SNCF, które wywiozły do obozów zagłady dziesiątki tysięcy ludzi, broniły się dotychczas przed odpowiedzialnością finansową za ponurą działalność z czasów drugiej wojny. Jej szefowie mieli nadzieję, że wystarczą przeprosiny wygłoszone przez ich prezesa SNCF cztery lata temu.

Z powodu odrzucania możliwości wypłacenia odszkodowań miały jednak problemy z inwestycjami w USA. A były zainteresowanie przetargiem na superszybkie połączenie między metropoliami Kalifornii - Los Angeles i San Francisco (projekt oceniany na około 45 miliardów dolarów).

Ostatecznie zapłacą nie koleje, lecz państwo francuskie. Umowa francusko-amerykańska w tej sprawie ma zostać podpisana w poniedziałek. Ma bowiem dotyczyć ofiar amerykańskich, a ściślej, jak cytują francuskie portale negocjatorkę Partiziannę Sparacino-Thiellay, "ofiar niefrancuskich i ich rodzin".

Organizacja, która domagała się odszkodowań (Coalition for Holocaust Rail Justice), uważa, że SNCF wysłały z Francji do obozów koncentracyjnych i zagłady 76 tysięcy ludzi, głównie Żydów, ale także innych "niepożądanych". Ocalało mniej niż 3 procent z nich.

Wśród tych innych byli i strąceni nad Francją piloci amerykańscy i kanadyjscy.

Warunki deportacji były bardzo złe. 2 lipca 1944 roku z Compiegne wyjechał pociąg z 2166 ludźmi, trzy dni później, gdy dotarł do obozu w Dachau, 536 z nich już nie żyło.

Organizacja zarzuca SNCF, że próbowały sugerować, iż za przeciwstawianie się deportacjom kolejarzom groziła śmierć i tortury. W rzeczywistości znany jest jeden przypadek odmowy prowadzenia pociągu do obozu zagłady przez maszynistę. Ale nie został za to ukarany śmiercią, nawet nie stracił pracy.