„Krzyżacy” z Teatru im. Jaracza w Olsztynie to jedno z lepszych przedstawień Jana Klaty od czasu znakomitego „Wesela” w Starym Teatrze (2017), zaś niektóre sceny, również dzięki choreografii Maćka Prusaka, to ścisła czołówka w dorobku obecnego szefa Teatru Narodowego.
To nie musi być od początku oczywiste, ponieważ Klata szkicuje postaci grubą, przerysowaną, komiksową kreską, zaś Mirek Kaczmarek, autor scenografii i świetnych kostiumów, zapakował bohaterów w srebrne kurtki, inspirowane kibolskimi flyersami. Różnią się tylko „logo klubu” – polskim orłem i niemieckim czarnym krzyżem. Kaptury są jak rycerskie hełmy – z odpinanymi przyłbicami, srebrne opaski okalają łydki. Obuwie sportowe, które przydaje się do hobby horsing, czyli imitacji jazdy konnej jak u Monty Pythona, lub tańca raperów-blokersów.
„Krzyżacy” Klaty, czyli my i oni
Zwłaszcza na początku wszyscy mówią karykaturalnie głośno i deklaratywnie, chcąc wyeksponować własny wizerunek oraz ogłuszyć i spacyfikować przeciwnika. Główną rolę gra prostacka, kibolska wizja świata, gdzie „charyzmatyczny wizerunek” buduje się wzorem Sanderusa (Kamil Drężek), szalbierza, który chwali się, że wczoraj jadł sadzone z papieżem, po czym oferuje gadżety potwierdzające wysoką pozycję, czyli np. napletek Jezusa. Dziś przecież każdy „mąż stanu” chce zjeść jajecznicę z Trumpem, który jako „papież alt-prawicy” też ma swoje kapitalistyczne dewocjoanalia na sprzedaż.
U Klaty Polacy śpiewają patriotycznie, kiedy tylko jest okazja, Krzyżacy są podstępni, źli. Zaś życie bohaterów podporządkowane jest też rycerskiemu (kibolskiemu) kodeksowi honorowemu, który może nas śmieszyć swoją absurdalną kategorycznością. Tym większą, że nawet jeśli zasady i nakazy postępowania w sytuacjach konfliktowych są ostro zarysowane, to nagle okazuje się, że istnieją od nich wyjątki. U Sienkiewicza służyło to narracyjnym twistom, zaś u Klaty, który dokonał adaptacji z Ishbel Szatrawską, tworzy ośmieszający komizm.