Pełniący obowiązki prezydenta Bronisław Komorowski podpisał w ubiegłym tygodniu uchwaloną przez Sejm nowelizację ustawy antynikotynowej. Wprowadza ona całkowity zakaz palenia w szkołach i innych placówkach oświaty, zakładach opieki zdrowotnej, miejscach zabaw dzieci, środkach publicznego transportu i taksówkach. Palenie będzie dozwolone w części restauracji (w mniejszych zdecydują o tym właściciele, większe mają wydzielić salę dla palących).

– Przykazania pisze się dla maluczkich, a władza i tak robi swoje – przyznaje Krzysztof Janik, były szef SLD i jeden z najbardziej namiętnych palaczy wśród polityków.

[srodtytul]Zadymiony Okrągły Stół[/srodtytul]

Nikotynowy dym towarzyszył najważniejszym wydarzeniom w najnowszej historii Polski. Gdy ogląda się zdjęcia z obrad Okrągłego Stołu, ma się wrażenie, że palili wszyscy ojcowie założyciele III RP: Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń i Adam Michnik. Fajkę pykali Bronisław Geremek i Janusz Onyszkiewicz.

– Było siwo od dymu – wspomina Leszek Miller, jeden z niewielu niepalących uczestników obrad. – Przy samym Okrągłym Stole się nie paliło, ale wystarczyło wyjść do jednej z sąsiednich sal, by całkowicie przesiąknąć dymem.

[wyimek]Na Zachodzie papierosy zniszczyłyby politykowi wizerunek - prof. Jacek Jassem, onkolog[/wyimek]

Podobnie było w PRL, gdzie paliło się na większości spotkań i oficjalnych narad. Pełna dymu była główna sala w budynku Komitetu Centralnego PZPR. – Trudno było znaleźć wśród polityków kogoś, kto by nie palił. Na naradach często brakowało popielniczek, więc kupiłem sobie taką przenośną, zamykaną – wspomina były marszałek Sejmu Marek Borowski, w PRL dyrektor w Ministerstwie Rynku Wewnętrznego, od ponad 20 lat niepalący.

Po powołaniu rządu Mazowieckiego nic się pod tym względem nie zmieniło. Sala obrad Rady Ministrów przypominała wielką palarnię. Rzeczniczka rządu Małgorzata Niezabitowska wspominała, że ministrowie wychodzili z niej niemal sini.

W wolnym Sejmie jedynym niezadymionym miejscem była sala plenarna. Ale wystarczyło wyjść w kuluary, czyli otaczający ją półokrągły korytarz, by natrafić na wielkie mosiężne popielnice. Posłowie często zostawiali w nich zapalone papierosy i biegli na chwilę na mównicę, by zabrać głos.

Autopromocja
PRENUMERATA 2022

Znacznie więcej o biznesie, finansach oraz prawie

Zaprenumeruj

Zawiesista atmosfera utrzymywała się też w sejmowej restauracji Hawełka. – Kiedy przychodziło się na poranne posiedzenia komisji, to nieraz kłębił się tam jeszcze wczorajszy dym. Ale wtedy i piło się lepiej. Niektórzy posłowie zaczynali o godz. 9 rano – wspomina Krzysztof Janik.

[srodtytul]Gra pozorów[/srodtytul]

Ówczesny Sejm był rajem dla palaczy. Ślady po tamtej wolności można znaleźć w nazewnictwie sal. Miejsce, gdzie obecnie pracownicy Kancelarii Sejmu wykładają materiały dla posłów, do dziś nazywa się dolną palarnią. Z kolei salka, w której zwiedzającym parlament wyświetla się filmy, nosi nazwę górna palarnia.

Nazwy chciał zmienić w 1994 r. Seweryn Jurgielaniec, poseł SLD, który sam niewiele wcześniej rozstał się z nałogiem. Nie udało mu się, ale ta inicjatywa była zapowiedzią zmian w Sejmie.

