Reklama

Dzień katastrofy smoleńskiej wspomina Adam Lipiński

W Smoleńsku wszystko wydawało się nam zupełnie irracjonalnym, złym snem – wspomina wiceprezes PiS Adam Lipiński

Publikacja: 09.04.2011 01:01

Dzień katastrofy smoleńskiej wspomina Adam Lipiński

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek

Pan też mógł być w tym samolocie...

Adam Lipiński, wiceprezes PiS: Było takie prawdopodobieństwo. Jako wiceprezes partii mogłem lecieć. Sądzę, że było dla mnie przewidziane miejsce. Właściwie to decyzję o tym, że nie lecę, podjąłem kilkanaście dni wcześniej.

Dlaczego?

Reklama
Reklama

Ze względów osobistych. Zresztą nad tym, czy lecieć, do ostatniej chwili zastanawiała się też Ola Natalli-Świat, rozmawiałem z nią o tym kilka dni przed odlotem. Jej wątpliwości także wynikały z powodów osobistych.

Kiedy dowiedział się pan o katastrofie?

Jakieś pół godziny czy godzinę po tragedii. Mam taki zwyczaj, że kiedy idę spać, to wyciszam dzwonek w telefonie. Wstałem rano, przez godzinę miałem jeszcze wyciszoną komórkę, nie oglądałem telewizji. W pewnym momencie spojrzałem na telefon i zorientowałem się, że są dziesiątki nieodebranych połączeń. Bardzo się zdziwiłem, bo raczej w sobotę rano zbyt wiele osób nie próbuje się ze mną kontaktować. Wtedy zadzwonił do mnie Joachim Brudziński, ten telefon już odebrałem. Powiedział: „Boże, ty żyjesz".

Nie wiedział, że pan nie poleciał?

Reklama
Reklama

My do końca nie wiedzieliśmy, kto się ostatecznie zdecydował na wylot. Dlatego przez pierwsze godziny po katastrofie ustalaliśmy to, dzwoniąc do siebie nawzajem.

O samej katastrofie dowiedział się pan od Brudzińskiego?

Tak. Chociaż to wszystko było dla mnie takim szokiem, że pewne rzeczy pamiętam jak przez mgłę. Ale wydaje mi się, że Brudziński powiedział mi tylko, po tym okrzyku, żebym włączył telewizor. A tam podawano na początku tylko kilka nazwisk tych osób, które na pewno nie żyją. Wśród nich było nazwisko prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Potem pojawiła się informacja, że zginęli wszyscy. Ustaliliśmy w tym czasie telefonicznie listę tych, którzy polecieli.

Kiedy spotkał się pan z Jarosławem Kaczyńskim?

Reklama
Reklama

Po tych telefonach szybko się ubrałem i pojechałem na Nowogrodzką, do siedziby PiS. Tam już był prezes. Podjął decyzję, że chce lecieć do Smoleńska. Parę osób zgłosiło chęć podróży razem z nim. Wśród nich byłem także ja.

Trudno było się dostać do Smoleńska?

Wynajęliśmy awionetkę, wylądowaliśmy na Białorusi, około 100 km od granicy. Bardzo dobrze nas tam przyjęto. Czekał na nas autokar. Do granicy z Rosją jechaliśmy bardzo szybko, blokowano dla nas skrzyżowania. Na granicy czekał na nas rosyjski samochód milicyjny. Do naszego autokaru wsiadła urzędniczka z MSZ. W autokarze panowała cisza. Nie byliśmy w stanie rozmawiać. Po ok. pół godziny ta nasza minikolumna ruszyła. W Rosji  milicyjny samochód, który nas prowadził, zaczął zwalniać. Dowiedzieliśmy się, że takie ma rozkazy. Kilkadziesiąt kilometrów przed Smoleńskiem minęła nas kolumna samochodów z premierem Donaldem Tuskiem. Przyjęliśmy to bardzo źle. Bo nam przecież nie zależało na tym, by się z kimś ścigać. Jechaliśmy, by prezes Jarosław Kaczyński mógł zidentyfikować ciało swojego brata, żebyśmy mogli zobaczyć ciała naszych przyjaciół.

Reklama
Reklama

Jaki obraz zastał pan na miejscu katastrofy?

Szczątki samolotu, jakieś fragmenty ubrań. Panował tam półmrok. Zaprowadzono nas na miejsce, gdzie stały dwie trumny, a obok leżały dwa ciała zakryte plandeką. W jednej z trumien był prezydent Lech Kaczyński. Prezes zidentyfikował jego zwłoki..

Chcieliście zabrać ciało prezydenta. Czemu się to nie udało?

Tak, powstał taki pomysł. Dziś może się wydawać irracjonalny, ale wtedy byliśmy gotowi to zrobić. Paweł Kowal rozmawiał z rosyjskimi dyplomatami o zabraniu ciała prezydenta. Otrzymaliśmy jakąś wstępną zgodę, przeniesiono nas do hotelu w Smoleńsku. Tam czekaliśmy na ostateczną decyzję władz rosyjskich. Po kilku godzinach dowiedzieliśmy się, że jednak zgody nie będzie. Wróciliśmy więc na lotnisko. Tam czekaliśmy dość długo – chyba około godziny – aż pojawią się rosyjskie służby. Byliśmy już bardzo zmęczeni. Kiedy wróciliśmy do Warszawy, była późna noc. Wszystko wydawało się nam zupełnie irracjonalnym, złym snem.

Reklama
Reklama

Jak długo trwało poczucie nierzeczywistości?

Chyba do ostatniego pogrzebu. Ta katastrofa jest do dziś dla mnie tak nierealistyczna, że do tej pory nie skasowałem telefonów moich przyjaciół, którzy tam zginęli.

Wydarzenia
Nowy START podpisany
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama