Odważny z pana człowiek, bo jako wrocławianin postanowił warszawiakom opowiedzieć o ich legendarnym bohaterze Stefanie Starzyńskim.
Gdyby nie było we mnie odwagi, chyba nie uprawiałbym sztuki. Natomiast w tym przypadku to dyrekcja Teatru Syrena zaproponowała mi realizację spektaklu. To był świadomy zamysł, aby tę historię pokazał ktoś niezwiązany z Warszawą, dla kogo nie są tak sentymentalnie istotne miejsca w stolicy, będące świadectwem działalności prezydenta Starzyńskiego. Opowiadam bardziej o człowieku, a nie o polityce czy architekturze.
Czytaj więcej
– Walcząc z uchodźcami, próbujemy wrócić do przeszłości, a to niemożliwe – mówi Wojciech Kościeln...
Jest jednak inne niebezpieczeństwo. Współczesny musical sięga po tematy trudne, ale w Polsce mieliśmy mało prób zmierzenia się z postaciami historycznymi. A jeśli się zdarzały, nie były z reguły w pełni udane.
Od razu powiem, że przygotowuję się do realizacji musicalu o Tadeuszu Kościuszce w Teatrze Muzycznym Capitol, w którym podjęliśmy już wiele prób podejmowania istotnych problemów społecznych, udowadniania, że musical nie jest tylko zabawą. Dlatego spodobała mi się propozycja zrobienia musicalu o Starzyńskim, ale dopiero, gdy przeczytałem do końca jego biografię autorstwa Grzegorza Piątka. Czytając początkowe rozdziały myślałem, że nie podejmę się tego zadania.
Nie dziwię się, bo biografia „Starzyński. Prezydent z pomnika” jest świetnie udokumentowana, ale nie ma w niej dialogów, osobistych przeżyć, prywatnych rozterek.
Stefan Starzyński był bohaterem bardzo przewidywalnym, karierowiczem wiernym jednej opcji politycznej i marszałkowi Piłsudskiemu. Długo nie mogłem znaleźć więc własnego klucza, bo czym innym jest bohater atrakcyjny historycznie, a czym innym atrakcyjny teatralnie. Dopiero w ostatnich rozdziałach, tych wojennych, znalazłem dla siebie impuls. Bo Starzyński był osobowością skrajnie introwertyczną, szorstki w kontaktach, a swoich pracowników trzymał bardzo krótko.
I przede wszystkim oficerem, a wojsko nie pozwala na uczuciowość i sentymentalizm.
Nie radził sobie też w wystąpieniach publicznych. Nagle taka osobowość została przez historię postawiona w roli przywódcy ogromnego miasta, który ma ludzi zmobilizować i tchnąć w nich ducha walki. Potem był oskarżony o to, że za późno Warszawę poddał, mógł uniknąć ogromnych zniszczeń i śmierci wielu ludzi. Do tego kilka miesięcy przed wybuchem wojny zmarła jego ukochana żona. Wyobraziłem sobie jego bagaż psychiczny w październiku 1939 r., po kapitulacji Warszawy i w początkach niemieckiej okupacji, mając świadomość, że zdecydował o pozostaniu i o tym, że dla niego nie ma szczęśliwego zakończenia. Zresztą po śmierci żony Pauliny mówił, iż życie dla niego straciło sens. Został w ratuszu, by na rozmaite sposoby dbać o warszawiaków i o to, by ich morale nie upadło całkowicie.