Rz: W połowie olimpijskiego cyklu, po wielu latach wspólnych sukcesów rozstał się pan z trenerem Jackiem Miciulem. Jaka była główna przyczyna?

Radosław Kawęcki: Potrzebowałem zmiany, a z trenerem Miciulem przestaliśmy się dogadywać. Mój wybór padł na Pawła Słomińskiego i podjąłem decyzję o przyjeździe do Warszawy. Kiedyś mówiłem, że nigdy nie będę mieszkał w stolicy. Teraz się z tego śmieję...

Ma pan kontakt z poprzednim trenerem?

Chciałbym mieć, ponieważ przeżyliśmy razem bardzo wiele. Mamy na koncie wspólne porażki i sukcesy... Niestety, tak wyszło, że nie mam kontaktu z Jackiem Miciulem. Może potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby to wszystko spokojnie przemyśleć?

To znaczy, że nie było nawet symbolicznego esemesa z gratulacjami po medalach w mistrzostwach świata i Europy?

Nic... Nie znaczy to jednak, że o nim zapomniałem. Każdy mój sukces to po części jego zasługa i nie ukrywam tego. Wszyscy trenerzy, z którymi pracowałem, mają wkład w moje wyniki. Do Pawła Słomińskiego trafiłem już jako ukształtowany i utytułowany zawodnik. On powtarza, że jego zadaniem jest nie zepsuć tego, co wypracowałem wcześniej. Ale jego rola nie sprowadza się tylko do tego. Jeśli miałbym wskazać element, który poprawiłem w ostatnim czasie, to nastawienie psychiczne. W przeszłości nie zawsze wytrzymywałem napięcie. Po pierwszych sukcesach, gdy startowałem jeszcze bez presji, przyszedł mentalny dołek. Teraz jest dużo lepiej. Kolejne doświadczenia i rywalizacja na najwyższym poziomie pomogły mi stać się dużo mocniejszym.

Nie było obaw związanych z przenosinami do wielkiego miasta? Tu pokus jest zdecydowanie więcej niż w Zielonej Górze. Wielu sportowców w Warszawie straciło z oczu nadrzędny cel.

Lubię spędzać czas ze znajomymi, ale to nie oznacza od razu imprezowania. Wiem, co mi wolno, a czego nie powinienem robić, o której mam wrócić do domu, żeby się wyspać i na treningu być w pełni sił. Ale muszę czasem zapomnieć o pływaniu, dać głowie odpocząć, inaczej bym zwariował. W basenie jestem skupiony na treningu, poza nim mam prywatne życie.

Dobrze dogaduje się pan z trenerem Słomińskim?

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Jesteśmy na stopie koleżeńskiej, ale nie zapominamy, że on jest trenerem, a ja zawodnikiem. Kiedy trzeba mnie ochrzanić, Paweł to robi. Ale z chwaleniem też nie ma problemu. Jesteśmy w stałym kontakcie także poza pływalnią. Paweł dzwoni i pyta co u mnie, czy ze zdrowiem wszystko w porządku. Gdy mam jakiś problem, zawsze mogę się do niego zwrócić. Oczywiście zdarzają się nam też sytuacje, w których mamy odmienne zdanie i dochodzi do drobnych sprzeczek. Jednak szybko sobie wszystko wyjaśniamy.

Ingeruje pan w treningi czy w stu procentach realizuje plan trenera?

Wtrącam się tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni przed startem. Rozmawiamy i podejmuję decyzję: robię własny trening czy zaproponowany przez szkoleniowca. Po tylu latach znam mój organizm na tyle, że czuję, czego potrzebuję w tym końcowym okresie przed zawodami.

Cztery lata temu w Londynie na 200 m stylem grzbietowym był pan czwarty, w Rio będzie medal?