– Jako pierwszy z kuluarów zaczął nas gonić w połowie lat 90. marszałek Józef Zych – opowiada Janik. – Nieskutecznie. To była gra pozorów. My udawaliśmy, że nie palimy, a strażnicy, że nas nie widzą.

Z kuluarów znikły popielnice, więc posłowie ratowali się, nosząc szklane popielniczki z Hawełki. Zych zakazał też używania tytoniu w dolnej palarni.

Podobne restrykcje zaczęto wprowadzać w innych budynkach władzy. W Kancelarii Premiera palacze zostali zepchnięci do małego pomieszczenia obok sali, w której odbywają się posiedzenia rządu. W Senacie palenie ograniczyła marszałek Alicja Grześkowiak.

– Ustawiła w wyznaczonych miejscach fotele i popielniczki. Przez długi czas toczyłem z Alą o to bój. Zresztą byłem już zadomowionym senatorem, a straż marszałkowska przymykała na moje palenie oko – wspomina wicemarszałek Senatu Zbigniew Romaszewski, nałogowy palacz.

[srodtytul]Rewolucja Borowskiego[/srodtytul]

Wkrótce okazało się, że zmiany Zycha mają charakter kosmetyczny. Premier Włodzimierz Cimoszewicz kopcił jak lokomotywa. Wciąż paliło się na posiedzeniach klubów parlamentarnych. Jeśli odbywały się w Sali Kolumnowej, posłowie wychodzili za kotarę oddzielającą ją od klatki schodowej i strzepywali popiół do butelek po wodzie mineralnej.

Zadymiony był też gabinet Janika w gmachu SLD przy ul. Rozbrat. – Wystarczyło wejść na chwilę, by dostać palpitacji serca – wspomina Leszek Miller.

– Uznałem, że osoby palące zbytnio się rozpanoszyły – wyjaśnia Marek Borowski. Gdy w 2001 r. został marszałkiem Sejmu, zdecydował się na najradykalniejsze w ostatnich latach ograniczenia wobec palaczy w parlamencie.

Przed głównym wejściem do Sejmu pojawiły się popielnice. Ich obecność miała sugerować, że w środku się już nie pali. Papierosy zostały też zakazane w holu Domu Poselskiego, a w sejmowych restauracjach wydzielono sale dla palących.

Najważniejszym krokiem było zainstalowanie wentylowanych kabin dla palaczy, które posłowie wkrótce przezwali wędzarniami. By politycy nie czuli się zdezorientowani, jedna z nich stanęła w bezpośrednim sąsiedztwie dolnej palarni. Sejm podjął w tej sprawie nawet specjalną uchwałę.

Środki zastosowane przez Borowskiego Janik nazywa „represyjnymi”. – Obiektywność Krzysztofa Janika jest niewielka. To jedyny znany mi człowiek, który potrafi jeść, paląc – ripostuje Borowski.

Marszałkowi nie udało się osiągnąć pełnego sukcesu. W sejmowych restauracjach sale dla niepalących były tylko z nazwy, bo wśród posłów panowało przekonanie, że „Borowski nie zachodzi do lokali”. Wciąż paliło się też w toaletach, w czym prym wiedli profesorowie Zyta Gilowska i Zbigniew Religa. Wielu parlamentarzystów, w tym zmarły dwa lata temu senator PiS Andrzej Mazurkiewicz, nosiło w teczkach popularne w PRL zamykane popielniczki.

Dziś też wielu polityków pali poza wyznaczonymi strefami. Wśród nich były wiceminister zdrowia w rządzie PiS Bolesław Piecha, zwolennik restrykcji dla palaczy. Choć forsował zakaz używania tytoniu w restauracjach, sam zaspokaja nałóg w Hawełce. Z paleniem nie kryje się minister zdrowia Ewa Kopacz z PO, choć obiecywała, że skończy z papierosami.

