Grupa bezrobotnych wyruszyła z miasta Nyíregyháza na wschodzie kraju, by dotrzeć do odległego o 260 km Budapesztu 11 marca, w pierwszym dniu kolejnej sesji parlamentu.
W stolicy mają się do nich przyłączyć „ci, którzy chcą zaprotestować przeciwko polityce rządu odbierającej ludziom pracę i chleb". Kolejne grupy demonstrantów ruszają także z innych miast.
Nyíregyháza została wybrana przez organizatorów marszu nieprzypadkowo – to właśnie przy granicy z Ukrainą poziom życia jest najniższy, a bezrobocie najwyższe (ok. 23 proc. – dwukrotność średniej krajowej). Tam też żyje największy odsetek ludności romskiej.
Za organizacją „marszu głodowego" (podobnie jak w zeszłym roku) stoją działacze lewicy. Wyruszających uczestników żegnał poseł opozycyjnej Partii Socjalistycznej István Nyakó wraz z grupą lewicowych wójtów i burmistrzów.
Jak przy każdej podobnej okazji do protestów zamierza się przyłączyć także Koalicja Demokratyczna, pozostająca poniżej progu wyborczego partia byłego premiera Ferenca Gyurcsánya.
Przedstawiciele Fideszu odrzucają zarzuty lewicy, przypominając, że w minionym roku bezrobocie spadło o ok. 2 proc., głównie za sprawą programu robót publicznych. Rząd przyjął też kilka rozwiązań, dzięki którym nieco spadły czynsze i rachunki za prąd.
W odpowiedzi na akcje lewicy zwolennicy Fideszu planują własne akcje poparcia dla rządu, tzw. marsze pokoju w Budapeszcie i mieście Gyula.
Przyczyną aktywności obu stron węgierskiej sceny politycznej jest powolne zbliżanie się poparcia dla partii opozycyjnych (łącznie ok. 18 proc. wyborców) i koalicji rządowej (22 proc.).
Lewica prezentuje się jako obrończyni swobód obywatelskich naruszanych jej zdaniem przez Fidesz, jednak próbuje także wykorzystać niezadowolenie z trudnej sytuacji materialnej społeczeństwa.
Największym problemem zarówno dla rządzących, jak i opozycji jest jednak duża grupa wyborców niezdecydowanych. W styczniu 46 proc. Węgrów odpowiedziało w ankietach ośrodków sondażowych, że nie wiedzą, na kogo głosować, albo nie zamierzają iść na wybory.
Od czasu wygranych przez Fidesz wyborów w 2010 r. grupa ta urosła o ok. połowę i jak na razie żadne akcje uliczne nie zdołały jej zmobilizować.