Ekonomia

Koniec z rozdawnictwem

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Rozmowa z ministrem finansów Zytą Gilowską

Rzeczpospolita: Posłowie byli w tym roku bardzo hojni dla swoich wyborców. Rodzinom z dziećmi dali dubeltową ulgę, emerytom i rencistom zapewnili coroczną waloryzację, najmniej zarabiającym podnieśli pensje, a nam wszystkim zostawili kilka złotych dodatkowo w kieszeni dzięki obcięciu składki rentowej. O ile więcej zostanie nam pieniędzy w portfelu od przyszłego roku?

Prof. Zyta Gilowska: Przeciętne, statystyczne gospodarstwo domowe zyska miesięcznie 200 zł. Składają się na to: obniżka składki rentowej, odmrożenie progów podatkowych i kwoty wolnej od podatku, ulgi prorodzinne, likwidacja podatku od spadków i darowizn w obrębie najbliższej rodziny, likwidacja podwyższonej akcyzy na sprowadzane samochody i na kosmetyki. Rodziny z dziećmi zyskają najwięcej. Niewykluczone, że około 10 mln podatników całkowicie wyzeruje swój podatek dochodowy.

Dużo tego, ale apetyty polityków zawsze mogą być większe. Czy istnieją jakieś możliwości kolejnych udogodnień finansowych dla Polaków?

Nie sądzę. Najbliższe dwa lata będziemy konsumowali wszystkie zmiany, włącznie ze zmianą skali w PIT - likwidacją najwyższej stawki i obniżką do 18 proc. stawki najniższej. Ale co ważniejsze, musimy wygospodarować ponad 20 mld zł rocznie dodatkowo na przedsięwzięcia inwestycyjne. Budowę dróg i stadionów ze Stadionem Narodowym włącznie, który wraz z obiektami towarzyszącymi będzie kosztować około 1,2 mld zł.

Czyli z rozdawnictwem koniec?

Tak. To, co można było przekazać obywatelom, a także środowiskom biznesowym w różnej formie, zostało przekazane i obecnie musimy mocno pilnować trzech spraw: po pierwsze programu konwergencji, bo bez wypełniania naszych zobowiązań wobec Unii Europejskiej nie możemy liczyć na stabilny dopływ środków finansowych z tamtej strony; po drugie - budowy infrastruktury transportowej; po trzecie - przygotowań Polski do Euro 2012.

Obiecywała pani dalsze obniżki składki rentowej. Na razie co zmalała ona z 13 do 6 proc., czy jest możliwe jeszcze większe jej ścięcie, czy na to również nie ma już szans?

Na pewno nie przed rokiem 2011. Nie da się w perspektywie kilku lat bardziej zredukować składki rentowej, bo oznaczałoby to likwidację systemu rentowego. Nie jest też realna likwidacja składki wypadkowej, bo wypadki przy pracy będą zdarzały się zawsze. Jeśli chodzi o składkę chorobową, to wymaga to decyzji politycznej, czy ma ją nadal pobierać Zakład Ubezpieczeń Społecznych, czy Narodowy Fundusz Zdrowia. To jest kwestia wyborów innych niż ekonomiczne, ale likwidacja też nie wchodzi w grę. Pozostaje więc składka emerytalna, która może być przedmiotem analiz dopiero w bardzo odległej perspektywie z uwagi na tempo, w jakim Polacy przechodzili na wcześniejsze emerytury. Obawiam się jednak, że za kilkanaście lat nasza sytuacja demograficzna będzie gorsza od obecnej. Wykonane z mojej inicjatywy zmniejszenie składki rentowej o ponad połowę było krokiem spóźnionym o dziesięć lat i dlatego jest tak radykalne. Ale ostrzegam - w tej dziedzinie niczego więcej obiecywać nie można.

Na razie minister zdrowia Zbigniew Religa zapowiada wzrost składki zdrowotnej z 9 do 13 proc. Zgadza się pani z tą propozycją?

Porozmawiajmy o pieniądzach publicznych w systemie ochrony zdrowia. Tych pieniędzy, budżetowych i składek do NFZ w 2005 r. było 37,5 mld zł. Pod koniec obecnego roku system pozyska 49,8 mld zł publicznych środków finansowych, natomiast przez rok 2008 przybędzie ponad 11 mld zł. A więc na koniec przyszłego roku w systemie będzie 60 proc. pieniędzy publicznych więcej niż było jesienią 2005 r. Zainteresowani dobrze o tym wiedzą, a jednak jedynym odczuwalnym skutkiem takiego dopływu pieniędzy jest radykalny wzrost napięć i oczekiwań płacowych. Na koniec 2008 roku publiczne środki w ochronie zdrowia będą stanowiły 5 proc. PKB. Ponieważ według naszych prognoz tempo wzrostu gospodarczego w latach 2009 - 2011 nie spadnie poniżej 5 proc., to w 2010 na ochronę zdrowia będziemy wydawać upragnione 6 proc. PKB. Czy dosypywać więc do tego kotła węgla w nadziei, że wydajność całej maszynerii się poprawi, czy też nie? Politycy muszą uczciwie odpowiedzieć na to pytanie. Intuicja mi podpowiada, że jeśli dotychczasowe wchłonięcie dodatkowej jednej trzeciej środków nic nie zmieniło na lepsze, to powinniśmy pomyśleć o przebudowie tej maszynerii. Dlatego sceptycznie podchodzę do perspektywy podnoszenia składek bez równoczesnych zmian w systemie. Kocioł o nazwie państwowa służba zdrowia nie będzie pracował wydajniej, nawet jeśli sprowadzimy najlepszej jakości węgiel koksujący. On wyższej temperatury nie da, co najwyżej poprawi się samopoczucie obsługi tego kotła.

Mamy więc rozumieć, że z pani inicjatywy więcej zmian w podatkach czy ulgach nie będzie.

Przez rok Sejm nie uchwalił zmian w podatku VAT - nie zlikwidował 30-procentowych sankcji oraz nie wprowadził opcji na wybór ryczałtu. Konieczne jest też uchwalenie spójnej ustawy o podatku akcyzowym, której projekt wreszcie został uzgodniony z innymi resortami. Żadnych niespodzianek nie szykuję. Kondycja finansów państwa jest coraz lepsza i zmierza ku równowadze.

A czy rosnące wydatki państwa mogą zagrozić wprowadzeniu w życie uchwalonej już obniżki stawek w podatku od dochodów osobistych?

Nie widzę żadnych powodów do obaw. Zmiany zostały uchwalone, ustawa opublikowana, z początkiem 2009 r. wejdzie w życie system tańszy i prostszy. Dwie stawki podatkowe na poziomie 18 i 32 proc. oznaczają dla 98,6 proc. podatników wejście w życie korzystniejszego podatku niż liniowy. Będzie to podatek płaski, 18-procentowy z wysoką kwotą wolną i z bardzo wysokimi ulgami prorodzinnymi. Zaledwie 1,4 proc. podatników będzie płaciło podatki według 32-proc. stawki. Tylu podatników będzie według naszych prognoz zarabiać powyżej 7 tys. zł miesięcznie i nie skorzysta z ulg prorodzinnych.

Wspomniała pani o tym, że Sejm nie zmienił ustawy o VAT, a były to zmiany ważne i oczekiwane. To samo zresztą dotyczy podatku akcyzowego. Czy w takim razie w przyszłym roku byłyby możliwości zmiany w podatkach pośrednich?

