba rozwiązać. Jednak wartość aktywów może też spaść. Mimo, że zapłaci podatek od niezmonetyzowanych zysków, tam może ponieść stratę.

Zastanawiający jest pośpiech. Przecież w dyrektywie UE jest mowa o 1 stycznia 2020 r.

Polska zawsze w ostatnim momencie przyjmowała prawo, a niekiedy i rok później, gdy była popędzana i groziły nam kary. A tutaj rok przed terminem i to w rozszerzonym zakresie, który będzie negatywnie dotyczył swobody przepływu kapitału i osób.

Co to ma dać?

Rząd PiS-u obawia się konsekwencji bardzo gorącej jesieni w złych stosunkach z Komisją i Unią Europejską. Będziemy mieli rozpoczęcie procedury sądowej z wniosku KE o ustawie o Sądzie Najwyższym, mamy wniosek do trybunału o ustawie o sądach powszechnych, KRS. Te wszystkie rozstrzygnięcia będą zapadały. Rząd już teraz mówi ustami wicepremiera Gowina: „jeżeli się okaże, że wyroki będą nie po naszej myśli, to będziemy musieli je zignorować". Oczywiście zobowiązaliśmy się w traktatach wyroki sądu przestrzegać. To nie oznacza automatycznego wyjścia z UE, ale rozpocznie proces myślenia, że może nastąpić Polexit.

Czyli powstanie atmosfera strachu?

Która będzie w oczywisty sposób budziła niepokój firm, które mogą uciekać. Np. w Hiszpanii mnóstwo firm przerejestrowało siedzibę z Barcelony, głównie do Walencji w obawie o możliwe konsekwencje, co by było gdyby Katalonia uzyskała niepodległość. To samo będzie w Polsce. Taka ustawa rodzi niepewność, brak przewidywalności i pogarsza środowisko prawne dla funkcjonowania biznesu w Polsce. Do tego dojdą narastające konflikty z UE. Będzie stawiany znak zapytania o dalsze istnienie Polski w UE, sposób tego istnienia, wpływ konfliktu na politykę Polski w relacjach z UE, czy w jaki sposób mogą być rozstrzygane spory biznesu przeciwko np. administracji skarbowej w sądach, na które wpływ mają rządzący. Część biznesu zada sobie pytanie, czy tutaj jest sens inwestować, albo czy nie lepiej przenieść rezydencję podatkową do innego kraju. Podobne decyzje będą podejmowały zamożne osoby.

Te przepisy można skutecznie wyegzekwować? Może Polacy znajdą pomysły jak ominąć exit tax.

Jeżeli mają próbować omijać te przepisy albo optymalizować podatki, a później ma to być kwestionowane przez administrację skarbową, przy czym spory rozstrzygałyby sądy kontrolowane przez państwo, to być może zamiast kombinować lepiej przenieść rezydencję podatkową i wynieść się do kraju praworządnego ze stabilnym i przewidywalnym prawem. Rząd już wybiega w przyszłość i z wyprzedzeniem próbuje temu zapobiec. Jak będziecie wychodzili, to przynajmniej zapłacicie myto na granicy.

W przeciwieństwie do exit tax projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych, którą we wtorek przyjął rząd, wydaje się sensowny. Jak pan widzi realność jej wejścia w życie? Teraz rząd mówi o połowie przyszłego roku.

A miała wejść od 1 stycznia 2018 r. Wątpię, żeby weszła przed wyborami parlamentarnymi. Po zmianach wynikających z dyskusji ten projekt jest lepszy niż na początku. Program jest obowiązkowy dla pracodawców, a dla pracowników quasi-obowiązkowy. Mógłby rozpocząć generowanie większego poziomu oszczędności krajowych, tych najważniejszych, bo długookresowych. Byłby to pierwszy projekt rządu PiS, który by był dobry długookresowo dla gospodarki, ale w krótkim okresie nakładałny dodatkowe obciążenia.

To ryzyko w kontekście wyborów.

Jest ryzyko w kontekście poparcia społecznego. Dokładnie to samo robiły poprzednie rządy. Robiły niezbędne reformy, nawet jeśli ich pozytywny skutek długookresowy był niedostrzegany przez społeczeństwo. Jeśli ten projekt nie wejdzie w tej kadencji parlamentu, to nikt nie wie, co będzie w następnej. A w okresie przedwyborczym ten projekt nie zostanie uchwalony. Najlepszy moment do jego wprowadzenia właśnie mija. Sytuacja na rynku pracy, szybszy wzrost wynagrodzeń i niski poziom bezrobocia powoduje, że Polacy byliby bardziej przychylni pozostaniu w PPK. Jak za rok zostanie to prawo uchwalone, a wejdzie za kolejne półtora roku, to będziemy mieli już gorszą fazę cyklu koniunkturalnego.

