W niedzielę o 10.10 w TVP Kultura dokument „Indianie na ekranie" Neila Diamonda.

- Nie nosimy pióropuszy ani nie jeździmy konno, ale większość ludzi jest przekonana, że to robimy — mówi jeden z bohaterów filmu, Indianin.

Czytaj też - TVP Kultura - stacja dla każdego

Reżyser postanowił pokazać, w jaki sposób hollywoodzkie produkcje ukształtowały stereotypowe wyobrażenia o Indianach. Prezentuje twórców westernów, krytyków filmowych i tytułowych bohaterów.

Diamond dociera do miejsc bliskich sercom Indian, m.in. krainy Siedzącego Byka i legendarnego Szalonego Konia (ponoć zresztą wcale się tak nie nazywał, lecz — Jego Koń Ma Charakter, bo był znakomitym treserem koni). Do historii przeszedł jako zwycięski przywódca Indian bitwy pod Little Bighorn walczących w czerwcu 1876 roku z wojskami USA o prawo opuszczania rezerwatów.

Z perspektywy czasu widać, że było o co się bić, bo autor dokumentu odwiedza też Pine Rich, najuboższy rezerwat zamieszkiwany przez potomków Szalonego Konia.

Krytycy filmowi twierdzą, że pierwszy prawdziwy wizerunek rdzennych mieszkańców Ameryki dał nakręcony w 1930 roku „The Silent Enemy" opowiadający o głodzie, z którym się zmagali i z powodu którego masowo wymierali. Sukcesu kasowego nie odniósł. A potem były westerny i półprawdy serwowane widzom: Indianie mówiący łamaną angielszczyzną, strzelający z łuków jak z broni maszynowej, wydający nieartykułowane okrzyki i najczęściej — pozbawieni osobowości.

Tak stali się karykaturami wojowników i mężczyzn. W dodatku w filmach wcielali się w nich najczęściej biali aktorzy, bo jak się okazało, nawet wielki Iron Ice Cody (1904-99), który zagrał w stu westernach i powszechnie uważany był za niekwestionowanego Indianina, miał rodziców Włochów, co skrzętnie skrywał. Usprawiedliwia go chyba jednak, że czuł się Indianinem, poślubił Indiankę i był wierny ideałom wyznawanym przez Indian. W latach 60. to upodobanie przejawiali także hippisi, którzy nader chętnie przyswajali do swego ubioru i obyczaju fragmenty dziedzictwa tamtej kultury — zwłaszcza poczucie wolności i uduchowienie.

Orędownikiem Indian był też Marlon Brando, który w 1973 roku wykonał gest bez precedensu — odmówił przyjęcia Oscara za  rolę w „Ojcu chrzestnym" na znak protestu przeciwko dyskryminacji Indian i ich fałszywemu przedstawianiu w westernach oraz w geście poparcia dla Indian z Ruchu Indian Amerykańskich okupujących Wounded Knee w rezerwacie Pine Ridge. Brando poprosił, by w jego imieniu przybyła na oscarową galę Sacheen Littlefeather z plemienia Apaczów ubrana w tradycyjny strój. Pojawiła się i wygłosiła oświadczenie, które wywołało wiele zamieszania. Ostateczny efekt był tego wart — sytuacja Indian zaczęła się poprawiać.

Potem, w latach 90. XX wieku był triumfalny powrót Indian do kina wraz z „Tańczącym z wilkami" Kevina Costnera. Jednak ponoć najbardziej indiańskim filmem, jaki do tej pory powstał, jest „Atanarjuat, biegacz" Zachariasa Kunuka. Nakręcony w dalekiej Arktyce zrywa ze wszystkimi stereotypami przeszłości i opowiada najważniejszą legendę Indian Innuitów. W całości przez nich zrealizowaną.

Małgorzata Piwowar