To nie jest opowieść o partyjnych barwach, ale o systemowym samobójstwie, które popełniamy, kłaniając się populistycznej potrzebie krzyżowania winnych, karząc praktycznie wszystkich najsprawniejszych urzędników za działanie, a nagradzając wielu innych za bierność. Bo gdy opadnie kurz politycznych wojenek, a historycy spojrzą na ostatnie dwie dekady III RP z dystansu, dostrzegą niepokojący wzór. Polska władza wykonawcza działa jak bezlitosna wirówka: wyrzuca na margines jednostki wybitne i sprawcze, a w centrum pozostawia te, które opanowały sztukę przetrwania.
Największym dramatem nie jest to, że urzędnicy popełniają błędy. Jest nim fakt, że ludzie, którzy w kluczowych momentach pchali ten kraj do przodu o lata świetlne – cyfryzując ochronę zdrowia, organizując szczepienia czy pilnując legislacyjnego porządku – stale lądują na politycznym cmentarzysku. W tym samym czasie państwem zarządzają ci, których główną zaletą jest umiejętność niepodpadania nikomu lub ci, którzy są po prostu "zaufanymi ochroniarzami" lidera.
Janusz Cieszyński i respiratorowa pułapka
Symbolem „kultury komandosa” w rządzie Mateusza Morawieckiego – obok Michała Dworczyka – był Janusz Cieszyński. To postać, której ocena w debacie publicznej jest bodaj najbardziej skrzywdzona. Skrzywdzona przez pryzmat jednej afery, przesłaniającej absolutnie gigantyczny skok cywilizacyjny, jaki dokonał się w sektorze cyfryzacji państwa za sprawą tego człowieka.
Czytaj więcej
Od sprawności rządzenia zależy dziś sukces Koalicji Obywatelskiej w kolejnych wyborach. Kontrolę...
To Cieszyńskiemu zawdzięczamy fakt, że polska ochrona zdrowia wyszła z epoki papieru i pieczątki. e-Recepta Internetowe Konto Pacjenta, wreszcie aplikacja mObywatel – to systemy, które uratowały nam miliardy złotych i miliony godzin stania w kolejkach. Cieszyński się uparł i dokonał niemożliwego: zinformatyzował jeden z najbardziej opornych sektorów państwa. Zrobił to, bo miał odwagę i sprawczość, by łamać, wydawałoby się, nieskończony opór materii.