Iga Świątek po trzech rundach odjechała z Wimbledonu, zostawiając nas w głębokim żalu, że nie będzie już dumnego odliczania kolejnych zwycięstw, ale także potwierdzając, że tenis na trawie ma swoje tajniki, których zgłębienie wymaga pracy, cierpliwości i chęci. Istotą gładkiej, może nawet zbyt gładkiej, porażki Polki z Alize Cornet jest jednak to, że była to porażka zapowiedziana.

Iga wspominała, że gra na trawie to dla niej duże wyzwanie, że komfortu odbić nie ma, że sezon na zielonych kortach może oznaczać koniec passy wygranych. Po zwycięstwie w Roland Garros na początku czerwca mogła zagrać w jednym lub dwóch turniejach rozgrzewkowych albo zrobić sobie przerwę i przybyć na Wimbledon z uczuciem świeżości, bez przesadnych oczekiwań co do wyniku. Wybrała odpoczynek i nie wyszło.

Do zobaczenia za rok

Piłki za bardzo ślizgały się po trawnikach, drugi serwis przestał być znaczącą bronią, a spokojna i zachowawcza gra to nie jest i nigdy nie będzie żywioł Igi. Przegrała, nie zmieniając wiele w taktyce gry, obiecując nam jedynie lepszą wersję siebie na trawie wtedy, gdy pojawią się korzystne okoliczności. Jakie?

Czytaj więcej

Krzysztof Rawa: Iga jest jak młode wino

Odpowiedź, trochę zakamuflowana, padła podczas konferencji prasowej: nie zawsze wygrywa się Roland Garros, można niekiedy przegrać przed finałem, wtedy pojawi się więcej czasu na przećwiczenie gry na trawie i wdrożenie w skuteczny sposób operacji „Wimbledon”.

Byłoby pięknie widzieć kiedyś Igę na korcie centralnym po zwycięskim finale Wimbledonu, może taki dzień nadejdzie, ale teraz czas po prostu przyznać, że Iga niezwyciężona ustąpiła miejsca Idze naturalnej, która wróci do białego ubioru, specjalnych butów z karbowaną podeszwą i, zapewne, trochę rytualnych narzekań na trawę, dopiero za niecałe 12 miesięcy.

Co do powrotu do gry na innej nawierzchni wiadomo, że po odpowiednim relaksie kalendarz polskiej gwiazdy wypełniają w tym miesiącu dwa istotne wydarzenia. 23 lipca zagra w Krakowie z Agnieszką Radwańską, Serhijem Stachowskim i polskim juniorem Martynem Pawelskim w pokazówce „Iga Świątek i przyjaciele dla Ukrainy”, z udziałem specjalnych gości, Eliny Switoliny i byłego piłkarza Andrija Szewczenki. Zaraz potem czas na turniej WTA 250 – BNP Paribas Poland Open (25–31 lipca) na kortach ziemnych w Warszawie.

Pudełko truskawek

Środkowa niedziela Wimbledonu była przez dekady zwyczajowym dniem przerwy, trzeba było małych katastrof meteorologicznych, żeby łamać tę tradycję. Teraz po raz pierwszy mieliśmy w programie połowę meczów 1/8 finału, cztery męskie, cztery damskie, co oznaczało zerwanie z kolejnym znanym przez lata miejscowym obyczajem – rozgrywaniem wszystkich meczów tej fazy w poniedziałek, czyli w Manic Monday.

Czytaj więcej

Wimbledon: W deblach siła
Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Dość szybko zobaczyliśmy, że wimbledońskie życie bez Igi będzie toczyć się niebanalnie, co w przypadku tenisa kobiecego zdaje się być normą. Pierwszą tegoroczną ćwierćfinalistką została bowiem Marie Bouzkova, która pokonała Carolinę Garcię 7:5, 6:2.

Czeszka odnalazła się w meczu z Francuzką doskonale, by po zwycięstwie oświadczyć, że awans zawdzięcza licznym przesądom, zwłaszcza temu, że z całą grupą wsparcia zjada pudełko truskawek ze śmietanką. To się spodobało, tak samo jak fakt, że Marie się popłakała ze szczęścia, bo wcześniej w Wielkim Szlemie nie wyszła poza drugą rundę, a tu jest nagłe wejście do prestiżowego klubu Last 8.