W kampanii samorządowej dostrzega pan jakieś elementy gospodarcze?

300 zł na wyprawkę zostało wprowadzone z intencją, że będzie konsumowane przed wyborami samorządowymi. Nawet ustawa o exit tax zawiera elementy zmian w prawie podatkowym, które są marchewką. Np. małżonkowie, którzy spóźnili się ze wspólnym rozliczeniem PIT, będą mogli to zrobić. Mamy też obniżkę podatku CIT dla małych przedsiębiorstw z 15 do 9 proc. To dotyczy niewielkiej grupy osób, bo osoby prowadzące działalność gospodarczą rozliczają się w PIT.

Przed wyborami samorządowymi pojawią się jeszcze jakieś obietnice?

Oczywiście. Pojawia się 500 plus dla emerytów. Niedawno ktoś rzucił hasło „nie 500, a może 1000 zł na każde dziecko". Obietnice przedwyborcze często mają mało konkretny charakter, a są huraoptymistyczne. Np. kwota wolna od podatków – 8 tys. zł dla każdego, przewalutowanie po kursie udzielenia kredytów hipotecznych. Z tego się wycofano i dobrze.

Jednak projekt budżetu na przyszły rok nie wydaje się budżetem wyborczym.

Jak patrzymy na projekt budżetu, to widzimy, że rzeczywistość może być zupełnie inna. Faktyczna realizacja ostatnich dwóch budżetów tak odbiegała od ustawy budżetowej, że komentowanie teraz traci sens. Czy możemy powiedzieć, że zapowiadany niższy deficyt budżetowy, 28,5 mld zł, będzie niższy niż w 2018 r.? Możemy tylko powiedzieć, że to, co rząd pisze na papierze, jest niższe od tego, co pisał rok wcześniej. Faktyczna realizacja budżetu w 2018 r. bardzo odbiega od założeń budżetowych. To jest troszeczkę wróżenie z kuli.

Dlaczego ciągle mamy deficyt finansów publicznych? Na 2019 r. zaplanowane jest 1,8 proc. PKB. Niby maleje, ale większość krajów w Unii ma nadwyżki.

W gruncie rzeczy powinniśmy mieć teraz nadwyżkę. Jesteśmy jednym z najszybciej rozwijających się krajów w UE, tempo wzrostu 5 proc. Przy tym ok. 2 proc. deficytu w 2018 r. to jest skandal.

Maksymalny poziom deficytu może wynieść 3 proc., ale powinniśmy go osiągać kiedy mamy kryzys i szybko spadające tempo wzrostu. Wtedy mamy stymulację fiskalną do tych 3 proc. Czym będziemy stymulowali gospodarkę jak nastąpi spowolnienie, które już w Europie Zachodniej zaczyna występować?

W tej chwili stymulujemy gospodarkę choćby niskimi stopami procentowymi.

Cały czas podgrzewamy koniunkturę, chociaż nie musimy. Do tego w strukturze wydatków budżetowych zdecydowanie wzrósł udział transferów socjalnych. Druga rzecz to polityka pieniężna. Stopy procentowe mamy na poziomie USA, mimo że jesteśmy na nieporównywalnie niższym poziomie rozwoju, a rozwijamy się szybciej od gospodarki amerykańskiej. To powinno budzić pytania.

Ale inflacja jest niska.

Tylko, że inflacja w Polsce jest tłumiona procesem niskiej inflacji za granicą. To się kiedyś skończy. Wiele banków centralnych, poza wskaźnikiem cen dóbr i towarów konsumpcyjnych, patrzy się na wskaźniki na rynku mieszkaniowym. Sprawdza ceny mieszkań i ceny ich wynajmu. Często nadwyżkowy popyt wynikający ze zbyt łagodnej polityki pieniężnej nie przenosi się na ceny towarów konsumpcyjnych.

W Polsce mamy ogromny wzrost popytu i rozgrzane budownictwo mieszkaniowe. Znaczna jego część nie jest z kredytu hipotecznego, tylko z gotówki. „Kup mieszkanie, bo będziesz je dalej wynajmował". Ludzie zamożni kupują mieszkania, bo mają zbyt niskie poziomy stóp procentowych do tego, żeby inwestować w bankach. Szukają innych miejsc, a tutaj mają iluzję, że mieszkania dadzą im wyższą stopę.

Stopy mamy z niskie z powodów politycznych?

Tak. Czym będziemy stymulowali gospodarkę za 2-3 lata, gdy będziemy startowali z 2 proc. deficytu finansów publicznych?

Nie spodziewa się pan podwyżek stóp procentowych?

Nie. Myślę, że nawet, gdy jeszcze bardziej będzie występowała potrzeba, to RPP będzie zwlekała do wyborów. Do czasu, kiedy będą ewidentnie negatywne skutki dla gospodarki, bez ewidentnie negatywnych skutków dla poparcia partii politycznej.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA