Dwa tygodnie temu śpiewał w Metropolitan w Nowym Jorku w transmitowanej na świat „Łucji z Lammermooru”, niebawem wraca tam, by wystąpić w jubileuszowej gali Placida Dominga. A teraz w rodzinnym Krakowie Mariusz Kwiecień postanowił pokazać się jako Don Giovanni.

Mozartowski uwodziciel to jego rola-wizytówka, objechał z nią Amerykę, śpiewał w Europie, Japonii oraz sześć lat temu w Warszawie. I jest coraz lepszy. Nie tylko dlatego, że przekroczywszy trzydziestkę, stał się – jak Don Giovanni – mężczyzną z doświadczeniem, a jego głos brzmi piękniej. W tej operze wspaniale potrafi się bawić niuansami recytatywów, a słynny toast Don Giovanniego śpiewa w brawurowym tempie, nie niszcząc przy tym urody melodii.

[srodtytul]Mężczyzna w kryzysie[/srodtytul]

O klasie Mariusza Kwietnia świadczy fakt, że w kolejnych inscenizacjach nie powiela tego samego wcielenia. Krakowski Don Giovanni jest zupełnie inny: to mężczyzna w chwili słabości. Kobiety są obiektem marzeń, ale z tymi, które są wokół, nie potrafi sobie poradzić.

Tak odczytał operę Mozarta reżyser Michał Znaniecki, ale czy należą mu się autorskie prawa do tego przedstawienia? Nie tylko zarys akcji, ale także bohaterów pierwszego i drugiego planu w ich charakterystycznych strojach wziął tu Znaniecki z „Osiem i pół” Federico Felliniego.

Don Giovanni – jak Marcello Mastroianni w filmie – przeżywa kryzys wieku średniego. Przed problemami życia schronił się w uzdrowisku, ale dopadły go one wraz z pojawieniem się Donny Anny i Donny Elwiry – kopii żony i kochanki bohatera „Osiem i pół”. Cóż jednak ma zrobić mężczyzna, który nic nie może, a jedynym atrybutem jego męskości jest czarny kapelusz? Don Giovanni nie rozstaje się z nim, jakby chciał się ukryć pod jego rondem.

Mężczyzna ucieka w świat fikcji, więc zabójstwo Komandora dzieje się w wyobraźni Don Giovanniego jakby mimochodem.

[srodtytul]Ucieczka do haremu[/srodtytul]

Ciągle powraca zaś inna wyimaginowana scena wzięta z Felliniego: obraz haremu, w którym mężczyzna jest nareszcie dopieszczony i obsłużony przez kochające kobiety. Te, które ma na co dzień, są w gruncie rzeczy odpychające.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już dziś, oglądaj relację z Gali wręczenia nagród na rp.pl

Dowiedz się więcej

Znaniecki sugeruje też, że raj kobiet jest piekłem, które w finale pochłonie Don Giovanniego. Ale nie przejmujmy się jego śmiercią, bo on zapewne ją sobie tylko wyobraził.

Bez zagłębiania się w „Osiem i pół” krakowski spektakl też jest atrakcyjny, ale dopiero znajomość filmu może sprawić radość. Obawiam się, że już niewielu widzom.

Fellini to artysta, którego twórczość ma uniwersalną wartość, ale nawet najwspanialsze dzieło filmowe szybciej znika z naszej pamięci niż opery Mozarta.

Wykonawcy bardzo się starają. Katarzyna Oleś-Blacha (Donna Anna) cyzeluje koloratury, Włoszka Anna Chierichetti (Donna Elvira) śpiewa lepiej niż niedawno w warszawskim „Fauście”. Poza Mariuszem Kwietniem nikt jednak nie wydobył dramatyzmu tej muzyki, jakby wszyscy uznali, że są jedynie fantomami z wyobraźni Don Giovanniego.

Również orkiestra, dobrze prowadzona przez Łukasza Borowicza, brzmiała niemrawo, ale tu chyba dają też o sobie znać problemy akustyczne nowego gmachu Opery Krakowskiej.