Uważam, że do 2009 roku przekonamy Komisję Europejską, że ustabilizowaliśmy nasze finanse publiczne w zgodzie z kryteriami konwergencji. Możemy wtedy przystąpić do rozmów o szczegółach technicznych związanych z przyjęciem euro. Jednak termin przyjęcia wspólnej waluty jest bardzo poważną decyzją polityczną. Także do 2009 r. powinniśmy zebrać informacje niezbędne w analizie naszego systemu podatkowego i decyzji o dalszych przekształceniach. Sądzę, że debata skupi się na podatku od towarów i usług. Podatek dochodowy od osób fizycznych stanie się reliktowy wobec szerokich możliwości stosowania ulg prorodzinnych. Obejmie on przede wszystkim urzędników aparatu państwa oraz emerytów.

Jak powinien kształtować się podatek od towarów i usług w Polsce w ciągu najbliższych kilku lat?

Jestem zwolennikiem obniżenia stawki podstawowej - obecne 22 proc. jest jedną z najwyższych stawek w Europie. Obniżenie jej o jeden punkt procentowy "kosztuje" dziś 4 mld zł, ale w przyszłości będzie to znacznie więcej. Akurat tutaj Polska ma pewne możliwości, bo pozwalają na to dyrektywy unijne. Do takiego kroku skłania także porównanie naszej stawki podstawowej ze stawkami państw, które rozwijają się szybciej od nas. Myślę, że do rozważenia jest obniżka o 2 - 3 punkty procentowe, ale dopiero po 2009 r.

Wróćmy na moment do ulgi prorodzinnej. Czy rodziny będą mogły z niej skorzystać w trakcie roku, np. wnioskując o zaniechanie poboru zaliczek na podatek dochodowy?

Można się o to starać. Nie sądzę jednak, aby urzędy masowo wydawały takie zgody. Mogą to robić dla osób wielodzietnych. Naczelnicy urzędów działają suwerennie i mają prawo do wydawania takich decyzji.

Czy jeśli zostanie pani na stanowisku ministra finansów, będzie pani zabiegała o zmniejszenie ulgi o połowę - z 1145 zł do rekomendowanej przez rząd kwoty 572,54 zł - ze względu na konsekwencje finansowe dla budżetu?

Nie. Takich rzeczy robić nie wolno. Wszyscy znamy powiedzenie: kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Zmiany w podatkach dochodowych muszą być ogłaszane przed końcem listopada w roku poprzedzającym rok podatkowy. Jest więc oczywiste, że dubeltowe ulgi wejdą w życie. A skoro tak, to zaczynamy mieć do czynienia z prawami nabytymi i zupełnie nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy prowadzić wojnę z podatnikami. Sejm zdecydował, więc musimy sobie poradzić z tą decyzją. Zresztą żywimy nadzieję, że przyniesie to także dobre skutki.

Jednak wskutek ostatnich decyzji parlamentu koszty dla kasy państwa będą z roku na rok narastać, czy kolejne budżety sobie poradzą?

Powinny sobie poradzić, dlatego że odmrożone progi i kwota wolna PIT zmieniają się wraz z inflacją, a ta przez ostatnie dwa lata miała bardzo łagodny przebieg. Nie wydaje mi się więc, abyśmy z tego powodu mieli jakieś większe kłopoty. Inne decyzje są mniej związane z systemem budżetowym państwa - płaca minimalna dotyczy raczej sektora rynkowego, a zwłaszcza segmentu usług i handlu wielkopowierzchniowego. Natomiast powrót do corocznej waloryzacji jest decyzją dobrą z metodologicznego punktu widzenia. Sprzyja bowiem stabilizacji wydatków publicznych i zwiększa ich predyktywność. Ze społecznego punktu widzenia sprawa jest dość oczywista - zmniejszenie o połowę składki rentowej nadało pewną dynamikę wzrostowi płac, z której to dynamiki nie mogą skorzystać emeryci i renciści, ponieważ od ich świadczeń nie są pobierane składki. Coroczna waloryzacja jest więc działaniem solidarnościowym w każdym znaczeniu słowa solidarność.

Wracając do najbliższych lat, czym się różni przyszłoroczny budżet od tegorocznego, pomijając wzrost wydatków. Jakie są w nim zmiany strukturalne?