[srodtytul]Wałęsa rzuca mentolowe[/srodtytul]

Mimo wszystko mentalność polityków się zmienia. Jeszcze w latach 90. palenie rzucił miłośnik mentolowych papierosów Lech Wałęsa. W książce „Droga nadziei” wspomina, że popalał już w szkole, za co dostawał bury od ojca.

– Obaliłeś komunizm, jesteś laureatem Nagrody Nobla i byłeś prezydentem, a palenia nie potrafisz rzucić. Co z ciebie za przywódca? – tłumaczył powody swojej decyzji tygodnikowi „Wprost”.

Po wielu próbach z nałogiem rozstał się premier Donald Tusk. Teraz tylko od czasu do czasu zapali cygaro. Palenie rzucił też Cimoszewicz, a liczne próby podejmuje były premier i marszałek Sejmu Józef Oleksy z SLD. Sięgnął nawet po akupunkturę. – Ratował się, paląc cudzesy – wspomina Janik.

Nawet ten ostatni zmienił coś w sposobie zaspokajania głodu nikotynowego. Jako pierwszy mężczyzna w Sejmie zaczął palić cienkie kobiece papierosy, czym początkowo naraził się na kpiny. Był zresztą ostatnim palącym nałogowo szefem SLD. Jeden z jego następców Wojciech Olejniczak (dziś europoseł) woli dać się sfotografować na siłowni, niż obnosić z używkami.

– Picie i palenie zaczęło kończyć się z dojściem do władzy AWS. Pamiętam opinie restauratorów, którzy narzekali, że nie zarobią już tyle co kiedyś – wspomina europoseł PiS Tadeusz Cymański, który jest w trakcie walki ze swoim nałogiem.

Coraz trudniej jest dostrzec papierosa w rękach młodych posłów, szczególnie z PiS. Ale tam przykład płynie z góry. Prezes partii Jarosław Kaczyński rzucił palenie już w sierpniu 1980 r., dając się ponieść karnawałowi „Solidarności”.

Z nowych sejmowych gwiazd z paleniem obnosi się w zasadzie tylko Bartosz Arłukowicz z Lewicy. Korzysta z dzikiej palarni, którą grupka posłów założyła obok gabinetu Marka Borowskiego. Były marszałek uważa to za zemstę za wprowadzone przed laty restrykcje.

[srodtytul]Mosiężne popielnice pod młotek[/srodtytul]

Symbolem zmian było sprzedanie przed rokiem na sejmowej aukcji kilku mosiężnych popielnic, które niegdyś służyły posłom w kuluarach. W czasie tej samej licytacji pod młotek poszło sejmowe solarium, co można uznać za znak końca ery Andrzeja Leppera

– Obecnie mniej polityków pali, bo w ogóle obniżył się odsetek palaczy wśród osób najlepiej wykształconych. Jest to najpewniej wynikiem kampanii społecznych mówiących o tym, że tytoń zabija. Do wielu przemówiła też śmierć Krzysztofa Kieślowskiego czy Zbigniewa Religi – uważa onkolog prof. Jacek Jassem, znany z walki o wprowadzenie całkowitego zakazu palenia w miejscach publicznych. I opowiada: – Kilka lat temu w moim gabinecie w Klinice Onkologii i Radioterapii gdańskiej Akademii Medycznej siedział jeden z byłych premierów. Wyciągnął papierosa. Spytał, czy może zapalić. Odparłem, że nawet premierowi tu nie wolno. Dziś ta osoba już nie pali.

Jego zdaniem wciąż jest dużo do zrobienia. – Gdyby na Zachodzie polityk pokazał się z papierosem, zniszczyłby sobie wizerunek. Tymczasem u nas afiszuje się z tym nawet minister Ewa Kopacz – gani prof. Jassem.

W głosie Krzysztofa Janika słychać jednak żal: – Kiedyś posłowie, wychodząc na papierosa, integrowali się, rozmawiali ze sobą, niezależnie od opcji politycznej. Dzisiejsza młodzież w Sejmie nie czuje już tego klimatu. Może i demokracja jest przez to gorsza?