Jest nadzieja na przełamanie rodzimej plagi, czyli wysokiej śmiertelności w wypadkach na polskich drogach, która od lat nas stawia w europejskiej czołówce. W tym roku jest lepiej – życie straciły 1253 osoby – to o 173 mniej niż w tym samym okresie roku ubiegłego – wskazują dane policji, które poznała „Rzeczpospolita”. Kierowcy zdjęli nogę z gazu nie tylko z powodu drakońskich mandatów.

Czytaj więcej

Ministerstwo coraz surowsze wobec piratów drogowych

– Sądzę, że jest to spowodowane również mniejszym natężeniem ruchu w niektórych regionach i wolniejszą jazdą ze względu na wzrost cen paliw. Każdy, kto jeździ, kalkuluje – uważa Andrzej Łukasik, prezes Polskiego Towarzystwa Kierowców.

Nowe stawki mandatów obowiązują od początku roku, za najpoważniejsze wykroczenia można załapać się na wydatek mocno odczuwalny dla kieszeni. Ale dotąd nie było przez to bezpieczniej – liczba wypadków i zabitych rosła. Teraz, po ośmiu miesiącach, nastąpił zwrot. Wypadków było co prawda tylko o 20 mniej (łącznie 14 504), ale za to znacząco, bo o 12 proc., spadła liczba zabitych.

Wakacje, które zwykle podbijają statystyki, były zaskakująco bezpieczne

– Ofiar śmiertelnych jest o 173 mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W porównaniu z sytuacją sprzed dwóch lat spadek w tym zakresie sięga niemal jednej piątej – wskazuje Robert Opas z Biura Ruchu Drogowego KGP. Pieszych, którzy zginęli dotąd – w tym roku było dokładnie tyle samo, co rok temu – 279. Jednak dwa lata temu – 350.

Również wakacje, które zwykle podbijają statystyki, były zaskakująco bezpieczne. – Pomimo dużego ruchu, bo dało się zauważyć, że część osób spędzała urlopy w kraju – zauważa insp. Opas. I tak w wakacyjne miesiące życie straciło 410 osób – to o 85 mniej niż w tym czasie minionego roku. Co zaskakujące, najwięcej urlopowych tragedii wcale nie wydarzyło się np. na Pomorzu, ale w woj. wielkopolskim i łódzkim – w pierwszym, zdaniem policjantów, znaczenie miało natężenie ruchu, w drugim wciąż kiepska sieć dróg.

Policjanci i eksperci zgodnie twierdzą, że zabitych jest mniej, bo kierowcy jeżdżą wolniej, na co wskazują także zabrane prawa jazdy za tzw. 50+ – w tym roku straciło je 22 tys. osób, a rok temu w tym czasie – 39 tys. – Przy dużej prędkości, a ta często jest przyczyną wypadków, skutki są bardziej tragiczne także dlatego, że wolniej dociera pomoc. W terenach leśnych nieraz nikt jej nie wezwie, bo nie widzi, że samochód wypadł z drogi – zaznacza insp. Opas. Co piąty wypadek w terenie zabudowanym jest śmiertelny, w zabudowanym – co 15.

Aktualny trend można tłumaczyć nowym, bardziej dotkliwym dla kieszeni kierowców taryfikatorem mandatów

Mikołaj Krupiński z Instytutu Transportu Samochodowego

Dlaczego kierowcy zdjęli nogę z gazu? Bo boją się wysokich kar, ale też oszczędzają – gdy jadą wolniej, auto mniej spala. – Aktualny trend można tłumaczyć nowym, bardziej dotkliwym dla kieszeni kierowców taryfikatorem mandatów, który obowiązuje od nowego roku – uważa Mikołaj Krupiński z Instytutu Transportu Samochodowego. I dodaje, że „to krzepiące informacje, które wpisują się w długoletni trend spadku liczby ofiar wypadków na polskich drogach”. – Patrząc na minioną dekadę, zanotowaliśmy 36-proc. spadek liczby zabitych – zaznacza Krupiński. Z kolei prezes Andrzej Łukasik zwraca uwagę jeszcze na inny aspekt.

– W tym roku zostało oddanych do użytku sporo nowych odcinków dróg, obwodnic. A przy dobrej infrastrukturze i organizacji ruchu tragicznych zdarzeń na drogach jest mniej – wskazuje Łukasik.

Za dwa tygodnie wejdą w życie kolejne przepisy, które szczególnie mocno dotkną kierowców uporczywie łamiących przepisy. Za recydywę przy najpoważniejszych wykroczeniach kary będą drakońskie. Np. za przekroczenie prędkości od 31 do 40 km/h dziś grozi 800 zł mandatu, a po zmianach – 1,6 tys. zł. Za objeżdżanie zapór dziś jest 2 tys., a będzie 4 tys.

Czy spadkowy trend się utrzyma? – Na początku obowiązywania nowego prawa kierowcy będą mieli się na baczności, ale czy tak będzie w kolejnych latach, to pokażą dopiero analizy Polskiego Obserwatorium Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego ITS – mówi Mikołaj Krupiński.