Rz: „Bezdech" został napisany przed 15 laty. Od tamtego czasu wracał pan do niego trzy razy. Dlaczego?

Andrzej Bart:

To był scenariusz filmowy. Film miał być bardzo tani, kręcony lekką kamerą, a aktorzy godzili się grać za grosze. Niestety, ówczesne władze filmowe nie widziały potrzeby jego powstania. Szkoda, bo była szansa na film inny od tych, które kręcono w tamtym czasie. Po latach przypomniałem sobie o nim, skończyło się jednak na słuchowisku i spektaklu telewizyjnym, który zawiera mniej więcej połowę pierwotnego materiału.

Z czego trzeba było zrezygnować?

Wszystkie zmiany, które zaszły w stosunku do pierwotnej wersji, opisałem w książce „Bezdech". Opublikuje ją wydawnictwo W.A.B. Opowiadam w niej, jak w całości miały wyglądać sceny i kto miał w nich grać. Jest to powieściowo zapisany scenariusz filmowy z moim komentarzem.

Po drodze była jeszcze wersja radiowa...

Radio to świetny poligon doświadczalny. Usłyszy się tam każdą fałszywą nutę w swoim tekście. To zawsze najczystsza interpretacja, bo słowa są czytane bez wielkich prób. Wrażliwość i inteligencja aktorów kontra zapisane zdania. To bardzo pouczające i powinno być zalecane młodym ludziom, którzy chcą się bawić słowem. Zamiast aktorów często wystarczyliby rodzice czy koledzy.

Jednak nikogo z tamtej obsady nie ma w telewizyjnej wersji „Bezdechu".

Dzięki temu mogę być sekundantem w interpretacyjnym pojedynku między aktorami. W „Bezdechu" nie ma nieważnych ról, ale możliwość szczególnego popisu daje postać Lucjana. W słuchowisku gra go Henryk Talar, w Teatrze TV Jerzy Stuhr. Mogę ich obu słuchać godzinami. Albo groźny Adam Ferency w radiowej roli Tomasza w przeciwieństwie do człowieka przegranego w interpretacji Krzysztofa Stroińskiego. Świetna Irena Karel i równie dobra Małgorzata Potocka w tej samej roli...

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Zgłoś swój projekt w konkursie dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ

A obsada z zamierzonego kiedyś filmu?

O to, czy w Ameryce daje się żyć, chciała pytać Elżbieta Czyżewska, filozofem, czyli sobą, miał być Leszek Kołakowski, a Marek Rudnicki, który podczas wojny wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach, zgodził się o tym opowiedzieć w „Bezdechu". To miało być kino, w którym ludzie najprawdziwsi stanąć mieli przy aktorach najprawdziwszego talentu. Z tych, o których obecność zabiegałem, pozostał tylko Tadeusz Konwicki. To radość, że zdążyłem oddać hołd jego książkom i filmom, które towarzyszą mi przez życie.

A główny bohater?

W pierwotnej wersji, istniejącej tylko na papierze, powracającego z Hollywood reżysera miał zagrać Andrzej Seweryn, który świetnie pasował ze swoim nimbem cudzoziemskości po Comédie-Française. Do dzisiaj pamiętam, jaką klasą i skromnością wykazał się w naszej pierwszej rozmowie. Teraz jako dyrektorowi teatru wypadało mu zagrać w „Bezdechu" tylko wielkiego amerykańskiego producenta. To żart oczywiście. W Teatrze TV główną rolę zagrał Bogusław Linda. Zrobił to brawurowo, bo uczyniłem go milczkiem, a przed sobą miał towarzystwo z solidnie napisanymi rolami. Musiał więc często samym gestem i mimiką wyrazić emocje wobec nich. To bardzo trudne w tym zawodzie. W najkrótszej, omalże niemej roli, wspaniale poradził sobie Dawid Ogrodnik.

Z jakich tęsknot powstał ten scenariusz?

Tego nie pamiętam. Pewnie bałem się niespodziewanej śmierci, a może chciałem upiec dwie pieczenie i opowiedzieć coś o Polsce.

Po premierze telewizyjnej „Bezdech" ma się pojawić w kinach. To sytuacja nieznana w historii Teatru TV. Skąd ten pomysł?

Nie jest mój. Ale wzruszyłem się, kiedy o nim usłyszałem. Nie sądziłem, że „Bezdech" w tak okrojonej wersji będzie po latach przedstawiony ludziom kochającym kino, dla których był napisany. Pokazać im coś takiego to artystyczne wyzwanie, ale też smutek, że kiedyś nie mogłem zagrać z kinem po mojemu.

Czy nagrody, które spektakl dostał na tegorocznym festiwalu Dwa Teatry – w tym dla oryginalnego scenariusza, za role aktorskie i montaż – usatysfakcjonowały pana?

Dla pisarza laury nie są specjalnie ważne, bo dobrze wie, że często kieruje nimi przypadek lub towarzyska gra. Wszelkie zaś nagrody w teatrze lub kinie, czyli dziele zbiorowym, są potrzebne i miłe. Honorują bowiem tych wszystkich, którzy wspomogli je swoim talentem, i oddają im sprawiedliwość.

Myśli pan o kolejnym spektaklu w Teatrze TV?

Oczywiście. Jeśli tylko będzie istniał. Dobrze się czuję w tej dyscyplinującej mnie formie. Nagranie trwa kilka dni. Można narzekać, że krótko, i trzeba dokonywać cudów, ale zmusza to do wyjątkowej koncentracji. Myślę o trylogii, której początkiem był „Boulevard Voltaire". Teraz czas na „Goethestrasse". Rzecz dzieje się w Berlinie. Akcja trzeciej sztuki będzie toczyła się w Moskwie. Ten ostatni projekt jest najtrudniejszy, bo piszę równocześnie powieść, w której podróżuję do Rosji, i nie chciałbym z niej dużo podkradać.

Andrzej Bart, pisarz

Ur. w 1951 r. we Wrocławiu, najwięcej czasu poświęca pisaniu powieści. Już pierwsza z nich, „Rien ne va plus", zdobyła prestiżową Nagrodę im. Kościelskich (1991). Inne jego tytuły to „Pociąg do podróży" (1999), „Don Juan raz jeszcze" (2006), „Fabryka muchołapek" (2008). Jest autorem scenariusza „Rewersu" (reż. Borys Lankosz), który zdobył Złote Lwy na festiwalu filmów polskich w Gdyni. Jest twórcą filmów dokumentalnych, m.in. o Marianie Brandysie i Andrzeju Czeczocie. Dla Teatru Telewizji wyreżyserował własny „Boulevard Voltaire", spektakl został obsypany nagrodami na sopockim festiwalu Dwa Teatry w 2011 roku – m.in. za reżyserię. Na tegorocznym festiwalu Dwa Teatry „Bezdech" zdobył sześć nagród. Andrzej Bart lubi zmiany, dotykanie coraz to nowych pól twórczości. Unika za to publicznych wystąpień i spotkań z dziennikarzami.

m.p.