W piłkę nożną i siatkówkę można pograć wszędzie, a skacze się tylko w górach i to nie wszędzie, ale to skoki mają swoje ogólnopolskie święto...

To zasługa samego miasta, które już się staje marką, co ma wymierną wartość finansową. Początek bierze się od Adama Małysza i nagłego wybuchu zainteresowania skokami. Nagle nasz sport stał się bardzo ważny, a Zakopane jest sztandarową imprezą. Od kilku lat mamy też drugi Puchar Świata w Wiśle. Zagospodarowaliśmy wczesny termin, którego nikt wcześniej nie odważył się wziąć. Dzięki technologii produkowania śniegu mogliśmy w Wiśle skakać już trzy razy w listopadzie.

Dodatek Specjalny Pucharu Świata w Zakopanem - PDF

Jak stworzyć możliwość skakania w innych rejonach Polski?

W Bieszczadach są trzy małe skocznie. Myślę, że to wystarczy, żeby wyszukać utalentowanego sportowca. Kiedy zawodnik musi przejść na większe skocznie, to mamy możliwość umieszczenia go w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem albo w Szczyrku. Ten drugi kompleks jest nowoczesny, w Zakopanem trwa przebudowa Średniej Krokwi. To utrudnia szkolenie, ale dobrze, że do tego doszło, bo skocznie były przestarzałe, uczyły złej techniki, którą potem bardzo trudno było skorygować.

Dawid Kubacki i Maciej Kot uczyli się techniki na tej skoczni i potem musieli się przestawiać. Z tego wynikały ich problemy?

Ich to jeszcze nie dotyczyło, bo wtedy obowiązywały inne profile skoczni. Startowali do kariery jakieś 20 lat temu. Potem przeskoczyli do kadr narodowych i cały świat stanął przed nimi otworem. Problem ze skoczniami jest w szkoleniu podstawowym. Największy jest jednak z trenerami, których mamy niewielu. Staramy się wszystkich byłych zawodników, którzy skończyli karierę i studiują na AWF, utrzymać przy skokach, żeby nie poszli za chlebem gdzie indziej. W Bieszczadach jest jeden czy dwóch instruktorów. Co z tego, że są skocznie, jeśli nie ma kto prowadzić zajęć?

Trenowania skoków da się nauczyć na kursie?

Tak, świetnymi fachowcami są np. zaangażowani rodzice, którzy wożą dziecko na treningi, interesują się, a za chwilę sami łapią bakcyla. Najlepiej, jeśli trenerem jest były skoczek, ale jeśli ktoś się mocno zaangażuje, to wiedzę zdobywa w trakcie organizowania szkolenia.

A jak jest w Karkonoszach?

Kiedyś był Ryszard Witke. Miał grupkę zawodników, m.in. Mirosława Grafa, który pierwszy skakał stylem V, chociaż u niego to wynikało z tego, że nie potrafił prowadzić równolegle nart, a dopiero Jan Bokloev zrobił to świadomie.

Południowy zachód Polski to niewykorzystana ziemia?

Jeśli skoki miałyby się tam odrodzić, to najpierw trzeba by ściągnąć trenera. Stanisław Marusarz spędził tam chyba rok, mój ojciec bodaj dwa lata, ale jakoś nie mogą tam skoki „zaskoczyć".

Obiekty by się znalazły?

Orlinek ma przestarzały profil i nic się z tym nie da zrobić. To jednak nie problem. Dziesięć kilometrów od Szklarskiej Poręby jest kompleks w Harrachovie. Granice są otwarte, można tam jeździć, tylko brakuje trenera. To jest klucz, dlatego w ramach programu Lotos Cup wspieramy szkoleniowców klubowych. Przekonałem firmę Lotos, że to jest najbardziej potrzebne. Najpierw było 15 stypendiów, potem 18, a teraz nawet 20 na poziomie 1800 złotych brutto miesięcznie. Trenerzy się o to biją. Roczne stypendia przyznajemy na podstawie wyników osiąganych przez kluby, w czym biorą udział Tatrzański i Śląsko-Beskidzki Związek Narciarski. To jest magnes: trochę pieniędzy z klubu, trochę z programu Lotos, trochę z pracy zarobkowej i wtedy budżet rodziny się spina na tyle, że można się zająć sportem.

Młodzież się garnie do skoków?

Bardzo często na starcie staje około 200 osób. Zawody trwają od rana do nocy. Najmłodsi skaczą w ramach Lotos Kids Cup na najmniejszych skoczniach: w Szczyrku, w Chochołowie, w Zagórzu, w Bystrej. Idziemy szerzej niż Niemcy, Norwegowie, nawet chyba Austriacy. Kiedy patrzę na te utalentowane dzieci, to się nie boję o przyszłość.

Jak tych dzieci nie stracić?

Między 18. a 23. rokiem życia zawodnik już może być w kadrze, ale jeszcze nie ma stypendium ani sponsora, a jeśli pochodzi z rodziny ubogiej, to są problemy. W ostatnim czasie straciliśmy Krzysztofa Bieguna, Przemka Kantykę, Bartka Kłuska, którzy kiedyś mieli lepsze wyniki niż Dawid Kubacki. Jeśli ktoś będzie dobry, a nie dostanie stypendium ministerialnego, to możemy mu znaleźć jakiegoś sponsora, który go wesprze, choć nie będą to wielkie środki. Adam Małysz też chciał kończyć ze skokami. Miał 23 lata, ożenił się, urodziło mu się dziecko, a wyniki były coraz słabsze. Żona naciskała, żeby poszedł do pracy. Ale też właśnie dzięki żonie udało się go przekonać, żeby jeszcze raz spróbował. Mówiliśmy mu: wygrywałeś Puchary Świata, więc chcemy tylko wrócić na tamten poziom.

Czemu niektórzy, wchodząc w dorosłość, przestają na pewien czas dobrze skakać?

Przestają rosnąć, kończą rozwój biologiczny, ale dopiero wtedy można ich poddać mocnemu treningowi. To powoduje, że wyniki są gorsze. Dołek może trwać dwa, trzy, cztery lata, ale na bazie tego treningu można wystrzelić. Trzeba dać im czas dojrzeć. Mało jest takich, którzy od 16. roku życia wygrywają, wyjątki to np. Gregor Schlierenzauer czy Martin Schmitt.

Po raz kolejny musiał pan dokonać wyboru szkoleniowca kadry A. Michal Doleżal to nie było wielkie nazwisko.

Znam go od dawna, bo startował w czasach Małysza. Wtedy dał się poznać jako fajny, zrównoważony człowiek. Nie był znany, to prawda, ale czy Łukasz Kruczek był wcześniej znany? Doleżal będzie miał pewnie za trzy lata propozycje z całego świata. On się zresztą wcześniej starał o pracę z naszą kadrą, ale wtedy postawiliśmy na Horngachera. Austriak nam pomógł i od razu zaproponował Czecha jako trenera technicznego. Doleżal był najlepszy w Europie w poszukiwaniu nowinek.

Jak medale, puchary i Kryształowe Kule przekładają się na siłę polskiego głosu na forum międzynarodowym?

Adam Małysz jest w głównej Komisji Skoków. Wojtek Topór w Komisji Sprzętowej, jesteśmy wszędzie i mamy wpływ.