Powiem tylko, że jadę po marzenie. Każdy stawia sobie jakieś cele, chce wypaść jak najlepiej. Zależy mi na rekordzie życiowym. Jeżeli go poprawię, to już będzie jakiś plus. I nawet jeśli taki wynik da mi czwarte miejsce, to nie będę rozczarowany. Przynajmniej nie bardzo... Wiem, że kibice liczą na medal. W końcu jestem wicemistrzem świata. Jednak nie czuję związanej z tym presji. Już nie. Gdy byłem młodszy, czasem przytłaczał mnie ciężar oczekiwań. Teraz potrafię się wyłączyć i skupić na tym, co najważniejsze. Nie zajmuję się rzeczami, na które nie mam wpływu. Nie sprawdzam obsesyjnie, jak spisują się rywale. Rankingi nie mówią wszystkiego. Bywa tak, że ktoś popłynie świetnie na zawodach u siebie, jednak później nie jest w stanie powtórzyć tego wyniku w najważniejszej imprezie. Gdy wchodzę do wody, koncentruję się na tym, co mam do zrobienia. Nie myślę o przeciwnikach.

I nie przejął się pan, gdy wiosną stracił pan rekord Europy na 200 m stylem grzbietowym na rzecz Rosjanina Jewgienija Ryłowa?

Nie ukrywam, że trochę mnie to ruszyło. Widziałem ten wyścig na żywo, na tablecie Pawła Słomińskiego, bo było to w czasie naszego treningu. Pomyślałem, że trzeba zasuwać jeszcze mocniej, by odzyskać ten rekord. Byłem wkurzony, ale w pozytywnym sensie. To był bodziec, który miał natychmiastowe efekty. Sportowa złość dała o sobie znać i w drugiej części treningu uzyskiwałem dużo lepsze czasy niż wcześniej. Podsumowując zatem wyczyn Ryłowa – dobrze, że tak się stało. Gdyby nie kłopoty ze zdrowiem i leczenie antybiotykiem przed majowymi mistrzostwami Europy, być może już w Londynie odzyskałbym rekord.

W Rio będziecie pływać o nietypowych porach. Na co dzień wstajecie bardzo wcześnie i nierzadko o 6.00 rano już jesteście w wodzie. W Brazylii sesje finałowe będą się rozpoczynać o 22.00. Trudno było się przestawić podczas treningów?

Problemy miałem tylko przez kilka pierwszych dni. Głównie z powodu posiłków. Pora jedzenia ma ogromny wpływ na to, jak organizm zachowuje się podczas wysiłku. Zdarzało się, że byłem na treningu głodny albo musiałem pływać z pełnym żołądkiem, bo zjadłem za wcześnie albo zbyt późno. Potrzebowałem kilku dni, by dobrze to wszystko ustawić. Teraz o 22.00 pływa mi się lepiej niż w południe.

W igrzyskach wystartuje pan indywidualnie na dwóch dystansach. Na początek 100 m grzbietem. Tu nikt nie spodziewa się medalu ani nawet finału. Jednak pan podkreśla, że to bardzo ważny start. Dlaczego?

Cztery lata temu nie mogłem wystartować na 100 m, bo nie zrobiłem minimum. Teraz będę miał taką możliwość. To istotny sprawdzian przed moją koronną konkurencją. Przetarcie, które da mi odpowiedź na pytanie, w jakiej jestem formie. Poza tym to także walka o miejsce w sztafecie 4 x 100 m stylem zmiennym. Będę o nie rywalizował z Tomkiem Polewką i nie ukrywam, że bardzo chciałbym popłynąć z kolegami na zakończenie igrzysk.

Finały będą w Rio o 3.00 w nocy polskiego czasu, to duża niedogodność dla kibiców...

Ci najwierniejsi, czyli moi rodzice, będą ze mną w Brazylii. Pozostałych fanów pływania i tak nie trzeba specjalnie zachęcać. Igrzyska są raz na cztery lata. Jeżeli ktoś kocha ten sport albo po prostu jest ciekaw, jak poradzą sobie reprezentanci Polski, nie powinien mieć problemu ze wstaniem o tej porze. Ewentualnie może się w ogóle nie kłaść.