W kolejnym meczu 34-letnia Tatjana Maria (kiedyś Tatiana Małek) zwyciężyła Jelenę Ostapenko 5:7, 7:5, 7:5. Niemka, matka dzieciom, jest najstarszą tenisistką, która pozostała w turnieju singlistek. Gra już długo, lecz w Wielkim Szlemie nie dotarła wcześniej poza trzecią rundę. Ostapenko (w kwestii wimbledońskiego wizerunku, na który znacząco wpłynęły białe falbanki na ramionach, to jakby gorsza wersja Marion Bartoli), wydawała się na papierze silniejsza, lecz waliła bezradnie rakietą w świętą trawę, a to i tak nie pomagało.

Pani Maria była bardziej wytrwała i sprytna. Gdy wygrała, to z niedowierzaniem patrzyła na tablicę wyników. Nie tylko ona. Owację dostała jednak ogromną, bo brytyjskich kibiców, jak wszystkich innych, matczyne sukcesy poruszają szczególnie. Co do polskości pani Marii (obecne nazwisko ma po mężu; Charles-Edouard Maria to były francuski tenisista, obecnie trener żony), sprawa jest w kręgach niemieckiego sportu znana: jej tata Henryk Małek był reprezentantem Polski w piłce ręcznej, który pozostał w Niemczech.

Dwie Niemki

Historia ćwierćfinałowej rywalki Tatjany, Jule Niemeier, jest nieco inna, bo ona wystartowała z etykietą młodego talentu niemieckiego tenisa, ale przed Wimbledonem o tej etykiecie w Londynie nie wiedział nikt. Teraz każdy wie, że dziewczyna ma potężny serwis i forhend, którym wyrzuciła z turnieju m.in. Anett Kontaveit, a w niedzielę Heather Watson (6:2, 6:4), ostatnią Brytyjkę, co dało tej wygranej szczególny smak.

Jeśli kogoś bardzo dziwi, że w ćwierćfinale grają dwie Niemki, to wspomnijmy, że w Niemczech są organizowane dwa kobiece turnieje na trawie poprzedzające Wimbledon (Bad Homburg i Berlin) i dwa męskie (Stuttgart i Halle), więc okazji, by się nauczyć gry przy niskim odbiciu piłek od trawy, naprawdę nie brakuje.

Wimbledon w niedzielę zamknął kolejne polskie wątki. Debel Kamil Majchrzak i Jan Zieliński poddał spotkanie drugiej rundy z Denisem Kudlą i Jackiem Sockiem przy stanie 6:4, 1:3 z powodu kontuzji Zielińskiego. Magdalena Fręch i Beatriz Haddad Maia nie awansowały do ćwierćfinału, przegrywając 1:6, 1:6 z parą Nicole Melichar-Martinez i Ellen Perez.

Pani Magda została finansową mistrzynią turnieju w reprezentacji Polski, zarobiła łącznie 136,5 tys. funtów (brutto) i tego sukcesu nikt nie przebije.

Parada mistrzów

Ta pierwsza robocza niedziela była też okazją, by podczas 135. turnieju wimbledońskiego świętować 100 lat kortu centralnego przy Church Road. Obchody miały w zasadzie postać parady mistrzów, którą prowadzili Sue Barker i John McEnroe. Na trawę weszła zatem grupa mistrzyń i mistrzów, wśród nich Rod Laver, Bjoern Borg, Billie-Jean King, Chris Evert, Venus Williams, Rafael Nadal, Novak Djoković, Roger Federer i Andy Murray, a także, nieco z boku, Margaret Court.

Nie było Pete’a Samprasa, Borisa Beckera, Sereny Williams oraz Martiny Navratilovej, którą dopadł koronawirus. Największe brawa dostał, żadne zdziwienie, Federer, ale końcowa owacja na stojąca dla kończącej w tym roku pracę Sue Barker, legendy BBC, też wybrzmiała jak należy.

Wimbledon można oglądać na sportowych antenach Polsatu