Dzisiaj nie brakuje spektakli autorstwa współczesnych dramaturgów, które pełnią rolę chwilowej odskoczni dla widzów - relaksują, rozśmieszają, zasmucają bądź pozwalają na ucieczkę przed codziennością, zanurzając nas w świecie fikcji. Ni mniej, ni więcej.
Już następnego dnia nie wracamy do takiego spektaklu przy porannej kawie i nie szukamy odpowiedzi na pytania, których nikt nam nie zadał. Szybko ulatnia się z pamięci fabuła, wczorajsze widowisko przemija bez śladu. Po miesiącu zapomnimy jego nazwę. Od premiery spektaklu Iwana Wyrypajewa w warszawskim Garnizonie Sztuki minął już tydzień, ale nadal nie chce odpuścić. Wciąż zmusza do refleksji i patrzenia w lustro.
Słowne okrucieństwo, hipokryzja i duchowa pustka - portret współczesnego człowieka Iwana Wyrypajewa
„Drzewa to wiersze, które ziemia pisze na niebie. Ścinamy je i zamieniamy w papier, aby zapisać na nim swoją pustkę” - zaczyna Wyrypajew od nieprzypadkowego epigrafu autorstwa libańskiego pisarza i poety Khalila Gibrana.
Pod frapującą nazwą „Jedyne najwyższe drzewa na świecie” dramaturg odsłonił ukrywane głęboko w sercu dramaty współczesnego człowieka. Dwie przyjaciółki, Sandy i Dorothy, w rolach których świetnie odnalazły się Karolina Gruszka (małżonka Wyrypajewa) i Magdalena Górska, nie oszczędzając emocji i wulgaryzmów, burzliwie filozofują o architekturze otaczającego ich świata. Łączy je pycha, arogancja, brak empatii i niechęć do wszystkiego, co się tylko rusza po ziemi. Fundamentem ich przyjaźni jest słowne biczowanie innych - od polityków po przypadkowych przechodniów. Unikają omawiania własnego życia i uciekają przed problemami, żywiąc się cudzym nieszczęściem i kpiąc z cierpienia innego człowieka.
Czytaj więcej
Nie lubię Dostojewskiego i nie podzielam jego poglądów, ale chciałbym, by moja córka przeczytała go po rosyjsku – mówi „Rzeczpospolitej” Iwan Wyryp...