Główną zmianą jest mocniejsza konsolidacja. Jeszcze w tegorocznym budżecie niektóre pieniądze związane z Unią Europejską znajdowały się pod kreską, czyli poza budżetem, np. część środków na wspólną politykę rolną. W przyszłorocznym budżecie takich wyjątków już prawie nie będzie. W rezultacie UE jest widoczna po stronie dochodów z kwotą 35,3 mld zł, natomiast po stronie wydatków jest to już potężna kwota ponad 57,5 mld zł. Cały budżet się powiększył - wobec budżetu z poprzednich lat - o ponad 18 proc. wydatków związanych z naszym członkostwem w UE. Po drugie, zaprojektowaliśmy znacznie większe środki na inwestycje, zwłaszcza drogowe, czemu odpowiada przyjęty przez Radę Ministrów pięcioletni program budowy dróg na łączną kwotę 121 mld zł, z czego 86 mld zł musi wyasygnować budżet państwa w latach 2008 - 2012. Po trzecie, budżet respektuje wprowadzenie ulg prorodzinnych, a to oznacza obniżenie wpływów państwa o 3,6 mld zł, a samorządów - o 3,5 mld zł.

Budżet państwa musi się też liczyć ze wzrastającymi dotacjami do FUS. Spadną bowiem wpływy do kasy funduszu ze względu na zmniejszenie składki rentowej.

Tak, ale to jest uwidocznione w planie finansowym FUS, do którego założyliśmy dotację o 14 mld zł wyższą niż tegoroczna. Powody są trzy - redukcja składki rentowej, która w całości oznacza ubytki we wpływach do FUS na kwotę 19,5 mld zł, z czego ponad 9 mld zaoszczędzimy w tym roku w efekcie wzrostu gospodarczego i wysokiego wpływu tegorocznych składek. Koszt przywrócenia corocznej waloryzacji rent i emerytur wyniesie 5,5 mld zł, a likwidacja starego portfela 1,6 mld zł. Tak więc, mimo iż ubytek dochodów i podwyższonych wydatków w sumie wynosi 26,6 mld zł, to dotacje do FUS wzrosną tylko o 14 mld zł. Resztę kompensuje rynek i wspaniale rozwijająca się gospodarka. Rośnie liczba miejsc pracy, ludzie więcej zarabiają i coraz chętniej płacą podatki. W sumie dotacja do FUS wyniesie w przyszłym roku 34,8 mld zł.

Ważną dla pani sprawą była reforma finansów publicznych, To się nie udało, bo Sejm odmówił pracy nad projektem. Czy wróci pani do zamiaru zreformowania finansów. Kiedy należy spodziewać się przyjęcia ustawy o finansach?

Moim zdaniem jest to najpilniejsze zadanie Sejmu następnej kadencji, ponieważ obecny odmówił prac nad tym projektem, tłumacząc się brakiem czasu. Z formalnego punktu widzenia projekt musi jednak przyjąć nowy rząd i ponownie skierować do parlamentu. Jeśli wybory wygra PiS, to zapewne tak się stanie, bo premier Jarosław Kaczyński zawsze podkreślał, że jest to najpilniejsze zadanie.

PO chciałaby pójść dalej i zlikwidować również agencje rządowe.

Pole do popisu jest bardzo wąskie. Większość agencji ma status agencji płatniczych, do rozważenia pozostają tylko trzy: Agencja Nieruchomości Rolnych, Wojskowa Agencja Mieszkaniowa i Agencja Mienia Wojskowego. Ale znalezienie nowej formuły np. dla obsługi Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa jest bardzo trudne. Pozostałe dwie agencje podlegają MON. Obydwie mogą być poddawane jakimś zabiegom reformatorskim, ale jestem przekonana, że nie jest to możliwe bez czynnego udziału w takich pracach ministra obrony narodowej.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL